fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

"Korsarz": Odwaga podszyta niepewnością

Manuel Legris podczas próby „Korsarza” z tancerzami Polskiego Baletu Narodowego
TW-ON, Ewa Krasucka
Czwartkowa premiera „Korsarza" w Warszawie to pierwsze wielkie widowisko na polskich scenach w czasie pandemii. Do normalności w teatrach jeszcze jednak daleko.

W przypadku tego tytułu rygor sanitarny musi być szczególny. „Korsarz" – trzyaktowy balet klasyczny z kilkudziesięcioosobową obsadą – w XIX wieku cieszył się ogromną popularnością, dziś próbują się z nim zmierzyć jedynie duże zespoły. I nawet jeśli francuski choreograf Manuel Legris, dyrektor Wiener Staatsballett, który z Polskim Baletem Narodowym przygotowuje czwartkową premierę, dokonał pewnego uproszczenia wątków, to „Korsarz" nadal pozostaje zaprzeczeniem spektaklu kameralnego, po jakie dziś sięgają teatry.

Opera Narodowa jako pierwsza ogłosiła – jeszcze przed wakacjami – swoje plany na cały sezon, przygotowane z rozmachem, jakby nie było pandemii. Już w początkach października ma się odbyć kolejna duża premiera – „Werther" Julesa Masseneta.

– Jesteśmy odważni, ale chciałbym, żeby nasza odwaga stała się zaraźliwa. Odrabiamy to, co zabrał czas pandemii. Premiera baletu „Korsarz" była szykowana na marzec, „Werthera" na maj – powiedział „Rzeczpospolitej" dyrektor Waldemar Dąbrowski. – Myślimy pozytywnie, choć życie może wszystko skorygować. Pandemia powywracała przecież kalendarze wielu instytucji i artystów, ale w tym drugim przypadku dała nam szansę. Dlatego w tym sezonie wystąpi u nas dwukrotnie Piotr Beczała, także jako Werther, Aleksandra Kurzak zaśpiewa w „Madame Butterfly", w trzech różnych rolach będziemy oglądać Tomasza Koniecznego.

Małe spektakle

Do czerwca 2021 roku w Operze Narodowej mają się odbyć jeszcze cztery premiery. Inne teatry operowe postępują zdecydowanie ostrożniej, ujawniając plany co najwyżej na najbliższe trzy miesiące. Jako pierwsza wystartowała jeszcze w sierpniu Opera Bałtycka w Gdańsku z przełożoną z maja premierą „Wehikułu czasu" Francesca Botigliera. Jest to jednak spektakl adresowany do młodych widzów i jedynie z czwórką wykonawców na scenie.

Teatry szukają rzeczy kameralnych, mających luźny związek z operą. Opera Śląska w Bytomiu rozpoczęła niedawno działalność premierą sztuki, a właściwie monodramu „Callas. Master Classes". Punktem wyjścia są tu kursy mistrzowskie, jakie ta wielka gwiazda operowa prowadziła w Nowym Jorku, gdy sama już nie występowała. Ze zgrabnego tekstu Terrence'a McNally'ego wielki przebój teatralny uczyniła u nas Krystyna Janda. W Bytomiu w Marię Callas wcielają się śpiewaczki Opery Śląskiej, jej uczniami są inni soliści tego teatru. Warszawska Opera Kameralna zapowiada z kolei premierę popularnego „Kwartetu" niedawno zmarłego brytyjskiego dramaturga i scenarzysty Ronalda Harwooda. Jego sztukę z życia emerytowanych śpiewaków operowych zekranizował kilka lat temu Dustin Hoffman.

Dobrym pomysłem na działalność w pandemii są spektakle baletowe, zwłaszcza gdy mogą być prezentowane do muzyki odtwarzanej z taśmy. Zapewnienie bezpieczeństwa sanitarnego dla muzyków w ciasnym na ogół kanale orkiestrowym to jeden z najtrudniejszych problemów do rozwiązania w teatrach. Od baletowego spektaklu „Dzieci z dworca ZOO" rozpoczęła więc sezon Opera na Zamku w Szczecinie; Teatr Wielki w Łodzi ratuje się wznowieniem nieśmiertelnego, a wciąż popularnego „Greka Zorby".

Czas na remonty

W tych trudnych czasach instytucje nie tylko w Polsce uciekają w remonty. W Europie tak zrobiła na przykład Opera Paryska, u nas od dawna zapowiadana modernizacja sceny rozpoczęła się w Teatrze Wielkim w Poznaniu. W tym sezonie grane będą jedynie spektakle w maleńkiej salce kameralnej, zespół baletowy zaanektował Aulę Artis w Poznaniu, a kilka premier małoobsadowych oper szykowanych jest w innych miastach Wielkopolski. Do końca roku ma też trwać remont głównej siedziby Warszawskiej Opery Kameralnej. Na drugiej scenie w Basenie Artystycznym opery nie będzie.

Niektóre teatry preferują na początek koncerty. Tak zrobiła Opera Nova w Bydgoszczy, pod koniec września galowe koncerty z udziałem zagranicznych śpiewaków zapowiada Opera Wrocławska. Nowa dyrekcja, która przejęła ten teatr dopiero latem, ciągle jest jeszcze na etapie ustalania planów. Od koncertu plenerowego w miniony weekend rozpoczął się sezon w Operze Krakowskiej.

– Zabezpieczamy się na rozmaite sposoby, zakładając jednak, że sytuacja będzie w miarę normalna. Żadnej opery Wagnera szybko jednak nie zagramy, ale Mozarta zapewne będzie łatwiej – powiedział niedawno „Rz" dyrektor Opery Krakowskiej, Bogusław Nowak. W tym teatrze zakończyły się się letnie prace remontowe i w czwartek odbędą się pierwsze w sezonie spektakle – „Normy" Belliniego, któremu bliżej właśnie do Mozarta niż Wagnera. Ujawniony został repertuar do końca 2020 roku z jedną premierą, ale za to widowiskową. Ma to być „Orfeusz w piekle" Offenbacha, do którego próby wiosną przerwała pandemia.

Premier z pewnością będzie w tym sezonie mniej, a niektóre w szczególnie obowiązujących rygorach zapowiadają się wręcz tajemniczo. Do takich należy choćby wielkie dzieło Beethovena „Fidelio", szykowane w Operze Bałtyckiej na 3 października. Czy da się je wystawić z orkiestrą i chórem w tej niedużej sali wypełnionej publicznością jedynie w połowie? Czy widzów nie będzie mniej niż wykonawców?

Gdańsk nigdy wcześniej nie odważył się sięgnąć po „Fidelia", ale okazja jest szczególna. Opera Bałtycka ma 50 lat.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA