fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Medycyna i zdrowie

Szczypta grozy na wakacje

Kryminały uczą czujności, uważności, zmuszają do wyciągania wniosków i wzbogacają nasze doświadczenie
AdobeStock
Dlaczego lubimy czytać o zbrodniach, choć codzienny stres daje nam wystarczająco dużo emocji?

Choć kryminały niechętnie zalicza się do „prawdziwej" literatury, to właśnie dzięki nim Polacy chętniej biorą książki do rąk. Niektórzy amatorzy powieści z dreszczykiem wręcz ukrywają swoje zamiłowanie do tego rodzaju rozrywki, bo ostatecznie wartka akcja raczej nie skłania do refleksji. Za sprawą tempa przesuwających się w umyśle czytelnika obrazów taka książka bliższa jest filmowi niż literackiej klasyce. Może to główny powód, dla którego po kryminały sięgają osoby rzadko czytające literaturę.

Z pewnością powieści kryminalne przeszły ewolucję. Przede wszystkim są coraz lepiej skonstruowane pod względem językowym i wydaje się, że autorzy mają większą swobodę twórczą niż dawniej. Specyfika gatunku pozwala na użycie wulgaryzmów i opisów brutalnych scen. Dzięki temu nakreślony językiem obraz staje się pełnowymiarowy i dotyka granic naszej tolerancji na aspołeczne zachowania. Powstaje zatem pytanie, dlaczego tego potrzebujemy? Po co nam przynajmniej jeden trup, opis przemocy i podążania tropem zagadki? Czyżbyśmy nie mieli wystarczająco dużo emocji na co dzień?

– Zagrożenia i lęki są częścią naszego życia. Naturalne jest unikanie niebezpieczeństw – mówi w rozmowie z „Rzeczpospolitą" psycholog Joanna Rutkowska. – Jednocześnie w wolnym czasie niektórzy preferują przeżycie dreszczyku emocji w kontrolowanych warunkach, jakie daje czytanie mrocznych historii. Takie opowieści budzą silne wrażenia, ekscytują i intrygują. Nie można się przy nich nudzić. Jednocześnie koniec historii przynosi ulgę. Są ludzie, którzy uwielbiają takie odczucia. Ale lubią bać się bezpiecznie, z książką w ręku – podkreśla Joanna Rutkowska.

Bajki dla dorosłych

Powody, dla których podążamy do kontrolowanego przeżywania emocji, mają dość głębokie korzenie i długą historię. Nie wiemy, kiedy człowiek zaczął snuć mroczne opowieści przy ognisku, ale z pewnością bardzo dawno temu. Wiele bajek dla dzieci przypomina horrory albo przynajmniej kryminały, jeśli weźmiemy pod uwagę, czym dla wyobraźni dziecka jest pakowanie Jasia i Małgosi do rozżarzonego pieca po wcześniejszym tuczeniu ich w klatce. Oznacza to, że zamiłowanie do dreszczyku wykształca się na bardzo wczesnym etapie rozwoju.

Żyjemy w społeczeństwie, które za wszelką cenę chce uniknąć lęku i dyskomfortu. Jednocześnie usiłujemy zachować kontrolę w sytuacjach zagrażających bezpieczeństwu. Jednak w warunkach szklarniowych nikt nie jest w stanie nauczyć się radzenia sobie w ekstremalnych sytuacjach. Stąd bajki od samego początku pełnią ogromnie ważną funkcję edukacyjną. W kontrolowanych warunkach uczą rozmaitych strategii działania, kreatywnego podejścia do rozwiązywania problemów oraz określają kompas moralny. Od zawsze stanowią pewnego rodzaju symulator, w którym szkolą się młodzi adepci życia.

Okazuje się, że z tego nigdy nie wyrastamy. Potrzebujemy jedynie silniejszych bodźców w tej specyficznej edukacji. Robimy to instynktownie. Poszukujemy przestrzeni, która stanie się poligonem dla ćwiczeń emocji i reagowania w różnych obszarach. Nie tylko przy rozwiązywaniu zagadek detektywistycznych, ale na przykład w sytuacji romansu, kłótni w pracy, sprzeczce na światłach, czy w innych dowolnych relacjach społecznych. Komora symulatora pozostaje ta sama, zmienia się jedynie temat projekcji.

– Przekaz nie angażuje wszystkich zmysłów naraz. Daje więcej dystansu, bo emocje odbieramy poprzez bohatera, a nie na własnej skórze. Jego losy mogą budzić refleksję, zastanawiamy się, co sami byśmy zrobili w takiej sytuacji. Takie opowieści uczą czujności, uważności, wyciągania wniosków i wzbogacają doświadczenie. Pozwalają „bawić się" swoimi lękami i demonami – tłumaczy Joanna Rutkowska.

Umysł rodzi upiory

Gdy sięgniemy jeszcze głębiej w ludzką psychikę, okaże się, że szczególnie chętnie poszukujemy symulacji tych emocji, których rzadko doświadczamy w rzeczywistości. Mimo przeciążenia problemami dnia codziennego umysł potrzebuje ciągłego treningu niektórych doznań. To wiąże się ze zjawiskiem zwanym deprywacją sensoryczną. Polega ona na redukcji lub usunięciu bodźców działających na jeden lub kilka zmysłów. Doświadczamy tego zjawiska w lekkiej postaci, gdy przebywamy w ciszy lub zasłaniamy oczy. To z pewnością relaksuje, ale co za dużo, to niezdrowo.

Do badania deprywacji sensorycznej w 1954 r. John C. Lilly stworzył zbiornik izolacyjny. Wypełniony był roztworem siarczanu magnezu o temperaturze ludzkiej skóry, czyli 34,5 °C. W kontenerze panowała całkowita cisza i ciemność. Zamknięci w środku ochotnicy przeżyli ciężkie chwile. Nie z powodu klaustrofobii, ale ze względu na doznania, jakie towarzyszyły usunięciu wszelkich zewnętrznych dystraktorów. Po początkowej fazie relaksu zaczęły pojawiać się napady niepokoju i halucynacje. Pod koniec eksperymentu badani nie byli już w stanie odróżnić rzeczywistości od własnych myśli.

Oznacza to, że gdy umysł przestaje doświadczać konkretnych bodźców, zaczyna tworzyć je sam. Gdy deprywacja sensoryczna trwa zbyt długo, człowiek przestaje odróżniać wyobraźnię od faktów. W ten sposób niektórzy naukowcy próbują tłumaczyć pewne mistyczne doznania lub chociażby genezę powstania wiary w niektóre bóstwa. Na przykład gdy mieszkaniec koła podbiegunowego wyrusza na kilkutygodniowe polowanie i w zasięgu jego wzroku przez wiele dni jest jedynie śnieg, śnieg i śnieg, to trudno się dziwić, że wraca z opowieścią o spotkaniu z duchem niedźwiedzia polarnego.

Wiedza o istnieniu zjawiska deprywacji sensorycznej jest w nas zakodowana na poziomie nieświadomym, podobnie jak poszukiwanie smaków produktów, których składników brakuje nam w organizmie. Nie dziwmy się zatem pożeraczom kryminałów i horrorów, ponieważ znaleźli doskonałą strategię na bezpieczny trening rzadko używanych emocji.

Urlop z dreszczykiem

Symulowanie niebezpieczeństw to niejedyny cel czytania kryminałów. Poza nim ważne są również pragnienie przeżycia przygody, podążanie do rozwiązania, poszukiwanie tropów, osiąganie celów – to wszystko znacznie intensywniej przeżywa się na leżaku, zwłaszcza w samotności.

– Książkę można zabrać wszędzie. Czytać można w autobusie, samolocie, na plaży, na łące, na działce, w poczekalni, na kocyku, na hamaku czy w łóżku – mówi Joanna Rutkowska. – Czytanie jest też intymnym przeżyciem, zwykle odbywa się w pojedynkę. Pozwala oderwać się od wszystkich i wszystkiego, a tego wiele osób szczególnie szuka w wakacje – dodaje psycholog.

Uzupełnianie brakujących emocji związanych z przygodą oraz rozwiązywanie zagadek nie jest nam na co dzień potrzebne. Jednak gdy rozpoczynamy urlop, instynktownie chcemy naładować akumulatory i rozruszać rzadko używane mięśnie, również te bardziej wirtualne, znajdujące się w naszej psychice. Dlatego chętnie sięgamy po literaturę oderwaną od codzienności – taką, gdzie w ostatecznym rozrachunku dobro zwycięża, a zło zostaje pokonane i sprawiedliwość triumfuje. Pozytywni bohaterowie stają się nami, a my mamy poczucie, że tak właśnie powinien wyglądać świat, gdy go już uporządkujemy. Z kolei kiedy książka kończy się źle, to gdzieś w środku jesteśmy przekonani, że my postąpilibyśmy inaczej. ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA