fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekarze i pielęgniarki

Koronawirus: groźby wobec lekarzy informujących w mediach o epidemii

Adobe Stock
Straszenie medyków mówiących o koronawirusie staje się normą w internecie. Zwłaszcza że zgłoszenia często kończą się odmową wszczęcia postępowania.

Anonimowe groźby ścięcia głowy, powieszenia czy „bliskiego końca" to codzienność medyków informujących w mediach o koronawirusie. Coraz rzadziej zgłaszają je jednak do organów ścigania, bo te uznają, że skoro piszą o tym w mediach społecznościowych, to pewnie się nie boją.

Czytaj także:

Uciąć głowę diagnostce

„Przekażcie towarzyszce Kłudkowskiej, że po »pandemii« stanie przed międzynarodowym trybunałem" – taki e-mail przyszedł na skrzynkę e-mailową Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Medycznych Laboratoriów Diagnostycznych (KZZPMLD). Doktor Matylda Kłudkowska z Krajowej Izby Diagnostów Laboratoryjnych (KIDL) natychmiast pokazała jego fragment w mediach społecznościowych, ale na policję nie poszła.

– Kiedy w listopadzie KIDL zgłosiła do prokuratury komentarz pod moim postem na Facebooku, dotyczący eksperymentu z sokiem, który rzekomo ma koronawirusa, prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania, tłumacząc, że skoro napisałam o tym w mediach społecznościowych, to najwyraźniej się nie bałam – opowiada dr Kłudkowska. – Tymczasem trudno było się nie bać. Pierwszy raz faktycznie istniejąca osoba groziła mi ucięciem głowy – wspomina.

Komentarz, o którym mówi, był dużo ostrzejszy od wysłanego do KZZPMLD: „Wasz koniec jest bliski. Nie bój się o pominięcie. Twarze wszystkich zdrajców i bandytów jak Ty są zapamiętane i zapisane. Mam nadzieję, że niedługo zastosujemy rozwiązania planowo przewidziane dla nas. Pewnie się domyślasz, jakie to metody humanitarnej dekapitacji według FEMA. Tiktok".

Groźby dostaje też konsultant wojewódzki chorób zakaźnych na Dolnym Śląsku prof. Krzysztof Simon. „Za mówienie oczywistych prawd jestem obrzucany błotem. Dzisiaj miałem kolejne życzenia śmierci" – powiedział w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej". Dodał, że 30 proc. gróźb wysyłanych jest z kont rosyjskich i białoruskich.

Medycy w strachu

Polskiego nadawcę miał e-mail, który przyszedł we wrześniu na adres Marii Kłosińskiej, koordynatora ds. mediów Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie. „Michałkierowca" napisał: „Wstyd i hańba! Skończycie na szubienicy!" Chodziło o postępowanie prowadzone przez sąd lekarski względem jednego z lekarzy. Prawnicy izby złożyli zawiadomienie, ale postępowanie zostało umorzone.

– Bardziej niż strach odczuwałam zdziwienie, że ktoś poświęcił tyle energii, by odnaleźć adres i wysłać e-maila. Ale lekarze naprawdę się boją. Przesyłają mi zrzuty ekranu z groźbami śmierci. Internauci piszą, że po nich przyjdą, że wiedzą, gdzie mieszkają – mówi dr Kłosińska.

Łukasz Jankowski, prezes OIL w Warszawie, uważa, że mimo umorzeń zawiadomienia należy zgłaszać: – Jednym z zadań lekarza jest edukacja zdrowotna i profilaktyka. To straszne, że za propagowanie postaw prozdrowotnych można dziś spodziewać się hejtu.

Witold Zontek Katedra Prawa Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego

Każdy przypadek gróźb karalnych powinien trafić na policję, wraz z wnioskiem o ściganie, gdy ich odbiorca boi się i chce ukarania sprawcy. Organy ścigania mają możliwość ustalenia adresu IP autora maila czy komentarza i mogą zidentyfikować autora. Argument, że skoro ktoś zamieścił treść groźby w mediach społecznościowych, to się nie boi, jest absurdalny. Przecież po to upublicznia się groźbę, by pokazać innym, że możemy być w niebezpieczeństwie, i wskazać ewentualnego sprawcę. Jeżeli czujemy się zagrożeni, naszym odruchem jest powiedzenie o tym komuś, by zasygnalizować nasz strach. O braku obawy można mówić, jedynie gdy obiektywnie groźba nie była realna lub gdy sam jej adresat manifestuje brak obaw.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA