Gdy wiele lat temu zdecydowaliśmy się jako państwo wziąć udział w operacji wojskowej w Afganistanie, to niezależnie od tego, kto stał za tą decyzją (a przypomnę, że popierano ją niemal od lewa do prawa, a jedynie niewielkie środowiska, z jednej strony narodowo-katolickiej prawicy, a z drugiej skrajnej lewicy, były przeciw), jako społeczeństwo i państwo wzięliśmy na siebie pewną odpowiedzialność. Długo, bardzo długo oznaczała ona, iż mamy świadomość, że nasze wojsko będzie tam służyć i że „nasi chłopcy" mogą tam ginąć. Wyrazem naszej – z perspektywy polityków i obywateli na szczęście ponoszonej przez nielicznych wojskowych – odpowiedzialności było więc zaangażowanie wojskowe i w mniejszym stopniu polityczne. Teraz jednak sytuacja się zmieniła i odpowiedzialność przyjmuje nowe formy.

Stany Zjednoczone wraz z sojusznikami (tak jak wcześniejsze imperia) poniosły w Afganistanie klęskę. Wieloletnie działania wojskowe, których celem miało być zatrzymanie talibów, zakończyły się, tuż po wycofaniu wojsk, przejęciem władzy przez tychże talibów. To zaś dla rzeszy mieszkańców tego kraju, którzy zdecydowali się współpracować z władzami namaszczonymi przez Zachód, ogromne niebezpieczeństwo. Dla wielu innych, którzy chcieli po prostu normalnie żyć, oznacza gigantyczną zmianę, kres ich życiowych aspiracji i konieczność podporządkowania się najbardziej radykalnej interpretacji islamu. Jeszcze inni będą chcieli w obliczu straconych złudzeń czy dla polepszenia własnej sytuacji uciec z Afganistanu. To wszystko zaś, o czym wprost mówią już politycy nie tylko w Polsce, oznacza w praktyce nową wędrówkę ludów, która z perspektywy zachodniej oznacza „kryzys migracyjny". Biorąc udział w wojnie i operacji wojskowej, wzięliśmy na siebie część odpowiedzialności za tamtą sytuację i samo wycofanie nie zdejmuje z nas odpowiedzialności za to, co dzieje się tam teraz.




Zamiast więc opowiadać, że my „postawimy tamę", nie dopuścimy, żeby nas także zdestabilizowała fala uchodźców, warto przede wszystkim przygotować program przyjmowania uciekinierów, przyznawania im statusu uchodźców, integracji tych, którzy będą chcieli zostać, i wreszcie sensownego, choć niełatwego, włączania ich w życie społeczne kraju. Polska już – wbrew deklaracjom – przyjmuje uchodźców i migrantów ekonomicznych z krajów Bliskiego Wschodu (a także zza naszej wschodniej granicy), a w większych i mniejszych miastach wiele usług bez ich zaangażowania nie istnieje. Ten proces będzie się pogłębiał, bo stajemy się krajem coraz bogatszym, w miarę stabilnym, i wreszcie dlatego, że z różnych zarówno politycznych, jak i klimatycznych przyczyn żyjemy w okresie wielkiej wędrówki ludów. Jeśli ktoś wierzy, że jest w stanie ją zatrzymać groźnymi słowami lub wzmacniając ochronę granic, to jest w błędzie. Migrację, i to masową, można i trzeba próbować kontrolować, ale nie da się jej zatrzymać. Rozsądna polityka skupia się zaś na realizacji konkretnych celów, a nie na populistycznych zapewnieniach.

I wreszcie sprawa ostatnia. Tak się składa, że uczestnictwo w tamtej operacji nakłada także odpowiedzialność moralną za tych, którzy nam, ludziom Zachodu, zaufali. Odpowiedzialność ta nie oznacza zaś jedynie, że wzruszamy się, widząc samoloty amerykańskie, na które rzucają się zdesperowani ludzie, i że obrzucamy grubymi słowami Joe Bidena (który notabene doprowadził do końca to, co Donald Trump uważał za jeden z sukcesów swojej prezydentury), ale że także przez niełatwe decyzje polityczne bierzemy na siebie część odpowiedzialności za to, co tam się wydarzyło i co się dzieje.