fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Witold M. Orłowski: Kiepski patronat Jana Kazimierza

NBP
Bloomberg
Dowiedziałem się właśnie, że Narodowy Bank Polski wprowadza do obiegu złote i srebrne monety z podobizną króla Jana Kazimierza. I padł na mnie blady strach.

Dlaczego aż tak przeraził mnie patronat monarchy nad polityką emisyjną NBP? Nie dlatego, że przyszło mu rządzić w bardzo trudnych czasach, a na kraj spadały kolejne klęski: powstanie Chmielnickiego, moskiewska inwazja, szwedzki potop (trochę jak dziś – tyle że zamiast wrogów kraj paraliżuje koronawirus). Nie dlatego, że po potopie przeciw królowi zbuntowali się jego poddani (przywodzi to na myśl dzisiejszy bunt przedsiębiorców). Nie dlatego, że załamał się program reform, które miały wzmocnić jego władzę (ówczesny program „dobrej zmiany"). Choć niewątpliwie wszystko to zasługuje na współczucie, król jest sam sobie winny: gdyby zadbał o tak skuteczne narzędzie propagandy jak TVP Info, jego poddani nigdy nie dowiedzieliby się ani o utracie Ukrainy, ani o zajęciu przez Szwedów niemal całej Polski, ani o spustoszeniu kraju i śmierci 40 proc. ludności.

Przeraziłem się dlatego, że tak bardzo doceniony przez NBP Jan Kazimierz zapisał się również głęboko w historii polskiego pieniądza. Głęboko, ale niechlubnie.

Bez dwóch zdań, sytuacja była trudna i wymagała radykalnych działań. Choć udało się wygnać agresorów, kraj był w ruinie. Król pilnie potrzebował pieniędzy dla realizacji popotopowej odbudowy gospodarki, a jeszcze bardziej dla przeforsowania zwycięstwa

w kolejnych wyborach (elekcji kolejnego króla, którą chciał przeprowadzić jeszcze za swojego panowania). Potrzebował pieniędzy, w tamtych czasach bitych w Polsce ze srebra. Niestety, nie miał dostatecznie dużo zasobów cennego metalu.

I wtedy z pomocą przyszedł mu przedsiębiorczy superintendent mennic królewskich (ówczesny odpowiednik prezesa NBP), niejaki Andrzej Tymf. Zaproponował, by do bicia złotówek używać tylko połowy zwyczajowej ilości kruszcu, emitując ich za to dwa razy więcej. A żeby obywatele nie szemrali, zamiast odpowiedniej ilości srebra wybić na monecie patriotyczny napis, informujący, że jej wartość powinna wypływać z wiary w ocalenie kraju, a nie z zawartości jakiegoś metalu.

Na początku wszystko szło świetnie: kasa królewska była znów pełna, można było realizować plany polityczne. Niestety, obywatele szybko zauważyli, że moneta jest warta tylko połowę tego co poprzednio. Załamanie wartości waluty dopełniło katastrofy gospodarczej, nową złotówkę (przezwaną „tynfem") wyśmiano, poddani się zbuntowali, Andrzej Tymf musiał zwiewać z kraju, król porzucił program reform i abdykował.

Mówiąc krótko, okazało się, że psucie waluty i apel do obywateli, by z powodów patriotycznych nie protestowali, ale zaakceptowali ogromny wzrost długu publicznego (a to właśnie, według współczesnej terminologii, zaoferował Tymf), nie jest cudowną metodą na rozwiązanie problemów i na dłuższą metę nie zastępuje sprawnego rządzenia. I o tym właśnie powinna pamiętać Rada Polityki Pieniężnej w czasie, gdy NBP masowo drukuje pieniądz, inflacja trzyma się mocno (choć u sąsiadów mamy deflację), a każdą nieudolność w zarządzaniu kryzysem rząd pokrywa deklaracją kolejnego zwiększenia długu publicznego.

Aha, i jeszcze jedno. O nieudolnej polityce Jana Kazimierza nie zapomniano przez ponad 400 lat, a jej echo żyje do dziś w ironicznym powiedzeniu: „dobry żart tynfa wart".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA