fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Marcin Zieliński: Frankowe drogi i bezdroża

Frank szwajcarski
Shutterstock
W niedawno opublikowanej replice pan Marek Rzewuski ze Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu uznał za konieczne „dokończyć” to, co było przeze mnie rzekomo „rozpoczęte, ale niedopowiedziane” w kwestii finansowania kredytów frankowych. Przedstawione przez niego argumenty prowadzą jednak nie do wyjaśnienia, lecz do zaciemnienia tematu.

Zabezpieczenie to nie spekulacja

Na początku pan Marek Rzewuski, mieszając pojęcia, twierdzi, że „ubezpieczając swoje ryzyko, banki brały udział w spekulacjach walutowych”. Rzecz bowiem w tym, że to, czy jakieś działanie jest zabezpieczeniem, czy spekulacją, zależy od tego, czy prowadzi do zmniejszenia, czy do zwiększenia ekspozycji na dany czynnik ryzyka (w przypadku kredytów walutowych tym czynnikiem jest ryzyko kursowe). Innymi słowy, ta sama transakcja nie może jednocześnie służyć zabezpieczeniu i spekulacji. W rzeczywistości banki dążyły do zrównoważenia aktywów walutowych (udzielonych kredytów walutowych) pasywami w tej samej walucie. Mogły to czynić zasadniczo na dwa sposoby: przez zaciągnięcie zobowiązań bezpośrednio w walucie obcej (przez linie kredytowe od swoich „matek” albo emisję instrumentów dłużnych) albo przez przekształcenie swoich zobowiązań złotowych przy użyciu walutowych instrumentów pochodnych. Bez względu na wybraną metodę neutralizacja ekspozycji walutowej była taka sama, a późniejsze zmiany kursu franka nie wynikały z tego, że banki korzystały chętniej z zabezpieczeń „syntetycznych” niż „fizycznych”.

Dlatego nie miało znaczenia to, że, jak wskazał pan Marek Rzewuski, „dokumentny przedstawione klientowi nie wspominają […] o operacjach CIRS czy FX SWAP, w których uczestniczy bank i wiążącym się z nimi ryzyku kredytobiorcy”. Z przeprowadzanymi przez banki operacjami zabezpieczającymi na walutowych instrumentach pochodnych nie wiązało się dla ich klientów żadne dodatkowe ryzyko – jedyne dodatkowe ryzyko (ryzyko kontrpartnera, tj. ryzyko niewywiązania się drugiej strony swapu ze swoich zobowiązań) ponosiły banki.

Czytaj także: Marek Rzewuski: Trzy elementarne fakty dotyczące finansów kredytów frankowych

Następnie mój adwersarz powtarza swój stary zarzut, że banki dokonywały „krótkiej sprzedaży walut”. Krótka sprzedaż to sprzedaż aktywów, których się nie posiada. Podmiot zainteresowany dokonaniem krótkiej sprzedaży pożycza aktywa od brokera, a następnie sprzedaje je z planem odkupienia po niższej cenie i oddania brokerowi w przyszłości. W przypadku transakcji na instrumentach pochodnych krótka sprzedaż jest technicznie niewykonalna, ponieważ takie transakcje nie wiążą się w chwili zawarcia z przeniesieniem własności aktywów.

Dalej pan Marek Rzewuski pisze, że „klient […] nie może ponosić żadnej odpowiedzialności za straty, których narobiły banki”. To prawda. Rzecz jednak w tym, że banki wcale nie „narobiły strat”, a klient nie ponosi za nie odpowiedzialności. Wzrost rat i kapitału kredytu wynikał z aprecjacji franka szwajcarskiego, a nie z „narobienia strat” na „spekulacjach” przez banki.

Banki jako kredytodawcy i jako kantory

Mój polemista twierdzi też, że „klient poniósł wynikające z umowy koszty – spread, które są charakterystyczne dla zakupu waluty, tymczasem bank żadnego zakupu nie dokonał”. Byłaby to prawda, gdyby kredyt – finansowany, jak wskazałem wcześniej, pasywami walutowymi – był wypłacany i spłacany w walucie obcej. Wówczas jednak kredytobiorcy, aby otrzymać potrzebne do zakupu mieszkania złotówki, musieliby dokonać wymiany dewiz w kantorze (a przy spłacie rat kredytu nabywać w kantorze dewizy), spread płacąc nie bankowi, lecz kantorowi. Banki, wypłacając kwotę kredytu walutowego w złotych, a później przyjmując w ramach jego spłaty złotówki zamiast dewiz, dokonywały operacji kantorowych i z tego tytułu zarabiały na spreadzie.

Sens zabezpieczenia

W dalszej części repliki pan Marek Rzewuski stawia tezę, że fakt późniejszej aprecjacji franka, która, wbrew obiegowej opinii, nie była dla udzielającego kredytu walutowego banku korzystna, „stawia pod znakiem zapytania całą stosowaną przez bank strategię «ubezpieczania» się przed ryzykiem”. Świadczy to o zupełnym niezrozumieniu sensu zabezpieczenia, który należy oceniać ex ante, a nie ex post, oraz o nieznajomości regulacji, którym podlegają banki.

Po pierwsze, gdyby banki nie stosowały zabezpieczenia, to wiele z nich – w wyniku strat na deprecjacji franka – mogłoby znaleźć się w bardzo trudnej sytuacji, a być może nawet zbankrutować, w latach 2005–2008, kiedy złoty się umacniał. Po drugie, gdyby banki nie stosowały zabezpieczenia, to przestałyby być pośrednikami finansowymi, a zaczęłyby grać przeciw swoim klientom, co rodziłoby poważny konflikt interesów. Po trzecie, zrównoważenia aktywów walutowych pasywami w tej samej walucie wymaga regulator, co wynika z konieczności zapewnienia stabilności systemu bankowego.

Kredyt to nie opcja

Następnie pan Marek Rzewuski przywołuje tezę Ireneusza Łazarskiego, że klient, który zaciągał kredyt walutowy, w istocie dostawał opcję walutową, a nie kredyt. W pierwszej kolejności trzeba zauważyć, że opcja jest instrumentem niesymetrycznym, co oznacza, że rodzi ona dla wystawcy opcji obowiązek jej wykonania po określonej cenie, a jej nabywcy daje prawo jej wykonania po tej cenie – z tego tytułu wystawca pobiera opłatę, czyli premię. W przypadku pozytywnego dla wystawcy rozwoju wypadków nabywca nie skorzysta z nabytego za premię prawa; w takiej sytuacji wystawca zachowa dla siebie premię, ale nic więcej. Rata i kapitał kredytu walutowego – w przeciwieństwie do opcji – są „symetryczne”, co oznacza, że w przypadku aprecjacji złotego kredytobiorca walutowy korzystał na niej, inaczej niż wystawca opcji, bez ograniczeń. Skąd w ogóle pomysł, że kredyt walutowy może być opcją? Czy chodzi o to, by w niezorientowanej opinii publicznej wywołać negatywne skojarzenia?

Z kolei pisząc o „prawdopodobnych manipulacjach w księgach” w celu ukrycia przez banki faktu, że kredyt walutowy był rzekomo opcją, mój adwersarz niestety zanurza się w oparach absurdu. Jak już wskazałem powyżej, kredyt walutowy nie miał, bo nie mógł mieć, nic wspólnego z opcją. Podważanie „legalności operacji księgowych” sugeruje istnienie wielkiego spisku z udziałem nie tylko banków, lecz także ich audytorów i państwowego regulatora (wszak banki nie działają w próżni). Jeśli panowie Rzewuski i Łazarski mają jakiekolwiek przesłanki, by wygłaszać takie twierdzenia, to powinni nie ograniczać się do publikowania kolejnych insynuacji na łamach gazet, lecz zgłosić odpowiednim organom podejrzenie popełnienia czynu opisanego w art. 77 ustawy o rachunkowości.

***

Stwierdziwszy, że zatrzymałem się w pół drogi, pan Marek Rzewuski w swojej replice poprowadził czytelników wprost na bezdroża. Powtarza skrzętnie budowaną przez jego środowisko legendę. Czemu ma ona służyć? Czy chodzi o zdobycie społecznego poparcia dla roszczeń frankowiczów, które dalece wykraczają poza to, co większość niefrankowiczów byłaby gotowa zaakceptować jako sprawiedliwe rozwiązanie problemu walutowych kredytów hipotecznych?

Autor jest ekonomistą Forum Obywatelskiego Rozwoju

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA