fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Jerzy Pomianowski: Szabla za Babla

Archiwum Rzeczpospolitej
Przypominamy rozmowę z Jerzym Pomianowskim, która ukazała się w dodatku do "Rzeczpospolitej" z 10 listopada 2006 roku.

Rzeczpospolita: Rzucało pana w życiu po świecie. Całe lata poza krajem, niezupełnie z własnej woli: najpierw Rosja w czasie wojny, potem Włochy po 1968 roku. Chciałabym jednak wiedzieć, które miejsca w Polsce były dla pana ważne, które pana ukształtowały. Czuje się pan dziś krakusem?

Jerzy Pomianowski: Ja - krakusem? Nawet gdybym się tam urodził, to jeszcze byłoby za mało. Krakusem zostaje się w czwartym pokoleniu! Nie wystarczy, że wżeniłem się w krakowską rodzinę i żonę porwałem z Piwnicy pod Baranami. Oczywiście mam do tego miasta ogromną słabość. Mieszkam tu od powrotu z emigracji, od 1992 roku. Uważam Kraków za najpiękniejsze włoskie miasto poza granicami Italii. Udział włoskiej architektury, włoskiej myśli urbanistycznej jest tu uderzający. Ma też Kraków wszystkie zalety miast wystarczająco dużych, aby skryć się w tłumie, i wystarczająco małych, aby ten tłum nie był plebsem.

Dlaczego nie staje się plebsem?

Ponieważ ludzie, znając się z widzenia, wstydzą się być gorsi, niż mogliby być.

A czy miasto rodzinne było dla pana ważne?

Urodziłem się w Łodzi i mogę powiedzieć o sobie tak: jestem Polak ochotnik, a łodzianin zawodowy. Było to bowiem jedyne miasto w przedwojennej Polsce, w którym panował zdrowy duch kosmopolityzmu. Dowody? Są dwa. Rewolucja 1905 roku zaczęła się w Łodzi i nosiła charakter jednego z polskich powstań narodowych. Z Kozakami walczyli wszyscy: Polacy, Niemcy i Żydzi. Tak samo jak strajkowali potem razem. W załogach fabryk - a mój ojciec był technikiem włókienniczym - nikt nikogo nie pytał o wyznanie.

A drugi dowód?

W mojej szkole, w Polskim Społecznym Gimnazjum Męskim, na czele rady gimnazjum stał adiutant Piłsudskiego, płk Więckowski. I ja się do tego prywatnego, drogiego gimnazjum dostałem nie tylko dlatego, że dobrze zdałem egzaminy, ale także dlatego, że mój ojciec należał do tych samych związków co pułkownik: Peowiaków, Kaniowszczyków, Żeligowszczyków oraz do Związku Wolnomyślicieli. Tylko w Łodzi było to możliwe!

W naszym gimnazjum nie było obowiązkowych lekcji religii. Aż do reformy Jędrzejewicza nie wiedzieliśmy, kto był protestantem, kto katolikiem, a kto Polakiem wyznania mojżeszowego. Wszyscy moi koledzy bardzo się lubili.

Czy Warszawa odegrała jakąś rolę w pańskiej biografii?

Warszawa była ważna ze względów artystycznych. Grała tu moja ciotka Helena Gruszecka, najpiękniejszy sznapsbaryton polskiego teatru. Osoba rubaszna, pełna życia, trochę podobna do Hanki Bielickiej i także bardzo lubiana. Przedstawiła mnie Józefowi Węgrzynowi i całej trupie teatralnej jako swojego bratanka, który wzięty na ręce jako niemowlę, natychmiast obsikał jej biust. Każdy wieczór spędzałem za kulisami Teatru Nowego, którego prawdziwym dyrektorem był Julian Tuwim...

Stolica to był dla pana tylko teatr?

Nie tylko. Mieszkał tu też mój stryj Mieczysław Birnbaum - bożyszcze mojej młodości. Uwielbiałem go, odegrał ogromną rolę w moim życiu. Leży w Katyniu z orderem Virtuti Militari na piersi. W czasie wojny 1920 roku był człowiekiem Piłsudskiego do specjalnych poruczeń - przyszedł do niego nie z PPS, ale z SDKPiL, dlatego znał wszystkich ludzi sowieckich polskiego pochodzenia. Z ramienia Piłsudskiego pertraktował potem z bolszewikami, m.in. w Mińsku. Binom, czyli Mieczysław Birnbaum, był pierwszym tłumaczem Babla. W 1927 roku nakładem "Roju" ukazał się tom zatytułowany "Ludzie jaskiniowi" z utworami Zoszczenki, Pilniaka, Aleksego Tołstoja i z dziesięcioma nowelami Izaaka Babla w jego przekładzie. Stryj opowiadał mi o Odessie, gdzie był z 4. Dywizją Żeligowskiego. To jemu zawdzięczam pierwszy kontakt z twórczością Babla i późniejszą fascynację tym pisarzem.

Stryj zaczął, a pan dokończył dzieła, przekładając prawie całą spuściznę Babla. To była chyba największa przygoda translatorska pańskiego życia?

Największa. Tym bardziej że Babel w Rosji był i nadal jest na muszce. Raz pozwalają go drukować, innym razem nie. Do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy uda się opublikować w całości po polsku "Dziennik 1920", bo są tam straszne sceny wyrzynania jeńców polskich i żydowskiej biedoty...

Babel był przygodą także z innego powodu. To jest absolutny mistrz prozy. Niewiele mogę wymienić książek, które byłyby tak niedościgłym wzorem artyzmu. Zdanie Babla jest dla mnie metrem z Sevres - jasności, dobitności, a nawet ukrytej śmieszności wszystkich naszych dramatów.

Jeśli wolno, czymś się pochwalę. Niedawno w Lublinie przed promocją mojej ostatniej książki "Wybór wrażeń" dostałem od księdza metropolity lubelskiego prezent. Józef Życiński podarował mi paradną szablę oficerską z wygrawerowanym napisem "Bóg, Honor, Ojczyzna". Wręczył mi ją ze słowami: "Szabla za Babla!". Sprawiło mi to prawdziwą radość i satysfakcję.

Należała się panu ta szabla. Za "Zmierzch", za "Armię konną", za "Opowiadania odeskie". Ale pańska aktywność twórcza nie kończy się na przekładach.

Chce pani wiedzieć, czy czuję się pisarzem? Ja jestem pisarzem na przyprzążkę. Na przyprzążkę do tej bryki polskiej literatury, z której moi ukochani poeci i pisarze zrobili jedną z najpiękniejszych karoc Europy.

Takie ma pan wysokie mniemanie o naszym piśmiennictwie?

Uważam literaturę polską za osobliwość w Europie z powodu dwóch cech gdzie indziej niespotykanych: jej czołowym gatunkiem jest poezja, a siłą napędową jej całej - z tą poezją włącznie - jest publicystyka. O ile do literatury pchnął mnie Stanisław Ignacy Witkiewicz, pokazując, jak wysoko ustawiona jest jej poprzeczka filozoficzna, o tyle publicystę zrobił ze mnie Giedroyc. Zmusił mnie do tego. Zmusił - jak w ogóle zmuszał ludzi do pracowania powyżej powały, którą im Bozia dała. Z naiwnego "rewizjonisty" zrobił kogoś zupełnie innego. Nie pierwszy raz to mówię: rewizjoniści, jakimi wówczas byliśmy, to byli faceci, którzy chcieli naprawić samochód już pozbawiony silnika; samochód, który zachował silne hamulce, a kierownicę miał w Moskwie.

Wcześniej nie uważał się pan za publicystę?

Wcześniej byłem krytykiem teatralnym, a to znaczy dyletanckim współzawodnikiem reżysera. Powtarzam: tak jak Witkiewicz wyciągnął mnie spod stolika Gombrowicza w "Zodiaku", tak Giedroyc zrobił ze mnie publicystę. Jemu to zawdzięczam. Zaczął od razu z wysokiej półki. Przysłał mi artykuł na temat polityki wschodniej Zenona Mielnickiego - o którym sądził, że jest artykułem Stefana Kisielewskiego - z prośbą o polemikę. Potem okazało się, że tym autorem był młody człowiek, Wojciech Karpiński, ale ja pisałem tę polemikę tak, jakbym polemizował z samym Kisielem!

Więc to nie do przekładania Sołżenicyna zmusił pana najpierw redaktor "Kultury"?

Zaczęło się jednak od publicystyki. No, a potem rzeczywiście tłumaczyłem Sołżenicyna, ale to już nie była wielka przygoda, tak jak z Bablem, tylko zobowiązanie. Wypełnione zobowiązanie. Było to szczęśliwe odkupienie grzechu zamykania oczu na to, czego nie chciałem, a mogłem widzieć.

Pokłócił się pan kiedyś z Redaktorem?

Nigdy. On mnie tylko karcił. Większość jego listów to monity za opieszałość i wyrzuty za niedotrzymane obietnice tekstów.

Jaki moment najbardziej pan zapamiętał z wieloletnich kontaktów z Jerzym Giedroyciem?

W czasie naszej ostatniej rozmowy wypłynął nagle temat Bolesława Piaseckiego. Uważałem nie jego, lecz Aleksandra Bocheńskiego za prawdziwego ideologa, wręcz za guru Paksu i całej rzeszy kapitulantów. Giedroyc powiedział o Piaseckim, że był bardzo zdolny i że w każdym ustroju mógłby zająć wybitne stanowisko. Wtedy odparłem zapalczywie, że nie. Że cała jego ogromna ambicja sprowadzała się do tego, aby być jedynie suflerem władzy. Tak było za czasów OZON, tak było za PRL. Wtedy Giedroyc z wyniosłą skromnością powiedział: "A ja? Przecież ja też jestem tylko suflerem". Nie wiem, jakim cudem udało mi się odeprzeć to dramatyczne wyznanie szybką odpowiedzią, że co innego być suflerem myśli, jakich władza oczekuje, a co innego podpowiadać społeczeństwu myśli własne i całkiem mu niemiłe.

I tak się skończyła ta rozmowa?

Skończyła się gorzej. Giedroyc odpowiedział tylko spojrzeniem. Długim. Nie do zapomnienia. To był naprawdę król bez ziemi.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA