fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Dariusz Maciej Grabowski: Konieczne są zachęty do inwestycji

Adobe Stock
Dlaczego rząd nie chce oszczędności i inwestycji polskich przedsiębiorców? – pyta ekonomista.

Kryzys, który nas doświadcza, ma w wymiarze ekonomicznym cechy szczególne. Jest jak zmutowany wirus, który inaczej oddziałuje na tkanki, czyli elementy systemu społeczno-ekonomicznego, niż opisują to podręczniki historii gospodarczej. Czas dokonać dogłębnej analizy jego specyfiki. Rodzimi uczeni w piśmie ze sfer rządowych i bankowych tematu podjąć nie chcą, a może nie potrafią. To oni przecież powinni postawić diagnozę i wskazać terapię, gdyż dysponują dostępem do wiarygodnych danych.

Trzeba nam – przedsiębiorcom i praktykom gospodarczym – zabrać się do roboty, ogniskując uwagę na tych wątkach, które z punktu widzenia przyszłości narodu i państwa uznajemy za najważniejsze. Przedsiębiorcom nie wolno milczeć. Jako teoretyk i praktyk gospodarczy przedstawię mój punkt widzenia na zagadnienie najważniejsze: dynamikę i strukturę inwestycji, w tym własnościową.

W klasycznej teorii ekonomii ożywienie jest efektem korzystnych zmian w rozmiarach i strukturze inwestycji. Przedsiębiorcy, których kryzys nie pokonał, podejmują wysiłek inwestycyjny. Modernizują firmy, mając na celu obniżkę kosztów wytwarzania, by przy niskim popycie i niskich cenach na wytwarzane wyroby wybić się na dodatnią rentowność, otrzymywać zysk. Innym rozwiązaniem może być inwestowanie i wprowadzanie na rynek nowych produktów. Poniesione nakłady uruchamiają mechanizm akceleracji, a następnie mnożnik zatrudnieniowy i popytowy w całej gospodarce.

Inwestycje prywatne spadają

Dramat naszej gospodarki, wbrew opowieściom rządzących, z premierem i prezesem NBP na czele, polega na tym, że inwestycje prywatne maleją od dwóch lat. Relacja nakładów inwestycyjnych do PKB w 2020 r. spadła poniżej 18 proc. i była najniższa od 25 lat. Tymczasem premier Morawiecki w strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju deklarował, że udział inwestycji sięgnie 22, a nawet 25 proc.

Jeszcze bardziej przygnębiający obraz ukazuje zestawienie oszczędności prywatnych, które przekroczyły 1,15 bln zł, i firm – ponad 375 mld zł. Czemu ten obraz przygnębia? Bo są to pieniądze, które „leżą i nie pracują". Przypomnę powiedzenie klasyka filozofii Francisa Bacona: „Pieniądz jest jak nawóz, nierozrzucony nie przyniesie plonów".

By dopełnić czarę goryczy, z powodu wysokiej inflacji i zerowej stopy procentowej NBP – co przekłada się na zerowe oprocentowanie depozytów i lokat – rocznie „wyparowuje" realnie 3–5 proc. zdeponowanych w bankach pieniędzy. To 30–50 mld zł rocznie. Prowadzona polityka gospodarcza unicestwia zatem ogromne środki będące własnością obywateli i przedsiębiorstw. Z tych powodów maleje wysokość środków wpłacanych na lokaty przez obywateli. W lutym 2021 r. zdeponowano w bankach 18,1 mld zł, podczas gdy rok temu 40,3 mld zł.

Można zapytać, co rodacy robią z pieniędzmi. Część jest lokowana w nieruchomościach, trzymana w materacu bądź w skarpecie, część – jak sądzę, dominująca – jest transferowana za granicę, co oznacza bezpowrotną jej utratę.

Zapowiadana przez środowisko bankowe tzw. ujemna stopa procentowa to nic innego jak karanie oszczędzających za lokowanie pieniędzy w bankach. Wejście na tę drogę doprowadzić może do ogromnych szkód, m.in. ucieczki kapitału z Polski. Zakwestionowane zostaną postawa i sens „dorabiania się" poprzez oszczędzanie i inwestowanie. To dowód absurdu, w który brną rządzący i NBP, pod dyktando lobby finansowego.

Dowodem, że nie opłaca się inwestować w Polsce, jest poziom wskaźników warszawskiej giełdy. Główne z nich nie osiągnęły nawet połowy wysokości sprzed blisko 15 lat. W tym czasie giełdy niemiecka i węgierska podwoiły swoje wskaźniki, a nowojorska nawet je potroiła. Poziom notowań na giełdzie największych firm państwowych jest tak niski, że w normalnym kraju byłby przedmiotem oskarżeń o sabotaż gospodarczy. Wszak chodzi o majątek państwa i obywateli. Mimo tak złej kondycji rynku kapitałowego rząd konsekwentnie broni utrzymania podatku Belki, czym potwierdza, że za oszczędzanie i inwestowanie obywatel jest i powinien być karany.

Rządzących cieszy nadwyżka eksportu nad importem. Należy jednak przypomnieć, że taka nadwyżka pojawia się u nas z reguły, gdy spada import dóbr inwestycyjnych, surowców i półproduktów. Dobre wyniki w bilansie handlu zagranicznego są zatem jeszcze jednym potwierdzeniem tezy o zapaści inwestycji.

Struktura własności kapitału w gospodarce jest niekorzystna. Wbrew deklaracjom rządu o jej „repolonizacji" w przemyśle dominuje zagraniczny kapitał. Jego strategię najlepiej opisał niemiecki ekspert gospodarczy Reinhard Petzold, który powiedział: „Niemcy bardzo mocno przyczynili się do zmian w Polsce, by były one dla nas korzystne. Zbudowaliśmy Polskę jako kraj taniej siły roboczej".

W usługach, często rozdrobnionych, to Polacy są właścicielami firm. Ponieważ kryzys najmocniej dotknął usług, to potencjał ekonomiczny rodaków znacznie zmalał. Poniesiono nakłady na przetrwanie, część firm zadłużyła się, część, która skorzystała z dopłat i umorzeń rządowych, trwa, obawiając się bądź to bankructwa, bądź konieczności zwrotu otrzymanego wsparcia.

Nowy Ład a New Deal

Co w takiej sytuacji powinien zrobić rząd? Należy zacząć od wprowadzenia w życie systemu zachęt do inwestowania w przemyśle, handlu, usługach przez polskich małych i średnich przedsiębiorców. Zachęty powinny polegać na zwolnieniach podatkowych i ulgach inwestycyjnych, dofinansowaniu jako mniejszościowy udziałowiec, dostępności taniego kredytu o długiej karencji, a w skrajnych wypadkach na umorzeniach i abolicji podatkowej dla inwestorów.

Tymczasem rządzący proponują rozwiązania pomijające polskich przedsiębiorców. Głównym kreatorem inwestycji ma być sektor publiczny. Program nazwano Nowy Ład. Nawiązując do historycznej nazwy New Deal, rządzący potwierdzają, że nie odrobili lekcji z historii gospodarczej. Amerykański New Deal był programem robót publicznych mających dać zatrudnienie ogromnej rzeszy bezrobotnych i wykreować popyt. W latach 30. XX w. w budowie infrastruktury dominowała praca żywa. Nasza obecna sytuacja jest nieporównywalna: nie ma nadmiaru rąk do pracy, a budowa infrastruktury wymaga wiele sprzętu i mało robocizny. Nie ma też polskiego przemysłu konsumpcyjnego, który czeka na zamówienia.

Ma powstać fundusz zarządzany przez BGK, finansujący takie inwestycje, jak port lotniczy, autostrady, modernizacja kolei. Taka struktura inwestycji, koncentracja ich w infrastrukturze zamiast w przemyśle, to stawianie wozu przed koniem. Nakłady na infrastrukturę są efektywne, gdy nowe obiekty są optymalnie wykorzystywane. Wtedy powstają oszczędności dla obywateli i firm. Alternatywą powinny być fundusze współtworzące z firmami prywatnymi nowe obiekty przemysłowe oparte na rodzimej myśli technicznej i wynalazkach.

Moja obawa związana z inwestycjami w infrastrukturę dotyczy tego, że jako inwestycje państwowe będą one parawanem dla tworzenia stanowisk dla „swoich" i wyprowadzania pieniędzy przez „krewnych i przyjaciół królika".

To nie infrastruktura płaci podatki i zasila budżet. Jeśli zatem zbudujemy infrastrukturę bez przemysłu i usług, to zaciągnięte na jej budowę kredyty spłacać będą w podatkach za parę lat... obywatele i przedsiębiorcy.

Należy zestawić straty ponoszone z powodu prowadzenia polityki likwidowania oszczędności obywateli i firm oraz transferu środków za granicę z nakładami na Nowy Ład. Zestawienie to wykazałoby, że straty mogą przewyższać fundusze wygenerowane przez budżet państwa i programy UE.

Polityka gospodarcza rządu coraz bardziej upodabnia się do terapii szokowej Leszka Balcerowicza. Prowadziła ona do likwidacji oszczędności obywateli z powodu inflacji, braku waloryzacji oszczędności i pozbawienia obywateli szansy wybicia się na własność prywatyzowanego majątku.

Wabik dla elektoratu

Rząd brnie w obietnice i wydatki socjalne adresowane z chirurgiczną precyzją do środowisk, które uznaje za potencjalne zaplecze wyborcze. W tym przypadku środki do realizacji takiej polityki mają pochodzić z opodatkowania grup o wyższych dochodach. Mówiąc wprost: zasada „dziel i rządź" jest realizowana w najbardziej skrajnej postaci, a mianowicie „dziel i skłócaj".

Podnoszony jest argument, że grupy społeczne o niskich dochodach nie oszczędzają, wydają wszystkie otrzymane pieniądze, czym poprzez mechanizm mnożnikowy i zwiększanie popytu nakręcają koniunkturę, czyli działają w interesie polskich firm. Tę tezę kwestionuję, czego przykładem fakt, że w 2020 r., gdy obroty i zyski polskich firm handlowych spadały, a wiele zbankrutowało, o ponad 10 proc. wzrosły przychody i zyski Biedronki, a co za tym idzie – import dóbr konsumpcyjnych, które ta firma oferuje. Polityka uwodzenia niezamożnego elektoratu w sensie ekonomicznym najlepiej zatem służy wielkim zagranicznym sieciom handlowym i importerom dóbr konsumpcyjnych, a nie polskim firmom. Z nakręcaniem koniunktury w ojczyźnie niewiele ma wspólnego.

Pora podsumować to, co nas czeka. Ludowe przysłowie mówi: „A ty Kuba od roboty, a ty Maciek od ochoty". Niech każdy, a polscy mali i średni przedsiębiorcy przede wszystkim, odpowie sobie, jakie imię nadadzą mu rządzący. A ja pytam, jak długo jeszcze my, przedsiębiorcy, będziemy milcząco się na to godzić.

Autor jest przedsiębiorcą, prezesem Komitetu Obrony Polskiego Rolnictwa i Hodowców Zwierząt, byłym europosłem i byłym doradcą ekonomicznym rządu Jana Olszewskiego.

Opinie publikowane w „Rzeczpospolitej" są elementem debaty publicznej i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy redakcji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA