fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Maurizio de Giovanni: Sprawcy zbrodni są często lepsi od swoich ofiar

materiały prasowe
- Lojacono jest człowiekiem niedoskonałym. Poznajemy go w chwili, gdy jest podejrzany o współpracę z mafią i dlatego zostaje przeniesiony z Sycylii. Czy to prawda? Na razie tego nie wiemy. Ale w naturze nie ma czerni i bieli. A w każdym razie ja wolę szarość z jej wszystkimi odcieniami – mówi serwisowi rp.pl, mistrz włoskiego kryminału. Maurizio de Giovanni powraca do Polski i już od 17 lipca na półkach będzie można spotkać powieść „Bękarty z Pizzofalcone”.

„Rzeczpospolita”: „Chcesz żeby twoje życie wyglądało inaczej? Musisz sam je zmienić” – pisała Katy Regnery. Czy taka właśnie myśl zakiełkowała w pańskiej głowie, gdy wysłał pan thriller na konkurs organizowany przez Porsche Italia?

Maurizio de Giovanni: Moje życie nie jest posłuszne tej maksymie pani Regnery, którą skądinąd podzielam. Po prostu wziąłem udział w konkursie literackim ogłoszonym przez Porsche, do którego zapisali mnie inni.

Był to konkurs dla debiutujących autorów kryminałów, w różnych miastach Włoch odbyły się eliminacje, a finał we Florencji w historycznej kawiarni Giubbe Rosse. Mój udział to sprawka paru moich kolegów (jeszcze trzy lata temu pracowałem w banku) – stroili sobie ze mnie żarty z powodu mojej nieokiełznanej pasji do literatury kryminalnej i do książek w ogóle, które pożerałem w wielkiej ilości, i w pewnej chwili dla żartu zgłosili moją kandydaturę. Konkurs polegał na tym, że w kawiarni Gambrinus trzeba było napisać opowiadanie inspirowane jakimś wydarzeniem z kroniki kryminalnej.

Ku własnemu niedowierzaniu przeszedłem eliminacje, a potem wygrałem finał. Nagrodą nie był luksusowy samochód, lecz publikacja zwycięskiego opowiadania w prestiżowym czasopiśmie „L'Europeo”.

Karierę pisarską rozpoczął pan w 2005 roku. Co zadecydowało o wejściu w świat literatury?

Także i w tym przypadku zostałem, że tak powiem, zmotywowany. Pewna agentka literacka po przeczytaniu mojego opowiadania zadzwoniła do mnie, prosząc bym jej przysłał najlepszą powieść, jaką mam z Luigim Alfredem Ricciardim jako głównym bohaterem. Oczywiście nie miałem w szufladzie żadnej powieści. Tę postać wymyśliłem tydzień wcześniej. Wziąłem urlop i napisałem „Łzy pajaca”. Od wtedy nie zatrzymałem się już ani na chwilę.

„Zły to uczeń, który nie przewyższa swego mistrza” – pisał Leonardo da Vinci. Gdy pada imię i nazwisko „Maurizio de Giovanni”, wszyscy czytelnicy kojarzą je z określeniem „mistrz włoskiego kryminału”. Nurtuje mnie jednak to, kto był mistrzem dla pana?

Andrea Camilleri. Jest mistrzem nas wszystkich i takim na zawsze pozostanie. Najbardziej przenikliwy, inteligentny, ożywczy intelektualnie i dowcipny człowiek, którego kiedykolwiek spotkałem.

„Ani bowiem talent bez wiedzy, ani wiedza bez talentu nie mogą stworzyć doskonałego mistrza” – mawiał Witruwiusz. Jak te słowa pasują do włoskiego mistrza kryminału?

Wystarczy choć raz spotkać Andreę – a ja miałem to szczęście, że bywałem w jego domu – żeby dostrzec, iż w nim spotykają się, doskonale zmieszane, wiedza i talent w ilościach nie do podrobienia przez żadnego naśladowcę.

W „Pokusie zła” M. Robinson pisała: „Stał się dla mnie utrzymującym przy życiu respiratorem, jedynym celem mojej codziennej egzystencji”. Czy były chwile, gdy tak podchodził pan do opisywania przygód komisarza Ricciardiego?

Nie, jestem najpierw czytelnikiem, potem pisarzem. Mógłbym spokojnie przestać teraz pisać. Ale nigdy nie umiałbym sobie odmówić czytania, które jest dla mnie najbardziej zaawansowaną formą wirtualnej rzeczywistości. Kiedy czytam, wcielam się w każdą postać, bez filtrów i stopni pośrednich.

„Łzy pajaca” czy „Bękarty z Pizzofalcone” to bardzo intrygujące tytuły. Skąd się biorą na nie pomysły?

Wszystkie wymyśliłem sam. Szukanie nazwisk dla bohaterów to zadanie mojej żony Paoli. Każdemu coś się należy...

„Uczucia rodzą się, żyją, starzeją się i umierają, tak jak ludzie” – jaki ma Pan stosunek do „Bękartów z Pizzofalcone”?

To postaci, które wymyśliłem, więc traktuję je jak swoje dzieci. Kocham także te negatywne, bo jako autor rozumiem powody tego, dla których żyją tak, jak żyją. „Bękarty” w szczególności powstały, bo chciałem sobie udowodnić, że byłbym w stanie napisać powieść także pozbawioną barwnej otoczki lat trzydziestych.

„Bękarty z Pizzofalcone” rozgrywają się w komisariacie, z którego wyrzucono czterech policjantów za handel narkotykami. Skąd pomysł na tę książkę?

Z kroniki kryminalnej mojego miasta. Pewien oficer uwielbiany przez swoich podwładnych został oskarżony o nielegalne czyny, po czym potem został całkowicie oczyszczony z zarzutów.

Jak bardzo musiał się pan mitygować, by nie zostało zarzucone, że autor przypisuje policjantom z komisariatu, zwanych w środowisku mundurowych: „Bękarty z Pizzofalcone” tylko wszystko to, co najgorsze?

To nie tak. To ludzie niedoskonali, ale z pewnością nie najgorsi z możliwych. A tak w ogóle, moim zdaniem często sprawcy zbrodni są lepsi od swoich ofiar.

Czytelnik poznający inspektora Giuseppe Lojacono będzie mógł Panu zarzucić, że głównemu bohaterowi przypisał pan same pozytywne cechy? Czy to celowe?

Powtarzam: także Lojacono jest człowiekiem niedoskonałym. Poznajemy go w chwili, gdy jest podejrzany o współpracę z mafią i dlatego zostaje przeniesiony z Sycylii. Czy to prawda? Na razie tego nie wiemy. Może tak, może nie. Ale w naturze nie ma czerni i bieli. A w każdym razie ja wolę szarość z jej wszystkimi odcieniami.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA