fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Edward Norton w rozmowie z Barbarą Hollender

Gugu Mbatha-Raw i Edward Norton w „Osieroconym Brooklynie”
WARNER BROS.
Aktor Edward Norton opowiada, dlaczego postanowił wyreżyserować „Osierocony Brooklyn", w którym gra też główną rolę. Film już w kinach.

Scenariusz, reżyseria, produkcja, główna rola męska – Edward Norton. Miał pan chyba dużo determinacji, żeby „Osierocony Brooklyn" powstał.

Ale też nie było łatwo. Zacząłem o tym filmie myśleć, gdy tylko ukazała się książka Jonathana Lethema. To był rok 1999, a dziś jest rok 2019. W końcu się udało.

Co pana w tej powieści zainteresowało najbardziej?

Najpierw zachwycił się nią aktor, który we mnie tkwi. Postać Lionela, detektywa z trudną przeszłością, kompleksami i zespołem Tourette'a, jest piekielnie ciekawa. W czasach, gdy najczęściej proponuje się nam role jak z McDonald's, wreszcie jest coś, co przypomina wysmakowane danie z wykwintnej restauracji. Dlatego sam napisałem scenariusz, a kiedy nadarzyła się okazja, bym mógł stanąć również za kamerą, podjąłem wyzwanie.

Akcję przeniósł pan z późnych lat 80. XX w. w lata 50., które ostatnio często wracają na ekran. Jednak filmowcy nie opowiadają już o wielkiej prosperity. Pokazują podzieloną, nietolerancyjną Amerykę, w której wiele społecznych grup dotykało wykluczenie.

Mam wrażenie, że dopiero teraz możemy spojrzeć na tamten czas przenikliwie. Nasi rodzice w latach 50. byli dziećmi. Wynieśli z tamtego okresu dobre wspomnienia, podsycane dodatkowo przez oficjalną propagandę, według której Ameryka rozwijała się, dając obywatelom wielkie szanse i jeszcze więcej obiecując. Dziś wiemy, że ta prosperity dotyczyła części społeczeństwa, a sny o sprawiedliwości trzeba umieścić wśród mrzonek. Wielu ludzi czuło się zepchniętych na margines społeczeństwa. Nie było jeszcze ruchów obrony praw człowieka, ale ciemnoskórzy, geje, ci, którzy nie należeli do „zwyczajnych, szczęśliwych Amerykanów", zaczęli w różny sposób wyrażać sprzeciw i bunt. Coraz śmielej opowiadali własne historie, jednak ich głosy zabrzmiały dobitniej dopiero w latach 80. Wtedy też zaczęły się ukazywać krytyczne analizy i książki o latach 50. Jeszcze nieśmiało. A fala filmów, która ostatnio zalała ekrany, potwierdza, że wreszcie do krytycznego spojrzenia na historię własnego kraju dojrzeliśmy. I przenosząc akcję „Osieroconego Brooklynu" w lata 50., chciałem się w ten nurt wpisać.

Jonathan Lethem nie protestował?

Nie, doskonale rozumie, że film różni się od literatury. Wróciłem do czasu będącego idealnym społeczno-politycznym tłem dla thrillera, jaki chciałem zrobić.

Śledztwo w sprawie zabójstwa właściciela małej, nowojorskiej agencji detektywistycznej prowadzi bohatera do korupcyjno-budowlanych afer w ubogich dzielnicach, których gentryfikacja miała nastąpić kosztem wyrzucania z domów ich mieszkańców.

W filmie portretuję człowieka, który jest gotów wysiedlić pół robotniczej dzielnicy, głównie zresztą Afroamerykanów, by poprowadzić tamtędy ekspresową drogę. Mówi się w „Osieroconym Brooklynie" też o tym, że w Nowym Jorku konstruowano wtedy mosty na tyle niskie, by nie mógł pod nimi przejechać autobus, którym niezamożni Afroamerykanie i Latynosi mogliby dojechać do nowych, publicznych plaż. Chciałem uświadomić widzom, jak wielkie krzywdy zostały wyrządzone.

Lionel, prowadząc śledztwo, walczy nie tylko z rzeczywistością wokół, lecz również z własnymi ograniczeniami. Jak się pan do tej roli przygotowywał?

Jak do każdej innej. Czytałem, rozmawiałem, obejrzałem dokumenty o ludziach dotkniętych zespołem Tourette'a, spotykałem się z osobami cierpiącymi na tę dolegliwość. Miałem dużą dowolność interpretacji, bo ta choroba u każdego może przebiegać inaczej. U jednych występują niekontrolowane odruchy, na przykład potrzeba dotykania ludzi czy przedmiotów, u innych nawracają bezwiednie słowa, czasem przekleństwa. Wymyśliłem sobie, że Lionel będzie co jakiś czas wykrzykiwał „If!" i delikatnie dotykał swoich rozmówców. Ale jest to człowiek o dużej inteligencji, zdolny do empatii i miłości, przy tym bardzo samotny. Jego problemy i niedoskonałości sprawiają, że może się z nim utożsamić niejeden widz.

Odtworzenie Nowego Jorku lat 50. było wyzwaniem?

Takiego miasta już nie ma. Wszystko robiliśmy komputerowo. Miałem wielką satysfakcję, kiedy znajomy scenograf spytał, czy kręciliśmy w Budapeszcie, bo tam zachowało się sporo dawnej architektury. Nie zobaczył żadnych szwów! Nie poznał efektów osiągniętych dzięki technice cyfrowej.

Pana film rzeczywiście ma staranność dawnego kina. Aż trudno uwierzyć, że budżet wynosił tylko 26 mln dol.

„Irlandczyk" Martina Scorsese kosztował 200 mln dol. Nie mogliśmy sobie pozwolić na ekstrawagancje. Jeszcze raz się pochwalę. Po premierze „Osieroconego Brooklynu" zadzwonił do mnie pewien wybitny producent hollywoodzki. „W czasie kolacji z przyjaciółmi założyliśmy się, ile »Osierocony Brooklyn« kosztował. Postawiłem na 60 mln. Nie da się tego nakręcić taniej" – stwierdził. Nie uwierzył mi, gdy powiedziałem, jaki budżetem dysponowaliśmy.

Miał pan w obsadzie aktorów, których honoraria bywają zbliżone do całej tej sumy.

Bruce Willis, Alec Baldwin czy Willem Dafoe pracowali za minimalne stawki, bo podobał im się scenariusz. Inna sprawa, że teraz będę miał wobec nich dług wdzięczności do końca życia.

Gdyby udało się panu zrobić „Osierocony Brooklyn" 20 lat temu, byłby inny?

Pewnie myślałbym o nim jak o osadzonym w historii kinie detektywistycznym. Dziś w moje spojrzenie wdarła się współczesność. Pytała pani o falę filmów o latach 50. Sądzę, że ich najważniejszy przekaz dotyczy naszego postrzegania rzeczywistości. Trzeba patrzeć głębiej. Próbować sięgnąć do tego, co dzieje się w cieniu oficjalnej propagandy i polityki, pod powierzchnią zdarzeń. Bo to może być groźne dla nas wszystkich.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA