fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Zmarła Maria Koterbska, wielka dama polskiej piosenki

Maria Koterbska
Maria Koterbska
NAC
Zmarła Maria Koterbska, kochająca swing niekwestionowana dama polskiej piosenki. Miała 96 lat.

Zadebiutowała jeszcze w czasie studiów farmaceutycznych. Potem jej kariera potoczyła się szybko. W filmie „Irena do domu” zaśpiewała piosenkę „Karuzela, karuzela”, którą później nuciła cała Polska. Nie mniejszą popularnością cieszyły się inne jej utwory: „Parasolki”, „Brzydula i rudzielec” czy „Serduszko puka...”.

– Swing był moim życiem, a Ella Fitzgerald i Frank Sinatra – chlebem powszednim – mówiła w rozmowie z „Rz” w 1999 roku.

– Maria Koterbska była dla mojego pokolenia głosem, który rozjaśniał straszną nudę i szarość czasów socrealizmu – opowiadał wówczas o niej Wojciech Młynarski. – Była pierwszą polską piosenkarką swingującą po polsku. Śpiewała bardzo nowocześnie, po amerykańsku. Poznałem ją jako początkujący autor, kiedy występowała w kabarecie Wagabunda. Wkrótce zaśpiewała kilka piosenek z moimi tekstami. Miała swój repertuar, nie goniła za modą. Była tak popularna i tak się wszystkim podobała, że nie miała właściwie krytyków. Zawsze byłem przede wszystkim pod urokiem jej jako kobiety – pełnej wdzięku i uroku. Ma bardzo dobry gust do piosenek, ubioru i mężczyzn.

Zaczęła śpiewać przez przypadek.

– Koledzy namówili mnie, żebym wzięła udział w koncercie „Studenci na odbudowę Warszawy”. Program oglądał profesor Andrzej Bursa, który zwrócił na mnie uwag´. Polecił mnie Jerzemu Haraldowi – ówczesnemu szefowi orkiestry Rozgłośni Śląskiej Polskiego Radia, który zaproponował mi współpracę. Zaśpiewałam w jego radiowej audycji „Melodie świata”: „Brzydulę i rudzielca” oraz „Mój chłopiec piłkę kopie”. Te piosenki napisali dla mnie Jerzy Harald i Krystyna Wnukowska. Kilka miesięcy później wystąpiłam po raz pierwszy na koncercie w Katowickiej Filharmonii. Po mnie występowali bardzo znani aktorzy i piosenkarze, ale sala wołała: „Koterbska!” i znowu zaśpiewałam te dwie piosenki. To było wspaniałe. Słuchacze zaczęli się bardzo interesować mną i moim swingowaniem. Byli ciekawi jak wyglądam – nie było przecież jeszcze telewizji. Zaczęły się koncerty i powolne „wchodzenie w branżę”. Za koncert dostawałam 200 zł i choć były to grosze, wiedziałam, że będzie lepiej. Utwierdzał mnie w tym przekonaniu Jerzy Harald. Cały czas moim najważniejszym doradcą był ojciec. Przygotowywał mnie muzycznie, opracowywał moje pierwsze piosenki. Potem zaczęłam śpiewać amerykańskie standardy. Był 1951 rok – czas, który w Polsce nie sprzyjał takim poczynaniom. Tak się na tym dorobiłam, że zatrzymali mi wszystkie audycje w radiu – przeszło rok nie można ich było nadawać. Haraldowi także wstrzymali wszystkie nagrania. Do Warszawy przyjechałam dopiero po trzech latach zawodowego śpiewania. Pierwszy mój koncert odbył się w Hali Mirowskiej – tak wielkie było zainteresowanie. Dla mnie było to niesamowite przeżycie.

– Warszawa nie miewała jeszcze wówczas takich wielkich masowych imprez, a jednak sala pękała w szwach – wspominał Andrzej Ibis–Wróblewski, organizator koncertu. – Przez pewien czas jej nagrania były zakazane, bo lata 50. były epoką pieśni masowej, nieoficjalnie zwanej – musową – propagującej przede wszystkim idee pracy. Od tego wolne były piosenki Marysi Koterbskiej. Miała dar nawiązywania bezpośredniego i intymnego kontaktu z poszczególnymi słuchaczami, a nie – z masą odbiorców.

Maria Koterbska pochodziła z rodziny kochającej muzykę. Jej ojciec Władysław – absolwent konserwatoriów we Lwowie, Wiedniu i Krakowie – był skrzypkiem, matka – pianistką.

– Kiedy tata przyjechał do Bielska na koncert – rozchorował się pianista – akompaniator. Zamiast niego zagrała Janina Mirowska – moja mama – opowiadała Koterbska. - Potem zaproponował jej jeszcze jakiś koncert. I tak już został. Zaczął uczyć w szkole muzycznej w Bielsku, dyrygował w teatrze, napisał kilka operetek, wiele muzycznych książek. Mama grała w teatrze amatorskim. Przed wojną w Bielsku nie było polskiego teatru. Niemcy sprowadzali z Wiednia, Berlina wspaniałe zespoły. Ojciec założył w Bielsku polski chór, zaczął działać w amatorskim teatrze. Przedstawienie „Krakowiaków i Górali” było niemal rodzinnym przedsięwzięciem: ojciec dyrygował, ja z siostrą i bratem tańczyliśmy, mama grała główną rolę. Mieszkaliśmy z dziadkami. Oni – na parterze, my zajmowaliśmy piętro, gdzie mieszkamy do dziś. Przez dom przewijała się plejada ludzi kochających muzykę. Zawsze było gwarno i wesoło. Wspominam ten czas z ogromną serdecznością. Podobnie upływało dzieciństwo mojego syna, a teraz – moich wnuków. Dzieciństwo to taki krótki czas, a radość i wspomnienia zostają na całe dorosłe życie.

Maria Koterbska marzyła, żeby zostać aktorką.

– Ale te marzenia nie spełniły się, bo wybuchła wojna. W czasie wojny ojciec był w Guberni, ukrywał się, a my zostaliśmy z matką. Tu był Reich. Wyrzucili nas z domu. Mieszkaliśmy w jednym pokoju, wszyscy pracowaliśmy w fabrykach, żeby nas nie wywieźli do Niemiec i żeby mieć kartki żywnościowe. Po wojnie wszyscy poszliśmy do szkoły. Ojciec miał marną pensję jako nauczyciel muzyki w szkole. To był bardzo ciężki okres, ale i wspaniały, jeżeli chodzi o prywatne życie, bo nie poddawaliśmy się zwątpieniu – chodziliśmy na wycieczki, zimą jeździliśmy na nartach. Zdawanie na farmację było przemyślane. W rodzinie ze strony matki dwie siostry były farmaceutkami. W czasie studiów mogłam mieszkać u cioci w Katowicach, mieście, w którym studiowałam. Szkoły teatralne były w Krakowie i Warszawie. Nie było mowy o tym, żeby moi rodzice mogli sfinansować studia, które wiązały się z ogromnymi kosztami. Farmację studiowałam krótko. Zostawiłam ją, kiedy zaczęły się spełniać moje marzenia.

W 1952 roku Koterbska zaangażowała się do krakowskiego Teatru Satyryków. Występowała tam dwa sezony.

– Wówczas działał już teatr satyryków w Łodzi. W Krakowie chcieli mieć swój. Ludwik Jerzy Kern i Marian Załucki wymyślili, że dobrze będzie mieć w kabarecie gwiazdę – cieszyłam się wtedy ogromną popularnością. Karol Szpalski miał prowadzić konferansjerkę, Marian Załucki – mówić swoje wiersze, a ja – śpiewać. Kiedy złożyli mi propozycję – momentalnie się zdecydowałam, mimo, że dostawać miałam normalną pensję, którą mogłam mieć za 5-6 koncertów. Zdawałam sobie sprawę, że w teatrze będę miała reżysera i mogę się wiele nauczyć. Najpierw jednak trzeba było pomyślnie przejść przesłuchanie u dyrektora Krzemińskiego. Nigdy tego nie zapomnę. To było dla mnie coś strasznego. Zapytał: „Czy pani wie, że w tej sali nie ma mikrofonu?”. A była to ogromna sala – na 1200 miejsc. Dzięki mojej sławetnej dykcji – dobrze poszło. Byłam bardzo szczęśliwa. Zaczęli dla mnie pisać: Ludwik Jerzy Kern, Marian Załucki, Karol Szpalski.

Była współzałożycielką i gwiazdą warszawskiego kabaretu literatów i aktorów „Wagabunda” aż przez 11 lat.

– Pierwsza myśl o założeniu „Wagabundy” powstała w krakowskim Teatrze Satyryków. Kiedyś w Warszawie spotkaliśmy Wysocką i Pawłowskiego – w czasie udziału w tej samej imprezie. Zgadaliśmy się przy wieczornym spotkaniu, że zrobimy literacki kabaret. Bobek Kobiela, Mieczysław Czechowicz, Dudek Dziewoński, Wiesio Michnikowski, Kazio Rudzki – to byli wspaniali kompani. Przyjaźń z niektórymi przetrwała do dziś. Przez kabaret przewinęło się wiele gwiazd. Nie zarabialiśmy dużo, choć miałyśmy z Wysocką najwyższe gaże – po 500 złotych od przedstawienia. Za koncert płacono mi 1000 złotych.

„Wagabunda” pierwsza wyjeżdżała do Londynu, Czechosłowacji, Ameryki. Pamiętam, jak przyjechaliśmy pociągiem do czeskiej Ostravy i od dworca prowadzili nas z kwiatami do ratusza, zupełnie jak jakąś delegację rządową. W Ameryce nie mogli uwierzyć, że jesteśmy z Wysocką tak dobrze ubrane. Pytano nas dyskretnie, czy specjalnie na tę okazję rząd zafundował nam kreacje, żeby pokazać jak w Polsce jest dobrze. W Londynie też byliśmy pierwsi. Z jednej strony siedział Anders ze swoimi przyjaciółmi, z drugiej – przedstawiciele polskiej ambasady. Balansowaliśmy między jednymi i drugimi. To były szokujące wrażenia.

– Poznałem Marysię przy okazji wyjazdu „Wagabundy” do Stanów Zjednoczonych – wspominał  Edward Dziewoński. – Od tamtego czasu jest jedną z moich najbliższych, najserdeczniejszych i najprawdziwszych znajomych. Można się do niej zwrócić z każdym głupstwem i każdą poważną rzeczą. Zawsze człowiekowi pomoże. Ma się do niej bezwzględne i absolutne zaufanie. Poza tym jest świetnym kolegą, na co dzień, na trudno, na łatwo. Jeżeli mogę powiedzieć, że wśród wielu moich znajomych jest kilka osób z najwyższego szczebla, to Maryśka – na pewno do nich należy.

Maria Koterbska wielokrotnie wyjeżdżała zagranicę na indywidualne zaproszenia.

– Byłam na wspaniałym koncercie w Monako. Usłyszeli mnie w radiu i zaprosili. Wszyscy artyści przyjechali z menadżerami – poza mną. Dostałam 1000 zł za koncert, a inni – po 1000 dolarów. Organizatorzy opłacili hotel, przejazd, a honorarium – radio – tyle że nie w Monako, a w Polsce. Mogłam zabrać ze sobą tylko kilka dolarów, które wydałam natychmiast na lotnisku i potem w ogóle nie miałam pieniędzy. Zaproponowano mi nagranie dwóch piosenek w radio Monako. Zapłacili mi 100 dolarów za nagrania. Nigdy się do tego nie przyznałam w Pagarcie, bo jeszcze by mi rąbnęli jakiś podatek. Ale przynajmniej mogłam sobie poszaleć w Monako.

Maria Koterbska mieszkała w Bielsku – Białej w domu, w którym się urodziła. Zbudował go jej dziadek – sekretarz księcia Habsburga z Żywca. Uważała, że to jej miejsce na ziemi.

– Kiedy w 1954 roku kręciłam we Wrocławiu film „Irena do domu” – Romek, mój syn, miał 6 miesięcy. Zapewniali mnie, że mogę przyjechać na plan z dzieckiem. Jak zobaczyłam, że po studiu ganiają się szczury – postanowiłam dojeżdżać na plan z Bielska. Codziennie kierowca wiózł mnie do domu, żebym nakarmiła Romka. Nie chciałam się przeprowadzać. Miałam tu ojca, który po śmierci mamy czuł się bardzo samotny. Mąż – inżynier włókiennik – miał tu pracę. 

W repertuarze miała 1500 piosenek, nagrała – 400. Wylansowała wiele przebojów, m.in.: „Wio, koniku”, „Karuzela”, „Augustowskie noce”, „Brzydula i rudzielec”, „Mój chłopiec piłkę kopie”. Mimo to nie lubiła występować na festiwalach.

– Na festiwalu wystąpiłam tylko raz – w Sopocie w 1963 roku. Zaśpiewałam dramatyczną piosenkę „Odejdź smutku” Marka Sarta i Jerzego Millera. Piosenka wzbudziła entuzjazm publiczności. Na drugi dzień – jak opowiadał mi Brzechwa – były walki w jury: „Bo było postanowione kto dostanie I nagrodę. I ty naraz wyskoczyłaś z tą piosenką!”

Dostałam II nagrodę, ale było to cudowne przeżycie. Z sentymentem wspominam też jazzowy festiwal w Belgradzie. Wystąpiłam na zakończenie. Śpiewałam naturalnie amerykańskie standardy i zdobyłam I nagrodę. Potem już nigdy nie decydowałam się na udział w festiwalu. To były dla mnie okropne nerwy i ciężkie przeżycia.

Maria Koterbska była pierwszą polską piosenkarką, która wystąpiła w Izraelu w końcu lat 50.

– Tam mieszkało wielu Żydów z Bielska. Kiedy moi dziadkowie zmarli, mieszkanie na parterze wynajęli państwo Hupertowie – właściciele sklepu jubilerskiego. Wychowywałam się i przyjaźniłam z ich córką Rudką, która później wyjechała do Izraela. Zazwyczaj starałam się przygotować jakąś piosenkę w języku kraju, do którego jechałam. Poszłam do gminy żydowskiej. Stary Żyd, który dobrze pamiętał mojego ojca, nauczył mnie starej żydowskiej piosenki. Na lotnisku witały mnie transparenty: „Witaj, Marysiu! Wita cię Bielsko!” Jak zaśpiewałam specjalnie przygotowaną piosenkę – był jeden wielki ryk – tak płakali. To był strzał w dziesiątkę. Śmialiśmy się, kiedy mówili: „Ona musi być Żydówką, bo taka zdolna”. Potem jeszcze czterokrotnie wyjeżdżałam do Izraela i odnalazłam wreszcie – Rudkę – do dziś się przyjaźnimy.

Największą przyjemność sprawiało zawsze Marii Koterbskiej dawanie koncertów.

– Spotykanie się z ludźmi dawało mi radość. To była frajda, kiedy widziałam uśmiechnięte twarze. Z perspektywy czasu nie mogę sobie jednak wyobrazić, jak wytrzymałam nieustanne podróże, przesiadki pociągowe i tułanie się z walizkami. Jestem osobą szczęśliwą. Staram się nie dostrzegać dolegliwości, które mnie trapią, bo lekarz mówi: „Zgodne z wiekiem”. Nie tracę wigoru. Wciąż ludzie piszą do mnie listy – zadziwia mnie to, zwłaszcza, że jest wśród nich wielu młodych. Moja pogodna natura udziela się ludziom, bo ja staram się przekazać im to, co jest we mnie najlepsze.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA