fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

„La Bamba” ostra jak chili

Los Lobos będą gwiazdą Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty 1 sierpnia
materiały prasowe
Los Lobos, giganci muzyki meksykańskiej, ale także bluesa, zagrają na Festiwalu Legend Rocka.

Prawie wszyscy znają „La Bambę". Mało kto Los Lobos. Nowa wersja starego meksykańskiego hitu promująca film zapewniła tej grupie popularność w mediach i na dancingach.

Ale Los Lobos, czyli Wilki, mają też na koncie albumy z pikantnymi jak chili blues-rockowymi kompozycjami.

Amerykańska granica

Pierwsze nagrania z drugiej połowy lat 70. tego nie zapowiadały. To były bezpretensjonalne piosenki na kobiece i męski głosy. Ale na pewno nie kiczowate, jak „Pamelo, żegnaj" Tercetu Egzotycznego, śpiewającego w PRL o chłopcach z puebla. Debiutancka płyta „Si Se Puede!" była przedsięwzięciem charytatywnym, a dochód ze sprzedaży był przeznaczony dla członków United Workers of America. Związkowcy używali jako godła dumnego azteckiego orła i walczyli o prawa latynoskich i filipińskich robotników z kalifornijskich winnic. Po kilkuletnim strajku wywalczyli płace minimalne. Muzycy też harowali ciężko. Nagranie drugiej płyty trwało aż pięć miesięcy, ponieważ mogli się spotykać w studio dopiero po pracy wieczorem i w nocy.

Dużym krokiem na drodze do sławy był album „... A Time to Dance" (1983). Los Lobos zaczęli grać muzykę „z północy" i zatrudnili saksofonistę Steve'a Berlina z The Blasters. Płyta rozeszła się w 50 tysiącach egzemplarzy, co pozwoliło kupić dużego vana i wyruszyć na tournée po Ameryce.

Następny album „How Will the Wolves Survive?" z 1984 r. plasuje się pośród najważniejszych amerykańskich płyt lat 80. Punktem wyjścia do sukcesu stało się, podobnie jak u ZZ TOP, pomieszane motywów meksykańsko-teksańskich z bluesem, boogie i rock and rollem. T-Bone Burnett, opromieniony sławą gitarzysty w zespole Boba Dylana, pomógł skomponować „Don't Worry Baby". Dzięki niemu Los Lobos nagrywali w studiach Capitolu, choć nie zrezygnowali z sesji w garażu przyjaciela.

Płytę ubarwiały liryczne oraz taneczne piosenki, jak „Serenata Nortena" z partiami instrumentów dętych oraz akordeonu. Ale Los Lobos śpiewali o surowym życiu migrantów w USA. W „A Matter of Time" opowiedzieli o Meksykaninie, który przekracza nielegalnie amerykańską granicę w poszukiwaniu lepszego życia. Kto by przypuszczał, że ta piosenka do dziś będzie aktualna, a nabierze też uniwersalnego znaczenia.

Powstanie tytułowej kompozycji zainspirowała publikacja „The National Geographic" z pytaniem, czy wilki, będące synonimem dzikiego życia na wolności, mają szansę przetrwać. Los Lobos zadawali sobie podobne pytanie, myśląc o swojej niezależności i kontrakcie z drapieżnym gigantem fonografii Warnerem.

Na karuzeli sławy

Płyta „By the Light of the Moon" z 1987 r. poszerzyła paletę dźwięków o motywy country i osiągnęła znaczący komercyjny sukces, sprzedając się w 400 tysiącach egzemplarzy.

Czymże to jednak było wobec 2 milionów albumów „La Bamby", z muzyką towarzyszącą w 1987 r. filmowi Louisa Valdeza, którego bohaterem był Ritchie Valens, amerykański gwiazdor meksykańskiego pochodzenia. To on jako pierwszy wylansował „La Bambę". Los Lobos zaśpiewali cztery piosenki wraz z tytułowym hitem. Towarzyszący mu teledysk, nakręcony w wesołym miasteczku na tle rozświetlonej karuzeli, otrzymał MTV Award i wywindował Wilki na szczyty list przebojów na całym świecie. Najważniejsze było oczywiście pierwsze miejsce na liście amerykańskiego „Billboardu", gdzie utrzymali się trzy tygodnie.

Los Lobos odczuli wtedy na własnej skórze sens powiedzenia Boba Dylana, że każdy wielki sukces jest katastrofą, a katastrofa nie ma przecież nic wspólnego z sukcesem.

– Z początku byliśmy bardzo zadowoleni, bo mieliśmy coraz większe tłumy na koncertach – powiedział perkusista Louie Perez dla „Los Angeles Times". – Z czasem zrozumieliśmy, że to przypadkowa publiczność, która utożsamia fikcję filmu z naszym życiem. To pomogło nam wyleczyć się z fascynacji fałszywą sławą.

Odpowiedzią na masową popularność „La Bamby" była płyta „La Pistola y El Corazon", zestaw klasycznych meksykańskich pieśni wykonywanych na weselach i potańcówkach – ludowych, ale zagranych szlachetnie, bo akustycznie.

– Dzięki tej płycie przypomnieliśmy sobie, kim jesteśmy – powiedział Perez. A następny ruch zespołu wywołał kompletne zaskoczenie. Album „Neighborehood" (1990) przyniósł rewelacyjne blues-rockowe piosenki.

– Wróciliśmy do korzeni i opisaliśmy miejsca związane z naszym dzieciństwem we wschodnim Los Angeles – opowiadał Perez. – Mieszkaliśmy w domkach z jedną sypialnią, gdzie żyli moi dziadkowie i rodzice. Nieopodal stykały się strefy wpływów rywalizujących ze sobą gangów. Tu nigdy nie było nazbyt spokojnie, ale ratowało nas to, że ulica była położona na końcu świata.

Stąd z mamą chodził na meksykańskie variete. – Stąd pochodzili też moi trzej koledzy, z którymi uczyłem się w jednej szkole – mówił. – Tyle że przygrywaliśmy do tańca w czterech innych zespołach. Do czasu, gdy nie zaczęliśmy grać tradycyjnych meksykańskich tematów w Los Lobos na początku lat 70.

„Neighborehood" opowiadał o ciemnych sprawkach w dzielnicy, ale dawał też nadzieję w piosence o róży, która pięknie zakwita na ugorze.

Antonio Banderas

„Elmo" z następnej płyty „Kiko" słuchali widzowie „Ulicy Sezamkowej", co zaowocowało dziecięcym albumem „Papa's Dream". Wilki zagrały wraz z mistrzem muzyki latynoskiej Lalo Guerrero. Wtedy przyszedł sukces związany z filmem „Desperado" Roberto Rodrigueza. Otwierali towarzyszący mu album „Cancione del Mariachi", szlagierem–laureatem Grammy, w którym towarzyszył im sam Antonio Banderas. Na płycie znalazły się także piosenki Dire Straits i Carlosa Santany.

Na takim fundamencie Los Lobos stworzyli swoje opus magnum „Colossal Head" (1996). Do muzyki tax-mex dodali funky i soul, nawiązali do Santany i Toma Waitsa. O tym, że odnieśli artystyczny sukces, świadczyło również to, że oczekujący komercji Warner odsunął grupę na boczny tor. Niezależność i uznanie muzyków potwierdziło zaproszenie do „Hendrix Experiences Tour" z udziałem Buddy Guya. A na płycie „Ride" ich gośćmi byli Tom Waits, Elvis Costello i Bobby Womack.

Dwa lata temu z Eltonem Johnem i Jackiem White'em wzięli udział w dokumencie „The American Epic Sessions", w którym dla potrzeb filmu po raz pierwszy od 1925 r. użyte zostało pierwsze w Ameryce elektryczne urządzenie rejestrujące dźwięk. A wydana w zeszłym roku retrospektywna płyta świadczy, że Los Lobos grają chętnie zarówno „La Bambę", jak i „Neigheborehood", dodając „Cortez the Killer" Neila Younga, z którym koncertowali w Europie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA