fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Marek Domagalski: Sam PiS nie jest w stanie skrócić kadencji Sejmu

Fotorzepa, Jerzy Dudek
W związku ze sporami w koalicji rządowej co i rusz pada groźba wcześniejszych wyborów parlamentarnych. Operacja taka nie jest jednak prosta.

Skrócenie kadencji Sejmu wymagałoby albo zgody znacznej części obozu rządowego i opozycji, albo wytrwałej woli PiS przeprowadzenia jednej z dwóch pozorowanych operacji: nieuchwalania budżetu lub obalenia rządu i niewybierania następnego. Koszty polityczne dla ich autorów byłyby ogromne. Tu skupię się na ograniczeniach prawnych.

O tym, że to trudna droga, niech świadczy fakt, że w ciągu 23 lat obowiązywania obecnej konstytucji tylko raz doszło do skrócenia kadencji Sejmu przez jego samorozwiązanie po utracie przez rząd Jarosława Kaczyńskiego większości, co odsunęło PiS na lata od władzy.

Są trzy drogi rozwiązania Sejmu. Prawnie najprostsza to właśnie samorozwiązanie, ale wymaga ono zgody 2/3 całego Sejmu, czyli 307 posłów (art. 98 ust. 3 konstytucji), a Zjednoczona Prawica ma ich nieco ponad 230. Nawet jednomyślność w tym obozie nie wystarczy. Skrócenie kadencji Sejmu oznaczałoby skrócenie kadencji Senatu i wyznaczenie przez prezydenta wyborów w ciągu 45 dni.

Drugą ścieżką prowadzącą do tego celu jest nieuchwalenie na czas budżetu – i ten pomysł pojawiał się np. za pierwszego rządu PiS. Polega on na tym, że strona rządowa nie przedstawia prezydentowi ustawy budżetowej do podpisu w ciągu czterech miesięcy od dnia przedłożenia Sejmowi, co wypada zwykle na przełomie stycznia i lutego następnego roku (choć prof. Marek Chmaj wskazuje, że rząd ma tu manewr i mógłby przedstawić budżet na koniec roku). Wtedy prezydent może, ale nie musi, w ciągu 14 dni zarządzić skrócenie kadencji Sejmu. Taka operacja wymagałaby uzgodnienia jej z prezydentem, poza tym posiadania przez PiS przynajmniej zwykłej większości w Sejmie blokującej ewentualne „złośliwe" uchwalenie budżetu z udziałem opozycji.

Trzecia ścieżka to doprowadzenie do upadku rządu i niepowołanie nowego. Formalnie rzecz biorąc, upadek mógłby nastąpić najprościej przez rezygnację samego premiera i przyjęcie jej przez prezydenta (znów zgoda prezydenta) albo wystąpienie przez premiera o wotum zaufania i jego nieuchwalenie przez Sejm.

By jednak mówić o skróceniu kadencji w tym wypadku, nie wystarczy odwołanie premiera i rządu, konieczne jest przeprowadzenie nieudanej trzyetapowej procedury wyboru nowego premiera (i rządu): najpierw ze wskazania prezydenta, a w razie niepowodzenia – ze wskazania Sejmu, i w razie kolejnego niepowodzenia – znów ze wskazania Sejmu. To musiałoby zająć od dwóch do trzech miesięcy pozorowanej operacji wyboru nowego premiera.

Inna rzecz, że taka sytuacja także może się zdarzyć, ale chyba nie o tym kierownictwo PiS teraz mówi.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA