fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Gdynia 2019: Niespokojne czasy dla kina

James Norton jako Gareth Jones w filmie Agnieszki Holland
Kino Świat
„Obywatel Jones” Agnieszki Holland otworzy festiwal w Gdyni, ale nie tylko o filmach tym razem będzie się mówić.

To dobry wybór na poniedziałkową inaugurację, bo „Obywatel Jones”, którego premiera światowa odbyła się w lutym na Berlinale, jest zakorzeniony w historii, ale i niepokojąco współczesny. Mówi o kłamstwach propagandy, cynizmie polityki, korupcji mediów i o odwadze człowieka, który chce ujawnić prawdę.

Dziennikarz Gareth Jones w latach 30. XX w. przedostał się do Charkowa i opisał Wielki Głód, dzisiaj uznawany za ludobójstwo dokonane na Ukrainie przez Stalina. Na terenach, skąd wywożone było każde ziarno zboża, zmarło z głodu ok. 5–6 mln osób.

Rosjanie cenzurowali informacje na ten temat. Angielscy politycy, nie chcąc zadrażniać relacji ze Stalinem, też nie dopuszczali do ujawnienia prawdy. Przeciwko Jonesowi wystąpił kolaborujący z Kremlem korespondent „New York Timesa” Walter Duranty, nazywając jego relacje „panikarską plotką”. On sam, wychwalając sukcesy Stalina, za reportaże z ZSRR dostał Nagrodę Pulitzera, której zresztą nigdy mu nie odebrano.

„Obywatel Jones” staje się dziś peanem na cześć niezależnego dziennikarstwa. To ważny film w czasach „ideologizacji” mediów, gdy w przestrzeni publicznej krążą fake newsy, gdy giną dziennikarze tacy jak Jan Kuciak, który usiłował ujawnić związki polityków Słowacji z mafią, a propagandyści, również w Polsce, potrafią zmanipulować każdą informację.

Film Agnieszki Holland jest jednym z 19 tytułów, które będą w tym roku walczyły w Gdyni o Złote Lwy. Ich zestaw wydaje się bardzo ciekawy. Jury pod przewodnictwem Macieja Wojtyszki oceni filmy zrealizowane przez twórców wszystkich generacji. Ale będzie to też tydzień pełen niepokoju. Tegoroczna impreza odbywa się w momencie dla kinematografii trudnym.

Konflikty na początek

Już kwalifikacja filmów do gdyńskiego konkursu odbyła się ze zgrzytem. Komitet organizacyjny, w którego skład wchodzą głównie urzędnicy i sponsorzy, zlekceważył rekomendacje zespołu selekcyjnego złożonego z przedstawicieli filmowego środowiska. Złamał niepisaną zasadę, która gwarantowała obecność w konkursie głównym ośmiu pozycji najwyżej przez ten zespół ocenionych. Pominął aż cztery tytuły z tej ósemki. Po protestach organizacji filmowych komitet zmienił decyzję.

A tuż przed festiwalem Ministerstwo Kultury, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, zlikwidowało studia filmowe Tor Krzysztofa Zanussiego, Kadr Filipa Bajona (kiedyś Jerzego Kawalerowicza) i Zebrę Juliusza Machulskiego. Zostały one połączone, a w praktyce wchłonięte przez Wytwórnię Filmów Dokumentalnych i Fabularnych.

Przestały więc istnieć zespoły twórcze, które przetrwały niejedno zawirowanie w komunizmie, a w latach 1989–2019 wyprodukowały filmy, które zdobyły 11 Złotych Lwów. O ich likwidacji mówiło się od dawna, ale teraz wszystko odbyło się bez konsultacji środowiskowych i rozmów z samymi zainteresowanymi.

Ministerialny moloch

Część argumentów mijało się z prawdą. Choćby te o kosztach utrzymania, Tor na przykład nie dostawał żadnej dotacji podmiotowej. Studia dokładały się do swoich produkcji, a o wsparcie z PISF występowały na takich samych zasadach jak producenci prywatni. To prawda, że zespoły dysponowały prawami do filmów, jednak tymi, w których czołówkach widniało ich logo.

Dyskusyjny jest też argument o tworzeniu potężnej struktury mogącej stać się partnerem dla zagranicznych kontrahentów. Wytwórnie hollywoodzkie rzadko ostatnio przyjeżdżają do Europy, a kino naszego kontynentu idzie w odwrotnym kierunku: liczą się nie molochy, lecz firmy sprawnie działające, osadzone na międzynarodowym rynku.

Polscy producenci zaś coraz lepiej w tych układach funkcjonują, mamy już również (to sukces obecnego kierownictwa MKiDN) odpisy podatkowe przyciągające obcych producentów. A ostatni ruch Ministerstwa Kultury tegoroczny laureat Złotych Lwów za osiągnięcia życia Krzysztof Zanussi określił jako tworzenie polskiego odpowiednika sowieckiego Mosfilmu.

Kryje się za tym też pytanie, czy na wsparcie będą mogły liczyć tylko projekty zgodne z polityką historyczną rządu. Decyzja ministra może ponadto narazić Polskę na utratę wysokiego wsparcia finansowego Unii Europejskiej dla programu Polska Cyfrowa.

„Nie wtrącajcie się do nas, a damy sobie radę” – mówiła dwa lata temu w Gdyni Joanna Kos-Krauze. W naszym kinie jest wiele talentów, Polacy masowo chodzą na rodzime filmy, stają się one wydarzeniami na światowych festiwalach. Tylko w ostatnich dwóch latach Małgorzata Szumowska zdobyła berlińskiego Srebrnego Niedźwiedzia, Paweł Pawlikowski – nagrodę z Cannes. A znakomite recenzje w Berlinie, Cannes, Wenecji zebrały ostatnio filmy Agnieszki Smoczyńskiej czy Jana Komasy.

W Gdyni będzie więc ciekawie nie tylko na ekranie, lecz także na spotkaniach branżowych. Konferencję na temat kształtu festiwalu zapowiedziała Gildia Reżyserów, PISF przedstawi programy operacyjne na 2020 r., a Forum Stowarzyszenia Filmowców Polskich może być nie mniej burzliwe niż za czasów komunizmu. Nie ma w Polsce drugiego środowiska twórczego, które z taką determinacją umiałoby walczyć o swoją niezależność.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA