fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Krótka opowieść, która zostaje w pamięci na długo

ROL
Gdy świat szaleje na punkcie opasłych powieści, Ian McEwan prezentuje mistrzowską lapidarność.
Najnowsza książka Brytyjczyka znanego w Polsce m.in. dzięki ekranizacji jego powieści „Pokuta" to przewrotnie skonstruowana i wyrafinowana powieść.
„W imię dziecka" ma wszelkie zalety kryminału i czytadła, które trzyma w napięciu, każe przewracać kolejne strony i kusi obietnicą ulgi w finale. Ale po przeczytaniu ostatniego zdania napięcie tylko wzrośnie...
Już sama forma to fenomenalne złudzenie, gra z czytającym. Jest tu co prawda elektryzująca tajemnica, ale Ian McEwan używa jej, by zaprowadzić do najgłębszych wymiarów człowieczeństwa, na dno rozpaczy i beznadziei. Po to zresztą, by nas przed ostateczną katastrofą uratować, opowiedzieć o nadziei rozjaśniającej chwile krańcowego wypalenia i pustki.
Lekkość pisarstwa McEwana to celowe przeciwstawienie wielkiemu ciężarowi spraw, jakim tę książkę poświęcił. O wartości ludzkiego życia, prawie do decydowania o własnej śmierci, różnicy między mądrością w młodości i bezradnością w starości, o prawdzie i słuszności – opowiada krótkimi, oszczędnymi zdaniami.
Centralną postacią uczynił sędzię – kobietę dobiegającą sześćdziesiątki, coraz bardziej zamkniętą w sobie i wyobcowaną w małżeństwie. Przedstawia nam Fionę Mae w dniu dwóch pozornie niepowiązanych z sobą zdarzeń. Mąż właśnie zagroził jej rozstaniem, a asystent sądowy zadzwonił z pilną sprawą chorego nastolatka, którego rodzina – i on sam – nie wyraża zgody na leczenie. Odmowę motywują względami religijnymi. Przesłuchania i decyzję trzeba podjąć błyskawicznie, chłopcu grozi śmierć w męczarniach.
Sędzia Mae przepija łzy gorzką whisky, odsuwa myśli o rozpadzie swego życia i zabiera się do pracy. Wówczas jest bezpieczna: wśród dokumentów i etyczno-filozoficznych rozważań, otoczona mądrością i uzasadnieniami wielu osób zajmujących urząd sędziowski przed nią.
A jednak ta sprawa uwikła nie tylko jej umysł, także uczucia, a nawet namiętność. Wszystko, co się w tym krótkim czasie wydarzy, będzie jak muśnięcie: nienazwana emocja, niedokończona kłótnia, uderzenie zazdrości, jeden – dość przypadkowy – pocałunek.
Brytyjski pisarz wspaniale zestawia umykającą materię życia, jego ulotność i niedookreślenie, z klarownością i językiem konkretów, jakiego do opisania konfliktów etycznych używa prawo. Sędzia Mae jest gwiazdą palestry, jedną z najbłyskotliwiej i najmądrzej orzekających – czytanie przygotowanych przez nią decyzji to uczta.
McEwan przypomina wagę i maestrię tej niedocenianej ostatnio, wręcz bagatelizowanej profesji. I chyba wyraża wiarę, że we współczesnym świecie sędziowie to ostatni sprawiedliwi, ostatni ludzie zajmujący się najważniejszymi wymiarami naszego istnienia z należytą powagą i ostrożnością, świadomi katastrofalnych skutków złych decyzji. Bo sędzia Mae popełni błąd.
Autor ustawia bohaterów w symboliczny trójkąt. Racjonalna Fiona ma przed sobą spragnionego czułości męża oraz chłopca, który jeszcze nie pojmuje wartości życia, a przecież ucieleśnia wszystko, co w istnieniu najpiękniejsze: możliwości, przyszłość, otwarte ścieżki. Pisarz tworzy napięcie dotyczące spraw ostatecznych, choć wyraża je w prozaicznych gestach i zdarzeniach.
Ta piękna i pochłaniająca powieść zajmuje ledwie jeden wieczór. Ale iskrzy od dylematów, z którymi zostaje się – jak z konsekwencjami swych decyzji – na długo, może na zawsze.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA