fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Kruchy motyl w świecie wyniszczonym wojną

Anna Lichorowicz (Butterfly) i James Valenti (Pinkerton)
Opera
Poczciwa „Madame Butterfly" stała się we Wrocławiu opowieścią brutalną, przejmującą oraz bogatszą w nowe znaczenia.

W przedstawieniu nie ma tego, czego od operowego hitu Giacomo Pucciniego zazwyczaj oczekuje publiczność. Nie zobaczymy kolorowych kimon, a Cio-Cio-San, zwana Butterfly, nie przystraja domku kwiatami wiśni na powrót ukochanego. Kwiaty są, ale sypane na podłogę i od razu przez to zdeptane.

W Operze Wrocławskiej sceneria utrzymana jest w dołującej szarości, jakby dom Butterfly, nędzne sklepiki, a nawet amerykańską flagę pokrył pył po wybuchu bomby atomowej. Akcję swego dzieła Puccini umieścił przecież w Nagasaki, tyle że na początku XX stulecia. We Wrocławiu reżyser Giancarlo del Monaco przesunął zdarzenia prawie o pół wieku.

Oficer amerykańskiej marynarki Pinkerton nie jest więc przybyszem z lepszego, zachodniego świata, jak traktowano w czasach Pucciniego tych, którzy docierali na Daleki Wschód. Po zakończeniu II wojny światowej ma potwierdzać swą obecnością ostateczny upadek dawnej Japonii.

Giancarlo del Monaco to znawca opery, obcuje z nią od dziecka (jego ojciec Mario to legendarny tenor). Jeśli zdecydował się przenieść „Madame Butterfly" w czasy nam bliższe, nie robi tego, by pójść za teatralną modą. Dzięki temu zabiegowi typowy wyciskacz łez Pucciniego nabiera nowych, głębszych znaczeń.

Cio-Cio-San nie jest kruchą, prostoduszną dziewczyną zakochaną w amerykańskim mężu, która dowiedziawszy się o jego niewierności, popełnia samobójstwo. W powojennym, brudnym świecie ona jedna broni dawnych japońskich wartości, takich jak honor, prawda czy przysięga. Dlatego jej finałowa śmierć nabiera cech symbolicznych.

Nic – poza brutalnym finałem – nie zostało we Wrocławiu dopisane Pucciniemu. Giancarlo del Monaco buduje zdarzenia zgodnie z tekstem libretta. Uzupełnia natomiast akcję tak, by postaci nabrały nowych cech. Goro (dobra rola Aleksandra Zuchowicza) nie jest więc tylko tradycyjnym swatem. Ślub Butterfly z Pinkertonem to kolejny z jego biznesów, które prowadzi, lekceważąc zasady moralne.

W drobiazgowo dopracowanym spektaklu teatr momentami jednak dominuje nad operą, co bywa zaletą, jak wtedy, gdy Ewa Michnik, dyrygując orkiestrą, troszczy się, by muzyczne napięcie było zgodne ze sceniczną dramaturgią. Czasami wszakże teatralna dominacja to wada, bo jednak widz powinien poddać się urokom melodii Pucciniego. Potrafi je ukazać amerykański tenor James Valenti, obdarzony świetnymi warunkami zewnętrznymi do reżyserskiej koncepcji roli Pinkertona, ale Anna Lichorowicz jest tylko wizualnie kruchą Butterfly. Wokalnie podjęła się zbyt trudnego zadania, sztucznie wzmacnia głos, który staje się przez to ostry, krzykliwy i rozwibrowany.

„Madame Butterfly" w Operze Wrocławskiej to więc kontakt ze świetnym teatrem firmowanym przez Giancarla del Monaco, artystę o ogromnym reżyserskim dorobku na największych scenach świata. Robi spektakle pozornie tradycyjne, a przecież nowoczesne, i owo połączenie jest dzisiaj czymś coraz rzadszym, a przez to tak cennym.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA