fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

„Serotonina" Michela Houellebecqa: Tak zanika Europa

AFP
Po co ratować przegranego samca? – pyta w swej nowej powieści, „Serotoninie" Michel Houellebecq i nie ma wątpliwości, że ma na myśli nas, Europejczyków.

Komentarze wokół jego nowej książki często rozpoczynają się od pochwał wieszczych zdolności autora, utrzymanych w manierze portalowych newsów „On znowu to zrobił! Zobacz co". W „Serotoninie" pojawia się bowiem wątek barykadowania autostrad w czasie protestów rolników, którzy strajkują przeciwko polityce rolnej rządu i Unii. Protestów, które eskalują do rozmiarów tragicznych, wskutek użycia broni palnej.

Dostrzeganie w tych opisach przepowiedni ruchu „żółtych kamizelek" (książka ukazała się we Francji w styczniu 2019 r., protesty rozpoczęły się półtora miesiąca wcześniej, czyli najpewniej już po oddaniu tekstu do druku) to droga na skróty. We Francji protesty wybuchają z regularnością zimowych przesileń i nie trzeba mieć wróżbiarskich talentów, by przewidzieć kolejne. Tym niemniej Houellebecq ma niezwykle czuły węch społeczno-polityczny i pozostaje nielicznym już przykładem, że warto słuchać literatów, kiedy mówią o sprawach bieżących.

Zabawne świństwa

Kto wie, czym jest tytułowy hormon, ten w ciemno może strzelić, o czym jest powieść. O szczęściu, a raczej o jego deficycie, na który cierpi Florent-Claude Labrouste, jeszcze jeden w kolekcji houellebecqowskich dekadentów. Właśnie zobaczył nagranie, na którym jego młodsza partnerka rodem z Japonii kopuluje z wieloma mężczyznami (i nie tylko, ale oszczędźmy szczegółów) naraz, co wprowadza go w szok psychiczny.

Nie chodzi o to, że jest zazdrosny, po prostu czara goryczy się przelała. Ostatnie pozory stabilności, spełnienia i samozadowolenia w jego życiu legły w gruzach i bohater-narrator przestaje udawać, że szczęście jest mu do czegokolwiek potrzebne. Postanawia rzucić pracę, pozbyć się mieszkania, rozwiązać umowy i abonamenty, zrywa też kontakty ze znajomymi.

„Przyszła pora, by uznać szczęście za jakiś starożytny majak, do szczęścia nie ma już po prostu warunków historycznych" – to słowa, które narrator przypisuje swej dawnej dziewczynie, ale pasują do niego samego. Dochodzi do wniosku, że trzeba się zadowolić ciepłym mieszkaniem, pełnym brzuchem, alkoholem i farmakologią.

Magiczna pigułka zwiększająca wydzielanie tytułowego hormonu szczęścia zwie się captorix. „Starannie przestudiowałem ulotkę, z której dowiedziałem się, że prawdopodobnie zostanę impotentem, a moje libido zaniknie". Co nie znaczy, że narrator przestanie snuć świńskie opowieści. Houellebecq nie byłby sobą, gdyby odmówił nam dosadnej erotyki. Pornograficzne detale prowokują tym bardziej, że bohaterowi pozostały tylko wspominki. I choć świntuszy, to na szczęście dowcipnie.

Zabawnych momentów jest więcej. Houellebecq nigdy nie zawodził w roli sarkastycznego komentatora, ironicznego portrecisty. Bywa bezwzględny, jak wtedy, gdy narrator opisuje dawną kochankę – rozpitą aktorkę awangardową, w której mieszkaniu jest tylko kawa rozpuszczalna. „Nawet nie miała filiżanek" – mówi i szybko daje nogę.

Wisielczy humor, bezlitosna autoironia i szydzenie narratora z samego siebie – to znaki rozpoznawcze Houellebecqa. Pod względem gęstości opisów, różnorodności portretów, obyczajowych smaczków i komentarzy politycznych „Serotonina" wydaje się powieścią bogatszą niż poprzednia, niewyobrażalnie głośna „Uległość" z 2015 r.

Wypromować sery

Wspomniane protesty rolników mają w „Serotoninie" większe znaczenie. Bohater jest bowiem z wykształcenia agronomem. Na początku pracował w biotechnologicznym molochu Monsanto, potem (kiedy coś mu się jeszcze chciało) zaś dla rządu. Ma wypromować na świecie, zwłaszcza w Ameryce Północnej, francuskie sery. Idzie mu to marnie.

Jego kolega ze studiów Aymeric, późniejszy przywódca strajków, to spadkobierca wielkich majątków rolnych w Normandii. Zamiast wyprzedawać ziemie Chińczykom, usiłuje rozbujać hodowlano-rolny interes. Efekty są mizerne, Aymeric popada w zniechęcenie. Swoje położenie komentuje tak, wspominając ojca: „jedynie chadzał na śluby, pogrzeby, jeździł na polowania z psami, od czasu do czasu wypijał drinka w Jockey-Clubie, o ile wiem, miał kilka kochanek, ale bez przesady, no i majątek Harcourtów pozostawił nietknięty. Ja natomiast próbuję coś zbudować, tyram jak wół, codziennie wstaję o piątej rano, wieczory spędzam nad księgowością, a w rezultacie doprowadzam rodzinę na skraj ubóstwa".

Nawet gdybyśmy nie chcieli czytać „Serotoniny" jako metafory współczesnej Europy, te skojarzenie i tak będą powracać. Również w pozornie niewinnych scenach, choćby gdy bohater słyszy od psychiatry: „Wydaje mi się, że umiera pan ze smutku". U Houellebecqa nie ma zdań niewinnych.

Podobnie jak w innych jego powieściach zastanawianie się, „dokąd to zmierza", jest bezcelowe. Wszystko zmierza donikąd, koroduje i niszczeje. Nie będzie odnowy, nie będzie europejskiego renesansu, ani lewicowego, ani konserwatywnego spod znaku katolickiego identytaryzmu. Bohaterowie przestają siłować się z życiem. Podejmują różne działania, by za moment się rozmyślić i zalać ambitny projekt zmian szklaneczką calvadosa i przegryźć homarem z przegrzebkami. Poddają się nurtowi i jedyne, co im zostaje, to komentowanie tegoż dryfu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA