fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Artur Urbanowicz: Główni bohaterowie książek często oddają sposób myślenia autora

materiały prasowe
„Nie ukrywam swojej fascynacji stand-upem, z którego wiele czerpię, przede wszystkim warsztatowo. Mało kto zdaje sobie sprawę, że zgłębiając tajniki tej sztuki scenicznej, nie tylko uczymy się pisać żarty, nie tylko stajemy się biegli w żonglerce słowem, ale również jesteśmy w stanie łatwo kreować w literaturze sytuacje, w których czytelnik wczuwa się w stan emocjonalny bohatera” – mówi serwisowi rp.pl Artur Urbanowicz, który 2019 rok rozpoczyna od publikacji „Inkuba” – horroru na miarę światowego bestselleru.

Kamil Piłaszewicz: „Zauważyłeś, że w trakcie naszej edukacji uczy się nas mówić, pisać i czytać, ale w ogóle nie uczy się nas słuchać?” – pisząc „Grzesznika”, spodziewał się pan, że te słowa będą tak doskonale pasować do dzisiejszych realiów Polsce?

Artur Urbanowicz: Może nie myślałem o tym podczas pisania powieści, lecz zdaję sobie sprawę, że wielu z nas nie dysponuje wiedzą na temat dobrej komunikacji. Bo niby skąd? Nie uczy się tego w szkołach, możemy jedynie zgłębiać ją sami, czytając fachowe książki i korzystając z wiedzy psychologów, którzy są w tym mistrzami. Jako matematyk z wykształcenia, przywiązuję ogromną wagę do precyzji wypowiedzi, jestem uczulony na to, gdy ktoś używa słów: „zawsze”, „każdy”, „nigdy”, „nikt”, „ciągle”, „wszyscy” i tym podobnych, które zazwyczaj wiążą się z krzywdzącymi uogólnieniami. To tak zwane kwantyfikatory ogólne i zdania, w których występują, na ogół są nieprawdziwe. Bo wystarczy, że pokażę jeden kontrprzykład i udowodnię, że dana teza nie zachodzi. Nie wszyscy kibice to bandyci, nie wszystkie kobiety są materialistkami, nie każdy facet patrzy jedynie na wygląd i tak dalej. Nie ma przypadku w tym, że poradnie małżeńskie na pierwszym miejscu radzą, by wyrzucić te słowa ze swojego wokabularzu (śmiech). 

Swego czasu przeczytałem w sieci świetny artykuł pod tytułem „6 tanich chwytów, które zdominowały dyskusje w polskim Internecie”. Śmiało mogę powiedzieć, że była to jedna z najważniejszych publikacji, na jakie natrafiłem w życiu, i każdemu czytającemu ten wywiad polecam ją wygooglać. Przerazicie się, jak częsty jest brak logiki w publicznej debacie, w mig skojarzycie własne przykłady dla wszystkich sześciu chwytów. Artykuł precyzyjnie określa, jakie błędy komunikacyjne popełniamy, w tym osoby takie jak politycy, którzy najczęściej stosują tak zwanego stracha na wróble. Chwyt polega na tym, że wyolbrzymia się lub przekręca słowa rozmówcy i odnosi się do nich (tworzy się wspomnianego „stracha na wróble”), zamiast do rzeczywistych słów adwersarza. Prosty trik, dzięki któremu kontroluje się dyskusję i zmusza rozmówcę do tego, by przez większość czasu prostował słowa, które wkłada mu się do ust:

„ – Uważam, że powinniśmy się szczepić.

– Aha, czyli uważasz, że koncerny farmaceutyczne powinny rządzić światem i chcesz, żeby nasze dzieci chorowały na autyzm?! Jesteś okrutny! 

– Wcale tak nie powiedziałem!”

Uczestniczyłem w wielu dyskusjach, które wyglądały w taki sposób. To moje słowa się przekręcało i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że mnie to męczy, więc przestałem zawracać sobie głowę wirtualnymi sporami w sieci. Zamiast gadać, wolę działać, bo efektywność człowieka określa się po wynikach. Zdałem sobie również sprawę, że istnieje naprawdę niewielu ludzi, którzy umieją dobrze, logicznie dyskutować, co powoduje pewien rodzaj samotności. Bo choć używamy tego samego języka, nie rozumiemy się. Między innymi o tej samotności będzie moja czwarta powieść, „Paradoks”, nad którą obecnie pracuję. 

Ostatnimi czasy w szkołach na pytanie o czytanie książek, popularność zyskały takie odpowiedzi, jak m.in. „Ulubiona lektura to… streszczenie.”. Dlaczego jednak warto czytać?

Odwiedziłem na spotkaniach autorskich z młodzieżą już dziesiątki szkół i zawsze, zanim przechodzę do omówienia swoich książek, uświadamiam młodych, że za ich niechęć do czytania odpowiadają właśnie lektury. To lektury w największej mierze odpowiadają za spadek czytelnictwa w Polsce i uważam je za najgorsze zło. Dlaczego? W dobie internetu, kiedy chcemy mieć wszystko podane szybciej, przystępniej, zwięźlej, przyjemniej (z czego wynika popularność memów i stron takich jak Kwejk), lektury, jako napisane archaicznym, trudnym językiem, którego czytanie nie sprawia przeciętnemu odbiorcy żadnej przyjemności, są niedopasowane do czasów. Lektury męczą i nudzą, przez co czytanie kotwiczy się dzieciom w głowie jako bolesny i nudny obowiązek. Tymczasem istnieją książki, których czytanie sprawia prawdziwą przyjemność. Może być Pan pewien, że gdyby młodzież czytała w ramach lektur „Harry’ego Pottera” zamiast „Krzyżaków”, czytelnictwo w Polsce by rosło. Bo to się czyta z zapartym tchem, to się pochłania, to świetna zabawa. Z tych rozważań wynika jeszcze jeden ciekawy wniosek: dopasowany do obecnych realiów warsztat pisarza to wręcz pojęcie socjologiczne, które ulega bezustannym przekształceniom. Niedawno przeczytałem klasyczne opowiadanie Edgara Allana Poego „William Willson”. Jakaż to była męka! Zwróciło moją uwagę, że technika pisania w tym tekście totalnie nie współgra z tym, co można przeczytać w poradnikach dla współczesnych pisarzy, nawet napisanych przez znawców literatury z tytułami naukowymi. Na przykład – w zdaniach było pełno przysłówków, których powinno się unikać, gdyż źle wpływają na rytm czytania, o czym w swoim poradniku pisze nawet Stephen King. Dalej – całe mnóstwo abstrakcyjnych pojęć, czyli określających rzeczy, których nie można dotknąć i wyobrazić sobie jako obrazy. Takie pojęcia to na przykład… pojęcie i przykład (śmiech). Kiedy, drogi czytelniku, czytasz jakieś zdanie i nie jesteś w stanie zrozumieć go ani za pierwszym, ani za drugim razem, choć rozumiesz wszystkie pojedyncze słowa, najpewniej to, co czytasz, zawiera za wiele abstrakcji. Znowu – nie współgra to z dobą internetu i założeniami: szybciej, zwięźlej, przystępniej, bardziej zrozumiale. Po trzecie – niepotrzebne słowa, wątki i opisy. Ludzie od zawsze kochali opowieści. Kiedy spotykamy się ze znajomymi i opowiadamy sobie, co u nas słychać, nie poświęcamy jednej czwartej czasu na opis miejsca, w którym rozegrała się dana historia. Bo to nie jest w niej istotne. Tymczasem we wspomnianym opowiadaniu pierwsza ćwiartka to jeden wielki opis szkoły. Przepraszam, może kogoś urażę, podnosząc rękę na świętość, jaką dla niektórych jest klasyka literatury, lecz gloryfikowanie jej i zmuszanie młodzieży do jej czytania będzie skutkować dalszym spadkiem czytelnictwa w Polsce. Inna sprawa to to, że młodzi ludzie na ogół nie mają pojęcia, że mogą zaproponować nauczycielowi lekturę. Owszem, muszą przerobić program, lecz gdyby zdarzył się wolny slot, mogą w tym czasie omówić to, na co mają ochotę. Również uświadamiam o tym młodzież i zachęcam nauczycieli czytających ten wywiad, by „pouczyli” w tej kwestii swoich podopiecznych.

Przechodząc do pytania, które zadał Pan na początku: dlaczego warto czytać? Odpowiedzi są dwie. Po pierwsze: zdać sobie sprawę, że istnieją powieści, których czytanie może być świetną rozrywką, że nie wszystkie książki napisano jak lektury i można sięgać po nie dla przyjemności. Po drugie: żaden twór kultury nie rozwija naszej wyobraźni tak jak książka. Bo czytając słowa, musimy wyobrazić sobie obrazy, które za nimi się kryją, nawet czytając najgorszą, badziewną szmirę. Kiedy napiszę „różowy słonik”, automatycznie wyobraża Pan to sobie, podczas gdy zobaczy pan obrazek różowego słonika lub film, w którym takie coś się pojawia, nie używa Pan wyobraźni w ogóle, gdyż wszystko ma Pan podane na tacy. Oczywiście istnieją również filmy trudniejsze, pełne symboli, metafor i niedopowiedzeń, które po seansie trzeba ułożyć sobie w głowie, ale i tak uważam, że gorzej ćwiczą wyobraźnię niż jakakolwiek beletrystyka, bo wciąż w największej mierze operują obrazem. Podsumowując, regularnie czytanie książek ubogaca naszą wyobraźnię. Bogata wyobraźnia to z kolei bogata kreatywność. Bogata kreatywność to z kolei potęga, która ułatwia życie i pozwala rozwiązywać problemy. Nie ma przypadku w tym, że najpotężniejsi i najbogatsi ludzie na świecie regularnie czytają. 


O Arturze Urbanowiczu ludzie w Polsce usłyszeli tuż po premierze książki pt. „Gałęziste”. Rozpoczynając pracę nad tym horrorem pojawiały się przypuszczenia, że wchodząc do świata literatury polskiej, od razu w debiucie sięgnie pan po Nagrodę Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego?

Doprecyzujmy, że chodzi o wyróżnienie czytelników, nagrodę główną zdobyło „Nie ma wędrowca” Wojciecha Guni. I właśnie fakt, że książkę docenili czytelnicy, cieszy mnie najbardziej i stanowi dla mnie dowód, że droga, którą podążam, jest właściwa. Bo wchodząc do świata literatury, miałem jasno określony cel. Jest nim, o dziwo, nie jak największa sprzedaż moich książek, tylko żeby te książki czytało jak najwięcej osób. Wbrew pozorom, pierwsze nie jest jednoznacznie drugiemu. Autor bez czytelników jest nikim. 

 

Stosuję prosty model matematyczny: jeżeli czytelnik sięgnie po moją powieść, to spodoba mu się ona albo nie. Co implikuje, że im więcej ludzi przeczyta moje książki, tym większą liczbę wiernych czytelników zyskam. Przedstawmy to w języku jeszcze bardziej matematycznym. Załóżmy, że prawdopodobieństwo, że moja książka spodoba się fanowi powieści z dreszczykiem, wynosi 7/10. Jeżeli książkę przeczyta dziesięć osób, to statystycznie siedmiu czytelnikom się spodoba, zaś trzem nie. Gdy przeczyta sto, rozkład rozłoży się w stosunku siedemdziesiąt do trzydziestu. Gdy tysiąc, siedemset do trzystu. Tym sposobem zyskam aż siedemset osób, które z dużym prawdopodobieństwem sięgną po kolejne powieści. Prawda, że proste? Więcej odbiorców to więcej stałych czytelników. To niby banał, ale mało kto korzysta z tej wiedzy w praktyce. Może dlatego, że traktuje się pisarstwo jako zawód, sposób na zarabianie pieniędzy, nie przede wszystkim jako pasję? A docieranie do odbiorców kosztuje. Nie skarżę się, broń Boże, tylko stwierdzam fakt. Nie zliczę, ile książek rozdałem bibliotekom za darmo. Nie zliczę, do ilu szkół odzywałem się z ofertą darmowego spotkania autorskiego dla młodzieży. Nie zliczę, do ilu recenzentów odzywałem się z zapytaniem, czy zechcieliby przeczytać i zrecenzować powieść, ile książek wysłałem im na swój koszt. Nic na tym nie zarabiam, to wręcz mój sposób na wydawanie pieniędzy zarobionych w normalnej pracy w korporacji, ale póki co nie chodzi o to, by z tego żyć. Pewnych rzeczy nie da się przeliczyć na pieniądze. Na przykład interakcji z ludźmi, które uwielbiam! W momencie, kiedy to piszę, siedzę w Empiku na Marszałkowskiej w Warszawie. Kilka godzin wcześniej napisałem post na Facebooku: „Drodzy czytelnicy! Jestem tutaj, jeżeli ktoś chciałby się spotkać, uzyskać podpis lub pogadać, to wpadajcie!”. I przychodzili! To niesamowite! Nie oddałbym tych pozytywnych emocji za żadne pieniądze. Nie na darmo mówi się, że największe uczucie szczęścia w człowieku wywołują relacje z ludźmi. Zgadzam się z tym w pełni. Relacje z czytelnikami cenię sobie w swojej przygodzie z pisaniem najbardziej. Z tego powodu rozkręciłem w social mediach akcję pod hashtagiem #TakiCzytelnikToSkarb, aby docenić prawdziwe gwiazdy literatury, jakimi są czytelnicy. Akcja ma na celu pokazywanie światu życzliwości, jaką mnie obdarzają.

Choć pisze pan thrillery i horrory, czytając takie fragmenty, jak ten z „Grzesznika”: „„Żaden zapach nie podnieca ludzi tak jak wyciąg z konta”; zastanawiam się, czy powstanie jakaś lektura pod szyldem „komedia” podpisana pana imieniem i nazwiskiem.

Nie mówię nie, ponieważ krążą mi po głowie zalążki historii komediowych, obyczajowych, sci-fi, a nawet z literatury typowo kobiecej, ale dopóki pojawiają się pomysły na historie spod szyldu „groza”, one będą miały pierwszeństwo. Nie oznacza to jednak, że nie będę zawierał w swoich horrorach elementów komediowych lub obyczajowych, gdyż to one ubarwiają historie. Zauważyłem w opiniach czytelników, że na przykład dialogi w moich historiach albo się kocha, albo nienawidzi. Nie ma nic pomiędzy. Tak samo żarty – albo się je uwielbia, albo uważa za suche. Te same! Nie przejmuję się tym, uważam, że nie ma czegoś takiego jak dobre i kiepskie poczucie humoru. Po prostu humor może do nas trafiać albo nie. 

Nie ukrywam swojej fascynacji stand-upem, z którego wiele czerpię, przede wszystkim warsztatowo. Mało kto zdaje sobie sprawę, że zgłębiając tajniki tej sztuki scenicznej, nie tylko uczymy się pisać żarty, nie tylko stajemy się biegli w żonglerce słowem, ale również jesteśmy w stanie łatwo kreować w literaturze sytuacje, w których czytelnik wczuwa się w stan emocjonalny bohatera. W końcu w trakcie słuchania stand-upu często dopada nas myśl: „rzeczywiście, ja też uważam, że to, o czym on mówi, jest dziwne/straszne/trudne/głupie!”.

Często podkreślam mój pogląd o głównie rozrywkowej funkcji literatury, choć idealnie jest wtedy, gdy rozrywka niesie za sobą jakieś przesłanie, a więc i bawi, i zmusza do przemyśleń. W zasadzie pogląd ten rozumiem, jako parafrazę stwierdzenia, że w książkach najważniejsza jest opowieść. Zajmująca, pochłaniająca cię bez reszty, taka, przy której także się wzruszasz i śmiejesz, czyli odczuwasz wszystkie emocje, nie tylko strach. Pisząc „Grzesznika”, a zwłaszcza „Inkuba”, zdałem sobie sprawę, że moim kolejnym celem jest dążenie do perfekcji w opowiadaniu historii, ale w inny sposób, niż przeciętny czytelnik to sobie wyobraża. Proszę zwrócić uwagę – na pewno zna Pan osoby, których gadania z jakiegoś powodu szczególnie lubi Pan słuchać, o czymkolwiek by nie nawijały. Każdy zna. Dzięki swobodzie w operowaniu słowem, humorowi, błyskotliwym metaforom i puentom, potrafią zamienić nawet najbanalniejszą opowiastkę w świetną rozrywkę, umieją opakować ją tak, że słucha się jej z zapartym tchem. Ja mam to szczęście, że jedna z takich osób jest moim przyjacielem (na marginesie – stanowiła inspirację dla postaci Chestera w „Inkubie”). Wzorami gawędziarzy są właśnie najlepsi stand-uperzy. Potrafią świetnie obserwować i z rozmachem komentować rzeczywistość, każdy element codzienności opisują w zabawny sposób, pół żartem, pół serio można ich nazwać współczesnymi spadkobiercami filozofów. Nawet nie zauważamy, jak szybko mija nam z nimi czas, kiedy zaś następuje koniec występu, żałujemy, że ich opowieść nie trwa dłużej. Jestem zdania, że tak samo można pisać beletrystykę. Nawet horrory. Żebyśmy dobrze się zrozumieli – nie chodzi o horror komediowy, choć akurat w „Grzeszniku” i „Inkubie”, jak Pan zauważył, humoru nie zabrakło, ale w granicach rozsądku. Chodzi o używanie tych samych narzędzi językowych, co w stand-upie, które sprawiają, że sposób opowiadania (niekoniecznie żartów) jest przystępniejszy dla odbiorcy i zwyczajnie ciekawszy. Przynajmniej dla mnie. Nie wiem, czy kiedykolwiek analizował Pan komedię, ale jej siła polega na końcowym zaskoczeniu. Puenta to de facto oryginalny twist krótkiej myśli, czasem historyjki (jak w żartach zwanych one-linerami). Niektóre zasady pisania dobrych żartów pokrywają się zresztą z zasadami dobrego pisarstwa, na przykład skracanie, pozbywanie się niepotrzebnych słów i zasada „2-3-1” w zdaniach. Typowo stand-upowymi narzędziami ubarwiającymi tekst i postacie (dajmy na to w dialogach) są gry słowne (przykład: „nie lubię ludzi, a już zwłaszcza innych ludzi” albo wspomniany przez Pana „wyciąg z konta”), wyolbrzymienia („Urbanowicz ma czoło tak wysokie, że kończy się na plecach”) i skojarzenia, które wpływają na chwytliwe porównania („Masz nos jak Kulfon/Buka!”). Moją ulubioną gałęzią humoru jest jednak humor abstrakcyjny, najtrudniejszy. Najsłynniejszym polskim komikiem, który go stosuje, jest chyba Andrzej Poniedzielski. Niewyczerpana kopalnia pomysłów. Przypomina to trochę poezję. Przykład takowego z wyolbrzymieniem (mój autorski żart, z którego jestem dumny!): „Wojtek był smutny od zawsze. Był smutny tak bardzo od zawsze, że nigdy nie smucił się pierwszy raz”. Inny przykład, z dialogu, z „Inkuba”:

– Zmieńmy temat. Mam nawet pomysł na jaki.

– Jaki?

– Nazywa się „każdy inny”.

Prawda, że od razu jest ciekawiej, zamiast napisać suche „zmieńmy temat”? Myślę, że potrafi Pan wyobrazić sobie opowieści, w których podobne narzędzia wykorzystywane są w sytuacjach pozbawionych humoru. Zamierzam z nich korzystać, ponieważ sam świetnie się przy tym bawię i kiedy podobny zawijas językowy przyjdzie mi do głowy, strasznie się tym ekscytuję i natychmiast go notuję, by w swoim czasie użyć go w tekście.

Znakiem rozpoznawczym pana lektur są również rzadko spotykane hasła, jak m.in. „Gałęziste”, czy chociażby „Inkub”. Jak zrodził się pomysł na takie nazewnictwo swych dzieł?

Jestem chorobliwym perfekcjonistą. Wręcz do przesady. We wszystko, co robię, wkładam całe serce. Do każdej ze swoich książek podchodzę bardzo osobiście i dbam, by były dopieszczone do granic. Objawia się to między innymi takimi, a nie innymi okładkami, na które wszystkie trzy pomysły były moje, oczywiście podrasowane przez grafików, którzy dodali sporo dobrego od siebie. Nigdy nie zgodziłbym się na prostą okładkę ze zdjęciem ze stocka, gdyby trzeba było, sfinansowałbym ilustrację za własne pieniądze. Traktuję swoje utwory jako dzieła, nie produkty, gdyż zostały napisane z emocji i pomimo gatunku oraz głównie rozrywkowego charakteru mają za zadanie przekazać pewne idee. Tytuł to część dzieła i także zależy mi, by zawsze był jak najlepszy, niebanalny, ciekawy, intrygujący i przyciągający. Czytelnik musi zainteresować się tym, co się za nim kryje. Dlaczego mam ograniczać kreatywność tylko do swoich historii? Wymyślenie dobrego tytułu to trudna sztuka. No bo ile można spotykać na księgarskich półkach „Domów”, „Czarownic”, „Demonów”, „Przeklętych wiosek” i tak dalej? To wszystko już było, to wszystko się zgrało, to wszystko jest nudne. 

Jestem zwolennikiem szkoły, w której tytuł odnosi się do elementu pobocznego dla głównej osi historii, pochodzącego jakby z tła. Przykłady takich tytułów to wszystkie części Harry’ego Pottera od czwartej wzwyż. Zauważmy, że żaden nie odnosi się do głównego wątku w książce. Gdyby tak było, to czwarta nazywałaby się „Harry Potter i turniej trójmagiczny”, piąta „Harry Potter i departament tajemnic”, szósta zaś „Harry Potter i horkruksy”. Inny przykład to „Cmętarz zwieżąt” Kinga, w którym rzeczone miejsce pochówku to tylko dodatek dekoracyjny dla głównej historii. I tak ani jezioro Gałęziste nie jest głównym wątkiem w mojej pierwszej książce, ani gangster o ksywce Grzesznik w drugiej, ani demon zwany inkubem w trzeciej. 

Czasem wynikają z tego osobliwe sytuacje. W przypadku „Gałęzistego” namawiano mnie na zmianę tytułu na, jak się wyrażono, „bardziej intrygujący”. Propozycje, jakie padły, to „Jezioro grozy” albo „Punkt widmo”. Postawiłem stanowcze weto i nie żałuję, bo wielu czytelników podkreśla, że zainteresowało się książką głównie przez tytuł i okładkę. Z kolei przy wymyślaniu tytułu dla „Inkuba” miałem nie lada problem, bo czegokolwiek bym nie wymyślił, trąciło banałem. Ale wtedy zlitowała się nade mną opatrzność i wpadł mi w ręce „Młot na czarownice” – autentyczny podręcznik dla nowożytnych inkwizytorów. Tam po raz pierwszy natrafiłem na słowo „inkub”. Zazwyczaj rozumie się przez nie męskiego demona, który nawiedza i kusi seksualnie kobiety. Ja jednak użyłem go jako zamiennika nazwy demona osobistego czarownicy, takiego piekielnego odpowiednika anioła stróża, który dodatkowo z tymi kobietami spółkuje. Bo klasyczne, naukowe określenia tych bytów nie sprzyjają budowaniu nastroju grozy. W Anglii nazywa się je familiariuszami albo duchami familiarnymi, co kojarzy się z Familiadą lub filmem familijnym. W Polsce też kojarzyło się to raczej z bajkami dla dzieci: diablik lub chowaniec. Ale największą kreatywnością wykazali się w Niemczech. Tam nazywali te duchy… (fanfary) DUCHAMI! Mocne, prawda? (śmiech)

„Oczywiście, że zawsze znajdą się ludzie, którzy nie będą nas lubić. Ale ludzie wcale nie muszą nas lubić! Ważne, żeby się nas bali.” – posługując się tym cytatem, można powiedzieć, iż znalazł pan sposób na tzw. hejterów?

W żadnym wypadku. Ten cytat to jedna z ulubionych sentencji gangsterów i kiboli, więc nieprzypadkowo pojawiła się w „Grzeszniku”. 

Jak już wspomniałem, im więcej ludzi przeczyta daną książkę, tym większej liczbie osób się ona spodoba. Istnieje jednak druga strona medalu: pojawia się również większa liczba antyfanów. Czyli, wracając do przykładu z prawdopodobieństwem na to, że książka się spodoba, które może wynosić 7/10, musimy pamiętać, że prawdopodobieństwo zdarzenia przeciwnego wynosi wtedy 3/10. Na dziesięciu czytelników statystycznie trzem książka się nie spodoba, na stu – trzydziestu, na tysiąc – trzystu. Nie każdy, komu się nie spodoba, staje się hejterem, ale w tej grupie należy ich szukać, a ponieważ są najgłośniejsi, wydaje się, że jest ich więcej niż w rzeczywistości. 

Nie dorobiłem się jeszcze hejterów takich jak na przykład Katarzyna Michalak i Remigiusz Mróz, ale uważam, że najgorsze, co można w tej sytuacji zrobić, to na zło odpowiadać złem. Normalni ludzie nie są ślepi i widzą, że swoim zachowaniem hejter tak naprawdę pogrąża się sam. Jeżeli coś komuś się nie podoba i napisze to w oparciu o podstawowe zasady kultury, chętnie podejmę polemikę i postaram się wyjaśnić swój punkt widzenia na sprawę. Jeżeli z kolei widzę, że dyskusja z taką osobą nie ma sensu, ignoruję to. Każda osoba publiczna musi pamiętać, że reagowanie na zaczepki hejtera to osiągnięcie przez niego celu. O to mu chodziło – by wyprowadzić nas z równowagi. Nie dawajmy mu tej satysfakcji i zachowajmy klasę. Ocenią go inni, normalni, postronni, którzy to obserwują. Pewien bardzo mądry facet powiedział kiedyś: „Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi!”.

Nie oznacza to jednak, że należy to tolerować. Ja na przykład staram się konsekwentnie usuwać ze swojego otoczenia osoby toksyczne, które podcinają skrzydła i ciągną ludzi w dół. Po prostu urywam kontakt i aktualnie otaczam się wyłącznie osobami bardzo życzliwymi, emanującymi pozytywną energią, która mnie napędza. Nie chodzi o to, że nie potrafię przyjąć na klatę krytyki, jak mówiłem, jestem chorobliwym perfekcjonistą i swoim największym krytykiem, nieprzerwanie staram się szlifować swój warsztat pisarski, nie tylko czytając fachową literaturę, również uczestnicząc w niezbyt oczywistych pod tym względem zajęciach, jak ze stand-upu czy improwizacji teatralnej. Każdy krytyczny, ale kulturalny i merytoryczny komentarz na temat swojej twórczości staram się analizować i obiektywnie ocenić, czy piszący nie ma racji. Musimy jednak pamiętać, że opinie w stylu: „słaba książka”, „fatalne dialogi”, „kiepsko skonstruowane postacie”, „zakończenie mnie nie przekonało” i tym podobne nie mają żadnej wartości, gdyż nie wskazują konkretnie, co jest nie tak oraz nie popierają tego jakimkolwiek uzasadnieniem. Tak samo komentujący nie zdają sobie sprawy, że „denerwujący bohater” to tak naprawdę komplement, bo to oznacza, że pisarzowi udało się wykreować wyrazistą postać, która wzbudza emocje. Ale i tak najgorzej jest wtedy, gdy gdzieś indziej można przeczytać opinie odwrotne do tych, które przytoczyłem. I jak tu rozstrzygnąć, która strona barykady ma rację?  

„Gałęziste”, „Grzesznik” oraz „Inkub”.  Z którym tytułem utożsamia się pan najbardziej? (I dlaczego?)

Z każdym w równym stopniu, gdyż każdy stanowił najlepsze, na co w danej chwili było mnie stać i nie śmiem któregokolwiek faworyzować. „Gałęziste” to mój debiut, to przy jego okazji po raz pierwszy doświadczyłem cudownego uczucia wiążącego się z przeczytaniem pozytywnej opinii na temat swojej twórczości. To przy nim doświadczyłem też uczucia z przeciwnego bieguna – kiedy przeczytałem krytykę swojego utworu. Zwracam uwagę na słowo „doświadczyłem”. To bezcenna szkoła życia, powoli stajesz się osobą publiczną, która musi nauczyć się panować nad emocjami i radzić sobie z krytyką. Nie wspomnę o umiejętnościach poruszania się po rynku wydawniczym. Doświadczenie, doświadczenie i jeszcze raz doświadczenie. Popełnianie błędów i wyciąganie wniosków. To „Gałęziste” sprawiło, że poznałem dziesiątki fantastycznych osób i mogłem wejść w ten świat. Chyba można je uznać za najchętniej czytany polski horror wydany w 2016 roku, gdyż żaden opublikowany w tamtym okresie nie ma tylu ocen na portalu LubimyCzytać, mam również podstawy, by sądzić, że żaden z 2016 roku całościowo lepiej się nie sprzedał. Jestem czytelnikom za to wdzięczny i pięknie za to dziękuję! Przecież byłem anonimowym debiutantem!  

Z „Grzesznikiem” z kolei wiąże się jak dotąd najważniejsze wyróżnienie literackie w moim życiu, czyli Nagroda Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Cenna tym bardziej, że werdykt wydaje jury, w skład którego wchodzą literaturoznawcy ze stopniami doktora i doktora habilitowanego nauk. Nie wygrywa jej ten, kto ma więcej znajomych. 

„Inkuba” zaś uważam za jak dotąd najlepszą powieść w swoim życiu. Pod każdym względem – nad nią pracowałem najdłużej, musiałem najwięcej się najeździć i rozmawiać z ludźmi, to ją musiałem najdłużej poprawiać z racji jej długości. Liczba słów odpowiada dwóm przeciętnym książkom, nie jestem pewien, czy jeżeli nie będziemy brali pod uwagę cykli jako całości, nie jest to przypadkiem najdłuższa polska powieść grozy w ogóle. Ale satysfakcja jest ogromna, jestem wręcz zaskoczony pozytywnym odbiorem książki przez czytelników. Potwierdza się prosta, do bólu logiczna prawidłowość: książka, nad którą pracujesz trzy lata (a tyle czasu minęło od pierwszego konceptu do wysłania tekstu do drukarni) zawsze będzie lepsza od książki, nad którą pracujesz trzy miesiące. Z każdą poprawką ulepszysz choć jedno zdanie, ubogacisz dialog, może zarysujesz postać, może dopiszesz jedną scenę, może opakujesz inną w lepszy klimat grozy. Książka będzie od tego tylko lepsza. Ja uznaję, że należy zakończyć proces redakcji autorskiej, kiedy zwyczajnie czuję przesyt daną historią i nie jestem w stanie czytać jej po raz kolejny, na oko dwudziesty któryś. Ale wtedy mam pewność, że tekst ma już należytą jakość. 

Z kolei czwarta powieść, „Paradoks”, będzie chyba najbardziej osobista ze wszystkich dotychczasowych i sam zastanawiam się, jak odbiorą ją czytelnicy. Zamierzam dać im coś innego niż do tej pory. Chcę, by groza w niej zawarta miała charakter bardziej psychologiczny, choć wątków fantastycznych (niekoniecznie nadprzyrodzonych) nie zabraknie. Na początku marca ukończyłem jej pierwszą wersję, która teraz leży w szufladzie i odpoczywa, bym mógł wrócić do niej po czasie, i powiem szczerze – już teraz odniosłem wrażenie, że ta historia jest cholernie przygnębiająca i smutna. Jak mówiłem – ideą książki jest ukazanie samotności pewnej grupy ludzi. A o samotności chyba nie da się stworzyć wesołej opowieści. 

Mam też rozbudowany pomysł na piątą powieść, materiału jest tyle, że książka może okazać się grubości „Inkuba”. Na razie nie mogę zdradzić, o co chodzi, ale koncept tak mi się podoba, że nie mogę się doczekać, kiedy zacznę nad tym pracować. To materiał na najlepszą i najbardziej przerażającą książkę ze wszystkich. Nie mówię, że taka będzie, ocenią to czytelnicy. Wiem jednak, że potencjał na to jest i dam z siebie wszystko, by tak się stało. 


Któremu bohaterowi z pana książek możemy przypisać najwięcej pańskich cech? (I dlaczego?)

Inspirację do stworzenia danej postaci najczęściej czerpie się ze swojego otoczenia. Może to być ktoś z rodziny lub znajomy, a nawet pani Jadzia za ladą w warzywniaku, o ile jest wystarczająco wyrazista. Postać zainspirowana życiem autora na sto procent będzie wiarygodna i należycie zarysowana. Bohater to nie tylko jego wygląd, bohater to przede wszystkim osobowość, na którą złożyła się jego własna, unikalna historia, jego charakterystyczny sposób mówienia, poglądy, nawyki, relacje z innymi i tak dalej. Znane pisarzowi charaktery są najprostsze w kreowaniu, ponieważ od początku zna swoich bohaterów i wie, jak w danej sytuacji się zachowają. Myślę, że nie jestem wyjątkiem i każdy pisarz mniej lub bardziej opisuje rzeczywistość wokół siebie. Główni bohaterowie książek, o ile są należycie zarysowani, często oddają sposób myślenia autora. Ledwo co powiedziałem, że najłatwiej jest kreować bohaterów, których się zna. Najlepiej zaś znamy samych siebie. Proszę zwrócić uwagę, że:

– Stephen King pisze najczęściej o pisarzach i alkoholikach;

– Sasza Załuska, bohaterka kryminalnych powieści Katarzyny Bondy, to samotna matka z kilkuletnią córką, identycznie jak autorka, kiedy pisała pierwsze części cyklu;

– prokurator Teodor Szacki z trylogii Miłoszewskiego podobnie jak autor ma cięty język i nie pała sympatią do obecnej partii rządzącej;

– główni bohaterowie książek Piotra C. („Pokolenie Ikea”, „Brud”) to utalentowani uwodziciele, a tak się dziwnie składa, że autor prowadzi bloga o relacjach damsko-męskich. 

I tak dalej, i tak dalej. Jeżeli czytelnik dobrze zna twórczość danego autora i zwróci uwagę, że w jego książkach często pojawia się konkretny typ osobowości, może być pewien, że pisarz opiera go na sobie. We wszystkich moich powieściach bohaterowie wiele ze mnie czerpią, przeżywają też sytuacje z mojego życia. Utknięcie w lesie w trakcie nocnej burzy z „Gałęzistego” – moja autentyczna historia. Główny bohater jest studentem matematyki, tak jak kiedyś ja. Wszystkie zabawne sytuacje w scenach piłkarskich z „Grzesznika” wydarzyły się naprawdę, oczywiście nie z udziałem gangsterów, a moim. Miłość Suchego do uprawiania rekreacyjnego futbolu to również nieprzypadkowa cecha. Chorobliwy perfekcjonizm tytułowego gangstera plus jego uwielbienie do czarnego ubioru z kapeluszem włącznie – cały Artur Urbanowicz. Upór i determinacja Vytautasa z „Inkuba” – wzięte ode mnie. Pamiętajcie więc, że czytając książki danego autora, tak naprawdę poznajecie jego samego.

Działa to też niestety w drugą stronę – jeżeli powieści są nudne, styl nieciekawy, na siłę ugrzeczniony, postacie mało wyraziste, to też wiele mówi o autorze – jego życiu, sposobie wypowiadania się, jakich ma znajomych i tym podobne. Nie oszukujmy się – nieśmiały, zamknięty sobie, małomówny pisarz, nie będzie pisać książek, w których opowieść toczy się z rozmachem, w oprawie słownej rodem z żartów najlepszych komików. Do tego, jeżeli jego życie jest nieciekawe, nic ciekawego nie napisze. Jedną z moich ulubionych sentencji jest: „Złe decyzje tworzą dobre historie”.

„Im mniej potrzeb i informacji, tym mniej problemów.” – cytując te słowa z „Gałęzistego”, czego było więcej przy zasiadaniu do pisania? 

Problemów nie było w ogóle. Nie używam tego słowa odnośnie do swoich celów życiowych, zastępuję je „wyzwaniem”. Matematyka nauczyła mnie tego, że każdy problem da się rozwiązać i nie należy się ich bać, wręcz nazywam ją nauką o szukaniu rozwiązań. Bo patrzenie na nią w taki sposób, że uczy nas tylko liczenia całek i pochodnych, które nie przydają się w życiu, jest bardzo płytkie. Matematyka uczy główkowania, logicznego myślenia, analizowania, prognozowania, wyciągania wniosków, a przede wszystkim nabywamy umiejętności szybkiego uczenia się. Studia matematyczne to pięcioletni trening dla szarych komórek, gdyż nie polegają wyłącznie na suchym wkuwaniu formułek, a na klepaniu łamigłówek, jakimi są zadania. To świat pełen ciągów przyczynowo-skutkowych i biegłość w poruszaniu się w nim to ogromny kapitał, dzięki któremu człowiek poradzi sobie w każdej dziedzinie życia. 

Informacje – z każdą kolejną książką było ich do zdobycia coraz więcej i to jest kolejny świetny aspekt pasji do pisania: nabywam wiedzy. Czy to o historii przestępczości zorganizowanej w Polsce, o której czytałem, pisząc „Grzesznika”, czy to o polskich polowaniach na czarownice i pracy policji, które zgłębiałem, pracując nad „Inkubem”. To niesamowicie poszerza horyzonty i zauważyłem, że nauka nowych rzeczy sprawia mi prawdziwą frajdę, o wiele większą niż w trakcie standardowej edukacji. Może dlatego, że teraz uczę się tego, czego chcę? 

Potrzeby? Może jedna – wyrażenie czegoś, co we mnie tkwi, poprzez swoje utwory. Moim zdaniem najważniejsze w jakiejkolwiek opowieści jest to, by miała drugie dno. By miała duszę. By pod płaszczykiem pozornie oklepanych schematów przemycić historię, która zmusi do myślenia i zapadnie w pamięć. By miała charakter przypowieściowy. Nie chcę, by o „Inkubie” mówiono, że to horror o czarownicy, tylko że to opowieść o determinacji, szukaniu własnej wartości i o tym, jak wyglądałby świat bez miłości. Pół żartem, pół serio określam tę powieść pierwszym w historii horrorem motywacyjnym. Bo to właśnie determinacja głównego bohatera doprowadza go do rozwiązania zagadki, zaś to, co przytrafia się mieszkańcom przeklętej wioski, działoby się wszędzie, gdzie zniknęłaby miłość. W „Gałęzistym”, które z zewnątrz wygląda na historię o słowiańskich demonach, ukryłem dylemat ateisty – co musi się zdarzyć, aby ten zaczął wierzyć w Boga. Powieść odpowiada na to pytanie, ale zapewniam, że w sposób, którego nikt się nie spodziewa. W „Grzeszniku” z kolei poruszyłem kwestie przeznaczenia, sprawiedliwości i poniesienia kary za wyrządzone krzywdy. Strasznie spodobał mi się komentarz jednej czytelniczki, która napisała: czytając tę książkę, zastanawiałam się, dokąd to zmierza. Z czasem zamieniło się to jednak na: „dokąd ja zmierzam?”. 

O czwartej powieści już wspomniałem – będzie o nietypowej samotności. Liczę, że w każdej powieści będę w stanie przemycić coś w tle. Jestem zdania, że właśnie ta płaszczyzna – drugiego dna – odróżnia na przykład książki Kinga od książek Mastertona, który jest postrzegany mimo wszystko jako autor horrorów klasy B. Niedawno po kilkunastu latach odświeżyłem sobie „Cmętarz zwieżąt” tego pierwszego i byłem zachwycony jak ta historia cudownie, za przeproszeniem, ryje beret! Z pozoru kolejna prosta opowiastka o żywych trupach, ale gdy się przyjrzymy, to pod płaszczykiem fabuły odkryjemy rozbudowaną rozprawę filozoficzną o śmierci – jak to zdarzenie wpływa na wszystko dookoła. Opowieść z drugim dnem zawsze będę nazywał dziełem, nie produktem, gdyż wpływa na życie człowieka, ubogaca go duchowo. Nawet, jeżeli mówimy o horrorze, który stereotypowo postrzega się jako gatunek wyłącznie rozrywkowy, pusty, bezwartościowy, którym interesuje się głównie młodzież. Nie, nawet horror może czegoś uczyć i zmusić do myślenia. Zresztą, tak właśnie odróżniam pomysł na powieść od pomysłu na opowiadanie – jeżeli występuje drugie dno, to urodzi się z tego powieść. Jeżeli go się nie doszukamy – opowiadanie. Dlatego opowiadań praktycznie nie piszę, choć pomysłów na nie mam dziesiątki (śmiech).

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA