fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie Zdrowie

Efekt epidemii: myjemy ręce na potęgę

Adobe stock
Na początku epidemii w naszych sklepach zniknęło mydło. Polacy zaczęli myć ręce, które są nośnikiem zakażeń, nie tylko wirusowych. Wcześniej blisko 30 proc. kobiet i 60 proc. mężczyzn nie myło rąk po wyjściu z toalety.

Powoli wszystko wraca do normy po pandemii. Obowiązuje już mniej ograniczeń i coraz słabiej są one przestrzegane przez Polaków. Stopniowo zapominamy o wirusie, podczas gdy wirus wcale o nas nie zapomniał i liczba nowych przypadków każdego dnia jest teraz większa niż w chwili obowiązywania najbardziej surowych restrykcji.

Pomimo kilkuset zachorowań dziennie Polacy przestali się bać, bo choroba nie jest u nas tak groźna jak w innych krajach. Oficjalnie umiera tylko 4 proc. zakażonych, ale w rzeczywistości znacznie mniej, gdyż u wielu chorych bezobjawowych i skąpoobjawowych nie rozpoznano zakażenia. Choroba ta nie zniknie i będzie nam towarzyszyć, jak grypa czy inne infekcje, które wiemy że są i nic z nimi nie robimy bo się ich nie boimy, choć stale jacyś ludzie niepotrzebnie na nie umierają. Czy ta epidemia czegoś nas nauczyła? Czy nasze życie i postawy będą inne i bardziej racjonalne? Czy znikną niebezpieczne zachowania w medycynie i w życiu społecznym?

Aż miło było patrzeć, gdy na początku epidemii w naszych sklepach zniknęło mydło. Polacy zaczęli myć ręce, które są nośnikiem zakażeń, nie tylko wirusowych. Wcześniej blisko 30 proc. kobiet i 60 proc. mężczyzn nie myło rąk po wyjściu z toalety. Brakowało nawyku dezynfekowania rąk po kontakcie z brudnym i zakażonym materiałem. Szczególnie cenne byłoby utrzymanie procedur sanitarnych w służbie zdrowie, w przeszłości często lekceważonych przez personel medyczny. W czasach epidemii mycie i dezynfekcja rąk stało się praktykowane jak nigdy wcześniej. Podobnie było z przebraniem się w jednorazowy strój ochronny, szczególnie przy kontakcie z chorym zakażonym. Stosowanie maseczek zakrywających usta i nos, a także regularne dezynfekowanie stetoskopu i innych urządzeń oraz przedmiotów osobistych, takich jak telefony komórkowe, klucze, długopisy itp. niestety nie jest jeszcze stałym nawykiem personelu medycznego. Używanie odrębnych sprzętów do badania chorych zakażonych powinno stać się powszechną praktyką. Gdyby te nawyki na trwale stały się udziałem polskich lekarzy i pielęgniarek byłoby to cenną konsekwencją pandemii.

Łatwo będzie można to sprawdzić porównując zużycie materiałów ochrony osobistej, środków czystości i dezynfekcji po ustąpieniu epidemii. Każdy pacjent może zweryfikować kompetencje sanitarne swojego lekarza, sprawdzając czy po zbadaniu go umył lub zdezynfekował ręce i czy zdezynfekował sprzęt medyczny, którego używał. Nieliczni i przepracowani lekarze nie mogą oszczędzać czasu kosztem bezpieczeństwa swoich pacjentów.

Warto szerzej spojrzeć na zagrożenia natury sanitarnej poza placówkami służby zdrowia. Bez wątpienia zwiększone ryzyko zakażenia wiąże się z pójściem do kościoła, a szczególnie korzystanie z wody święconej, w której maczały palce również osoby zakażone a także przyjmowanie komunii do ust zamiast na rękę. Tradycję można zachować np. stosując elektroniczne bezdotykowe dozowniki wody święconej. Zakażony ksiądz może zainfekować wiernych przenosząc patogeny na swych palcach lub przekazując je ze śliną z ust chorych do zdrowych. W czasie pandemii sanepid powinien wymagać od księży każdorazowej dezynfekcji rąk po podaniu opłatka do ust. Gdyby nieprzestrzeganie tego niebezpiecznego pod względem epidemicznym działania karane było grzywną w wysokości 30 tys. złotych od każdego takiego aktu, szybko zmieniłoby to niebezpieczne obyczaje. Polacy zapomnieli, że możliwość podawania komunii do ręki Stolica Apostolska ogłosiła w czasach Jana Pawła II. Formalnie decyzja taka leży w rękach konferencji biskupów, którzy powinni wydać stosowną dyrektywę. Polacy wydają się być oporni na względy sanitarne w tym względzie i trzeba będzie spektakularnych masowych zgonów tym spowodowanych aby zmienili przyzwyczajenia.

Epidemia spowodowała również zmianę nawyków, takich jak witanie się uściskiem dłoni. Proponuje się zastąpienie tego gestu klepnięciem się łokciami zapominając, że w innym zaleceniu to właśnie w zgięcie łokciowe nakazuje się kaszleć. Nie wiadomo jak długo jeszcze nie będziemy podawać sobie rąk czy całować się na powitanie. Brak takich gestów wpływa na osłabienie relacji międzyludzkich. Nie chodzi o to by nie podawać sobie rąk, ale o to by były one czyste. Ciekawe jest czy pod wpływem epidemii Polacy zrezygnują wreszcie z obyczaju całowania kobiet w rękę. Choć uważa się to za gest szacunku, to ze śliną możemy im szarmancko przekazać wiele chorób. Zważywszy, że zwykle nie wiemy co robiły te ręce po ostatnim myciu, możemy wprowadzać do swoich ust nieskończenie wiele patogenów.

Długotrwała obowiązkowa izolacja może uświadomi nam to jak ważne w szerzeniu się zakażeń jest ograniczenie kontaktów międzyludzkich. Czy wpłynie to na nawyki Polaków aby będąc chorym nie chodzić w miejsca publiczne czyli do pracy, w której jest wiele innych osób, na msze do kościoła, na spektakle i koncerty, do sklepów itp.? A jeśli z jakichś względów musimy to zrobić, bo np. nie mielibyśmy co jeść, to wówczas obowiązkowo powinniśmy nosić maseczki na twarzy, które ograniczają szerzenie się czynników zakaźnych. Zacznijmy wreszcie myśleć o innych, nie tylko o swojej wygodzie.

Szczególnie interesujące będzie nastawienie Polaków po pandemii do szczepień. W ostatnich latach szybko narastała popularność ruchów antyszczepionkowych. Liczba niezaszczepionych w Polsce dzieci zaczęła sięgać 30 tysięcy rocznie. We wszystkich krajach zachodnich, w których wcześniej zaobserwowano takie zjawisko doszło do nawrotu epidemii zapomnianych chorób, jak odra czy ospa wietrzna. Znów dzieci umierają na choroby, które dzięki szczepieniom praktycznie nie występowały. Kto wie czy to nie skrupulatne realizowanie szczepień przeciw gruźlicy spowodowało łagodny przebiegu epidemii w naszym kraju? Polacy czekają teraz na nową szczepionkę, która zapewni im ochronę przed COVID-19, ale jak mają szczepionkę, która uratowałaby tysiące ludzi umierających co roku z powodu grypy to się nie szczepią. W Polsce zaledwie 4 proc. populacji szczepi się przeciw grypie, podczas gdy w wielu krajach ponad 70 proc. Nie ulega wątpliwości, że z powodu grypy umiera w Polsce każdego roku więcej chorych niż z powodu koronawirusa, który zaburzył całą gospodarką europejską. Skoro nie umarły u nas dziesiątki tysięcy ludzi to po ustaniu epidemii niekoniecznie zmniejszy się odsetek nieszczepionych w Polsce dzieci, nie osłabną ruchy antyszczepionkowe i nie zwiększy się odsetek osób szczepiących się przeciwko grypie. Niestety wiele osób nie potrafi uczyć się na cudzych błędach i potrzebują dotkliwych, osobistych doświadczeń, aby przekonać się o potrzebie działań profilaktycznych. Lekceważenie realnych zagrożeń w tym zakresie, zarówno przez społeczeństwo, władze a nawet personel medyczny, jest irracjonalne. Nie będzie możliwa zmiana w tym zakresie bez zaangażowania środowisk medycznych promujących profilaktykę chorób zakaźnych. Potrzebna jest głęboka zmiana wyobrażeń i nawyków dotyczących chorób infekcyjnych, które nigdy nie przestały być groźne i pozostaną ważną przyczyną zgonów.

Autor jest dr hab. n. med. na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, prezesem Koalicji Lekarzy i Naukowców na rzecz Zdrowego Powietrza, członkiem Polskiego Towarzystwa Chorób Płuc.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA