fbTrack

Listy z Niemiec

„Dziesięć dni bez Internetu”

Artur Becker
archiwum prywatne
Nigdy bym nie pomyślał, że w jednym z najbardziej technologicznie rozwiniętych krajów świata można wpaść w rozpacz i stracić wiarę w tak zwany „niemiecki porządek” w związku z dziesięciodniowym brakiem dostępu do Internetu.

Verden-Brema 04.02.16

I, że te dziesięć dni może przyczynić się do diagnozy kondycji współczesnego człowieka jako niewolnika wirtualnych światów, nieograniczonej komunikacji, serwisów społecznościowych, zdygitalizowanego przepływu informacji w postaci newsów itd. itp.

W Niemczech mieszkam w domu zbudowanym w czasach Republiki Weimarskiej, a mieszkanie moje przypomina do złudzenia styl i klimat typowy dla apartamentów z kamienic dwudziestolecia międzywojennego w Berlinie, Paryżu, Pradze, Gdańsku czy Poznaniu. Wysokie sufity, drewniane, rozsuwane drzwi, duże okna, wielkometrażowe, przejściowe pokoje, żeliwne kaloryfery. Powietrze i światło. W naszym domu mieszczą się tylko trzy mieszkania. To stara willa zbudowana przez dawno już nieżyjącego przedsiębiorcę. Poza tym jest to dom położony naprzeciwko dworca i kiedy wsiadam do pociągu, czuję się tak, jakbym wsiadał w Berlinie do „S-Bahny”. Berlin jest zresztą stąd „rzut beretem”, nigdy więc nie czułem się tu odcięty od świata, mimo że Verden jest małym, dolnosaksońskim miastem, w sumie takim przedmieściem Bremy.

Nowy właściciel naszego starego domu, który dobrze pamięta czasy powojennych uchodźców z byłych wschodnich terenów Trzeciej Rzeszy, wymyślił sobie restaurację włoską – taki bar, w którym można szybko zjeść prosty lunch: „tramezzini” i do tego kawa „Lavazza”. I to wcale nie „polskie złote rączki” zabrały się za renowację parteru, żeby zrobić tam włoską kafeterię dla żony właściciela, ale niemieckie, i jak się szybko miało okazać, od siedmiu boleści. Robotnicy powyrywali żywcem wszystkie stare kable ze ścian, też właśnie kable telekomunikacyjne. I nagle nie miałem ani telefonu, ani Internetu i nijak nie dało się tej usterki szybko naprawić. Zostałem pozbawiony wszelkiego kontaktu ze światem.

I nagle świat zniknął, bo oglądanie dziennika w telewizji lub czytanie gazety kupionej w kiosku na dworcu nie jest już w stanie zaspokoić moich medialnych potrzeb. Owszem, można odczytać e-maile na iPhonie, można obejrzeć na nim jakąś stronę internetową, ale megabity znikają z prędkością światła i taki sport kosztuje nagle grube pieniądze, a pisarzowi pieniądze podawane są jak kroplówka: kap, kap, kap …

I nagle cały świat zniknął: Polska i jej nowy rząd, zniknęli uchodźcy z Syrii i Iraku, znikł także strach przed przyszłością, gdyż jej po prostu nie było, a to dlatego, że teraźniejszość zasnęła na amen. I żadne gdybanie nie pomagało: a gdyby tak właśnie się żyło – bez newsów, bez totalnej komunikacji, bez „skypa” i serwisów społecznościowych? Czy byłbym wtedy szczęśliwszy? I nagle również uświadomiłem sobie, że moja pokaźna biblioteka – bądź co bądź jakieś trzy tysiące książek – jest tak naprawdę bezużyteczna, gdyż nie mogłem szybko znaleźć żadnych cytatów, które były mi potrzebne do napisania kolejnego eseju. Cała moja wiedza zniknęła jakby, stała się ociężałym i upartym zwierzęciem, które przestało reagować na moje pytania. Bez „Wikipedii” i bez aktualizacji informacji, które w Internecie żyją swoim własnym życiem, stałem się analfabetą. Pomyślałem z przerażeniem, że oddałem całą władzę nad moją pamięcią Lewiatanowi w necie, który wszystko wie lepiej i który w ciągu kilku sekund znajduje odpowiedź na niemalże każde pytanie.

I dopiero po kilku dniach bez Internetu zacząłem budować nowy świat. Zacząłem odbudowywać Trybunał Konstytucyjny, wychodziłem na ulicę i demonstrowałem z KOD-em, walczyłem o wolność słowa. Przebierałem się w PiS-owca. A także bawarskiego policjanta, który z obozu dla uchodźców pisze list do pani Kanclerz, żeby zdać jej sprawozdanie z frontu, jak jest naprawdę, a miał być to list o cierpieniu osieroconych dzieci, które zgubiły swoich rodziców, może właśnie gdzieś na Bałkanach. Przebierałem się za poetę, który bez patosu, ale z ironią wykrzykuje swój cały ból na widok upadającej Unii Europejskiej, która sama dla siebie stała się kamieniem u nogi. Nagle byłem każdym z nich, po jednej i po drugiej stronie barykady, ponieważ tęskniłem do tego Lewiatana, który zna odpowiedź na każde pytanie. I dziwiłem się, że nie chcę budować utopii, pięknej Arkadii, tylko ten świat utracony, ten kiepski i zakompleksiony, a jednocześnie najpiękniejszy ze wszystkich. Ten pełen zła i dobra. Tęskniłem za nim, choć jest tak okrutny i niedoskonały. Ale tęskniłem. Przypomniał mi się zrazu Platon i jego „Mimesis”. Niech to będzie kopia raju utraconego, który mi się przypominał – pomyślałem – w tych internetowych ciemnościach.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL