fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Krajobraz po bitwie

Adobe Stock
Wiele z kompetencji pracowników, które były już zaawansowane, zostało w pandemii wytraconych. Ich szybkie odtworzenie nie będzie proste. Firmy czeka kolejne przestawienie i budowa nowej kultury organizacyjnej.

Wyniki finansowe przedsiębiorstw z różnych sektorów w I kwartale 2021 r. były bardzo korzystne, czasami rekordowe. To nie wynikało tylko z odbudowania popytu na ich produkty czy usługi. Znaczącą rolę odegrał w tym wzrost ich cen akceptowany ze względu na wzrost zapotrzebowania. Ale pomogło także przejściowe obniżenie kosztów wynikające z wykorzystania i zredukowania zapasów oraz ograniczenia w okresie administracyjnych restrykcji napraw i remontów. Na korzystną sytuację przedsiębiorstw miała też wpływ rządowa pomoc, której kolejne transze poprawiały płynność przedsiębiorstw i pomagały przetrwać czas pandemii. Dlatego trzeba pamiętać, że bieżące wyniki operacyjne nie muszą dobrze odzwierciedlać rzeczywistej sytuacji finansowej przedsiębiorstw.

Przychody z działalności operacyjnej będą w większości firm szybko i znacząco rosły, ale podobne zjawisko wystąpi po stronie kosztów nie tylko ze względu na wysoką inflację produkcyjną (PPI). Firmy motoryzacyjne dotyka gwałtowny wzrost ceny stali, a budowlane – materiałów budowlanych (nawet o 30 proc. r./r.). Koszty też rosną w następstwie nakładania na firmy wielu dodatkowych danin i opłat (np. cukrowa). Powszechny wzrost kosztów wywoła też implementacja unijnych dyrektyw środowiskowych związanych z gospodarowaniem odpadami. Jednym z działów, który to mocno odczuje, jest przemysł spożywczy.

Ogólnie wielotorowe przerzucanie (transfer) długu publicznego na przedsiębiorstwa wywoła wzrost ich kosztów oraz pogłębi i tak wysoką niepewność fiskalną. To będzie osłabiać ich skłonność do inwestowania. Z drugiej strony postępować będzie przerzucanie zobowiązań związanych z długiem publicznym, także gmin i ogólnie JST, na gospodarstwa domowe. W rezultacie impet wzrostu popytu konsumpcyjnego i spożycia będzie hamował. Wynika z tego, że odłożenie konsolidacji fiskalnej i zaostrzenia polityki pieniężnej w imię nieosłabiania ożywienia gospodarczego i stymulowania wzrostu będzie rodzić wiele negatywnych konsekwencji gospodarczych i społecznych. Konsekwencje te będą wywoływać silne zakłócenia w popandemicznej odbudowie. Wobec wysoce ujemnych realnych stóp procentowych (niskie stopy nominalne i wysoka inflacja) i nieopłacalności nie tylko depozytów, ale i lokat bankowych wzrasta np. zakup nieruchomości mieszkaniowych jako bezpiecznej formy oszczędzania. Narasta tym samym „bańka spekulacyjna" na tym rynku. Prędzej czy później pęknie, jeśli nie uda się jej rozładować. W tym przypadku wskazane jest pilne sięgnięcie po instrumenty polityki makroostrożnościowej.

Czym później polityka pieniężna zostanie znormalizowana, tym zagrożenie będzie większe. Tym trudniej też będzie się z niekonwencjonalnej polityki pieniężnej wycofywać w obawie o konsekwencje gospodarcze, społeczne i polityczne. Staje się oczywiste, że ekspansywna polityka fiskalna połączona z niekonwencjonalną polityką pieniężną jest „ulicą jednokierunkową", z której wyjazd będzie bardzo trudny. Tym trudniejszy, im dłużej się nią podąża.

Słabo z inwestycjami

Wysoka koniunktura w latach 2016–2019 nie przełożyła się na ekspansję inwestycyjną. Aktywność inwestycyjna firm jest słabo skorelowana z innymi kategoriami makroekonomicznymi. Gdyby nie napływ kapitału zagranicznego, uzasadnione byłoby mówienie o zapaści inwestycyjnej. Niska skłonność do inwestowania jest wciąż największą bolączką polskiej gospodarki.

Ta refleksja pozwala stwierdzić, że analiza koniunktury gospodarczej nie może być sprowadzana tylko do rozpoznania trendów rynkowych. Ich korzystne kształtowanie się jest warunkiem dobrych wyników przedsiębiorstw – koniecznym, ale niewystarczającym. Istotne znacznie ma też otoczenie regulacyjne. Jeśli jest ono źródłem niepewności, to firmy będą się do tego adaptować, koncentrując na eksploatowaniu bieżących możliwości i unikając podejmowania wysiłku inwestycyjnego. Czym innym jest policzalne, możliwe do precyzyjnego oszacowania ryzyko, a czym innym systemowa niepewność, która czyni ocenę ryzyka nieprecyzyjną, co uniemożliwia odpowiednie ubezpieczenie się. W takiej sytuacji ostrożność i wyczekiwanie jawi się jako najbardziej rozsądna i bezpieczna strategia.

W polskiej gospodarce hamulcem inwestowania nie był dostęp firm do kredytu, bo relatywnie rzadko z niego korzystały. W przedsięwzięciach inwestycyjnych bazowały one na środkach własnych. Ten efekt ulegnie obecnie dalszemu utrwaleniu, zważywszy, że suma bankowych depozytów przedsiębiorstw jest wyższa niż suma kredytów. Te tendencja może się pogłębić, gdyż wiele banków rezygnuje z obsługiwania klientów indywidualnych (ograniczanie działalności detalicznej) i korporacyjnych. Są one zorientowane na grę na aktywach oraz obsługę Skarbu Państwa.

Można wskazać jednak kilka czynników, które mogą przyczynić się do znaczącego wzrostu inwestycji przedsiębiorstw. Głównym z nich jest szybka i skuteczna realizacja krajowego planu odbudowy. Sęk w tym, by to nie zostało sprowadzone do absorpcji tych środków i ich nominalnego wydatkowania w przekonaniu, że wywoła to silny impuls popytowy. Bo to wcale nie musi automatycznie prowadzić do wzrostu inwestycji rozwojowych, a nie tylko odtworzeniowych. Przecież wielu przedsiębiorstwom, szczególnie dużym, nie brakuje środków własnych. Zainwestują je, jeśli się przekonają, że środki publiczne zostaną konsekwentnie ukierunkowane na przeprowadzenie kluczowych i proproduktywnych zmian strukturalnych, m.in. na wspieranie programu nowego, ale też rynkowego ładu cyfrowego i zielonego.

Koszty pracy i inflacja

Drugą barierą odbudowy gospodarki staje się deficyt pracowników. Brakuje ich i będzie brakować zwłaszcza w sektorach usług konsumpcyjnych, bo poszczególne działy tego sektora poddawane były od ponad roku najostrzejszym i najdłużej trwającym restrykcjom. Bazowały one w dużym stopniu na pracy tymczasowej (nieetatowej). I w czasie pandemii utraciły bazę pracowniczą. Ich pracownicy zostali zmuszeni do przeniesienia się do innych działalności, które w pandemii wzrastały, jak np. niestacjonarny handel.

Przed pandemią mieliśmy bardzo elastyczny rynek pracy, co znacznie ułatwiło wchłonięcie ogromnej rzeszy pracowników imigrantów ze Wschodu. Pandemia spowodowała, że rynek pracy uległ znacznemu usztywnieniu. Także dlatego, że ta grupa pracowników, która pozwalała nam utrzymywać wysokie tempo wzrostu i konkurencyjność kosztową, bardzo się zmniejszyła. Pracowali oni głównie w usługach, dlatego tak bardzo tego jeszcze nie odczuliśmy. Ale najbliższe lato nam to brutalnie uzmysłowi.

Trzeba też zauważyć, że w okresie epidemicznego „zamknięcia" większość organizacji przestawiła się na pracę zdalną i wprowadziła nową organizację pracy. Dzięki temu ich pracownicy zyskali szereg nowych kompetencji. Ale jednocześnie wiele z tych kompetencji, które były już zaawansowane i świadomie rozwijane, zostało wytraconych. Ich szybkie odtworzenie nie będzie proste. Przedsiębiorstwa czeka kolejne przestawienie i budowa nowej kultury organizacyjnej. A to okresowo podniesie koszty pracy i obniży wydajność. Wzrost kosztów pracy wynikać będzie też z presji na wzrost wynagrodzeń (w kwietniu br. wzrosły one nominalnie o ponad 10 proc.), co jest nieuniknionym następstwem wysokiego deficytu pracowników i wysokiej inflacji. Inflacja płacowa dołoży się do inflacji cenowej. Druga runda inflacji się zaczęła.

Bardzo mocną stroną polskiej gospodarki okazała się jej międzynarodowa konkurencyjność. Wysoki wkład eksportu netto hamował wpadnięcie w głębszą recesję. Podczas gdy rynek eksportowy na polskie produkty i usługi skurczył się o ok. 10 proc., to wartość eksportu zmniejszyła się podczas pandemii tylko o 1 proc. Tym samym nasz udział w światowym handlu wyraźnie wzrósł. I nie jest to wynik korzystnej zmiany kursu walutowego – realnie kurs złotego w 2020 r. aprecjonował.

W Europie tylko gospodarka Irlandii i Litwy wykazuje się takim osiągnięciem. Należy jednak podkreślić, że korzystną dynamikę eksportu zawdzięczamy głównie handlowi wewnątrzkorporacyjnemu, czyli firmom z kapitałem zagranicznym. Ale to oznacza też, że skokowo wzrósł udział importu z Chin i Korei. Tak duży wsad azjatyckiego importu kooperacyjnego może jednak w dłuższym okresie stanowić zagrożenie. Zwłaszcza jeśli pogorszą się warunki wymiany handlowej Unii Europejskiej z Chinami.

Czas rzeczywistych rozliczeń

Polska gospodarka wykazała się w okresie pandemii (w sferze realnej) wysoką odpornością na pandemiczny szok. Dotknęła ją jedynie płytka i krótka recesja. Punkt wyjścia w fazę odbudowy jest relatywnie korzystny. Nie wolno jednak pomijać w analizie tego, że uruchomiony został w tym okresie gigantyczny impuls fiskalny. Relatywnie silniejszy niż w innych krajach. W rezultacie ujęty statystycznie dług publiczny wzrósł w ciągu jednego roku o 30 proc. (o blisko 300 mld zł) i znajduje się na najwyższym od 1989 r. poziomie, który musi być uznany za niebezpieczny. Uruchomiony impuls niewątpliwie zapobiegł głębszej recesji. Ale jednocześnie wywołał silne i trwałe zakłócenie rynku. Tym silniejsze, że nałożył się na silnie sektorowo zróżnicowane restrykcje administracyjne (wielokrotny lockdown chaotycznie wprowadzany i wycofywany).

Siła działań osłonowych będzie wygasać i nadchodzi czas rzeczywistych rozliczeń. To spowoduje, że liczba formalnych upadłości skokowo wzrośnie. Nie można też wykluczyć tego, że wiele małych i mikroprzedsiębiorstw ulegnie „cichej śmierci". Są one w statystycznej ewidencji, ale zaprzestały działalności i jej nie wznowią. Korzystając z metafory kolejnych osłonowych „tarcz", możemy powiedzieć, że choć pole bitwy się przeciera, to jeszcze całego krajobrazu nie widać. Będziemy go poznawać stopniowo.

Polska gospodarka weszła w fazę ożywienia, która potrwa co najmniej do końca 2022 r. Jednakże, odczytując szczegóły aktualnych prognoz, dochodzimy do wniosku, że w średnim okresie należy oczekiwać wyhamowania dynamiki wzrostu do 2,5–3,0 proc. Choćby dlatego, że polityka gospodarcza ani nie podejmuje wyzwania w postaci spadającej podaży pracy, ani niskiej stopy inwestycji, a tym samym wzrost produktywności w przemyśle będzie w średnim i długim okresie wygasający.

Zauważamy, że podobnie jak w polskiej gospodarce problemy ujawniają się w innych gospodarkach środkowo-europejskich, szczególnie mocno w węgierskiej. Nie można wykluczyć, że wkraczają one w jakąś nową fazę rozwoju, w której nie wystarczy już polegać na absorpcji środków unijnych, rozbudowie infrastruktury, inwestycjach zagranicznych i rodzimej przedsiębiorczości.

Jałowy wzrost

Podstawowym zagadnieniem pozostanie bardziej produktywne wykorzystanie zasobów własnych – materialnych i intelektualnych, co miałoby prowadzić do systematycznego obniżania zasobochłonności i energochłonności produkcji i wzrostu PKB. Tego nie można będzie uzyskać bez poprawy jakości zarządzania publicznego, a także polityk i usług publicznych (zdrowie, edukacja, kultura, usługi komunalne). Zamiast na zwiększanie obecności państwa i własności państwowej w gospodarce, trzeba się koncentrować na jego pośrednim oddziaływaniu na kształtowanie warunków dla podnoszenia kompetencji (społeczeństwo wysokich kompetencji), innowacyjności, rozwoju jako drogi wiodącej do wzrostu jakości życia, a nie tylko dochodu.

Myślenie o tym, że to własność państwowa zapewni wysoką innowacyjność i międzynarodową konkurencyjność polskiej gospodarki cofa nas i doprowadzi do zastoju. Stymulowana wydatkami publicznymi modernizacja wybranych enklaw, nawet jeśli przyczyni się do wzrostu ich produktywności, nie będzie się automatycznie przenosić do pozostałych niepreferowanych sektorów. Przeciwnie, te ostatnie ulegną dalszej peryferyzacji. Może dzięki temu podejściu uda się np. zaprojektować „polskie" samochód elektryczny i wyprodukować milion egzemplarzy. Będzie on jednak tak drogi, że rynkowo niedostępny dla przeciętnego konsumenta. A Polacy będą nabywać i nadal jeździć autami używanymi – wysoceemisyjnymi i niebezpiecznymi. Formowany w taki sposób model gospodarowania pozwoli utrzymywać gospodarkę na ścieżce wzrostu, ale będzie to wzrost jałowy – nominalny, księgowy i, co istotne – pogłębiający nierówności i niespójność społeczną.

W tekście wykorzystuję wyniki badań projektu „Monitorowanie bieżącej sytuacji gospodarczej w sektorach" oraz opinie sformułowane przez uczestników panelu ekspertów tego projektu: Mirosława Gronickiego, Janusza Jankowiaka, Krzysztofa Marczewskiego, Piotra Wachowiaka i Dariusza Zarzeckiego. Projekt jest prowadzony na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie.

Prof. Jerzy Hausner przez całą karierę naukową związany był z Uniwersytetem Ekonomicznym w Krakowie, w przeszłości wicepremier, minister gospodarki, pracy i polityki społecznej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA