fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Andrzej Łomanowski: Długie pożegnanie

AFP
Aleksander Łukaszenko jest już politycznym trupem. Ale gnicie jego reżimu może jeszcze długo zatruwać powietrze w naszej części Europy, chyba że amerykańsko-rosyjskie porozumienie wbije w tę dyktaturę osinowy kołek.

Tak ogromnego, ogólnokrajowego protestu przeciw jego rządom nie da się wytrzeć z pamięci społeczeństwa. Nawet gdyby Łukaszenko go stłumił, dalej będzie musiał rządzić przemocą. To jest oczywiście możliwe, ale jego pozycja byłaby bardzo słaba, coraz bardziej zależna od jedynego sojusznika – Rosji. Pozostałby u władzy, czyniąc coraz większe ustępstwa na rzecz Kremla. Pewnie doprowadziłby w końcu do likwidacji (przynajmniej faktycznej, choć może i formalnej) białoruskiej państwowości, po czym zostałby usunięty przez Rosjan.

Wyciąganie z tego wniosku, że obecnie trzeba go popierać (albo choć nie występować przeciw niemu), jest dużym błędem. Nie należy go wspierać wbrew całej Białorusi, lecz dążyć do szybkiego usunięcia. Tym szybszego, że Rosja zaczęła właśnie mieć kłopoty finansowe z powodu pandemii, spadku cen ropy i sankcji, nie jest skłonna brać na siebie finansowania kolejnego nieudacznika.

Wiele też wskazuje, że tron Łukaszenki już się kruszy. Do strajków przystępują największe fabryki, zaś jego jedyni prawdziwi zwolennicy – białoruskie ZOMO, czyli OMON – są coraz bardziej zmęczeni. Jeden ze zbuntowanych oficerów milicji powiedział, że przy conocnych starciach i konieczności wielogodzinnego biegania w pełnym oporządzeniu bez możliwości dłuższego wypoczynku jednostki OMON pod koniec tygodnia znajdą się w stanie skrajnego wyczerpania. No i właśnie zbliża się koniec tego tygodnia.

Łukaszenko najwyraźniej zdaje sobie sprawę z sytuacji, gdyż coraz częściej pojawiają się informacje o wyprowadzaniu wojska na ulice. W warunkach białoruskich żołnierze to jednak broń obosieczna: nikt nie da stuprocentowej gwarancji, że przynajmniej część z nich nie zacznie strzelać do OMON-u, milicji i przedstawicieli władz.

Tymczasem do dzisiaj na Białorusi zginęło bardzo niewiele osób jak na tak ogromne i spontaniczne protesty. Pobitych, pokaleczonych, torturowanych są tysiące, ale zabitych tylko trzech. Widać, że obie strony (wśród milicji nadal nie ma zabitych) unikają przekroczenia rubikonu, którym byłby masowy rozlew krwi, próbując chyba pozostawić sobie w ten sposób furtkę do kontaktów czy rozmów w przyszłości.

Istnieje więc szansa na zawarcie jakiegoś porozumienia. Pytanie tylko, kogo z kim. Odpowiedź jest jedna: USA z Rosją. W zamian za utrzymanie status quo, Łukaszenko zostaje usunięty. Owo status quo miałoby polegać na tym, że Zachód uznaje, iż Białoruś pozostanie wojskowym sojusznikiem Rosji, a jej przyszły prezydent pewnie będzie prorosyjski, bo i większość Białorusinów jest taka. W zamian Kreml nie będzie próbował jej pochłonąć. My jeszcze powinniśmy dołożyć od siebie postulat przestrzegania praw mniejszości narodowych.

Podobne porozumienia Zachód zawierał ostatnio z Rosją w sprawie zmian władzy w Mołdawii. Taka cicha ugoda dotyczyła też armeńskiej rewolucji i obalenia tam prorosyjskich władz. Erywań pozostał wojskowym sojusznikiem Moskwy, a na terenie kraju nadal jest rosyjska baza wojskowa.

Dlaczego nie może to być porozumienie zbuntowanych z Łukaszenką? Protest jest amorficzny, nie ma przywódców, ewentualni liderzy siedzą w więzieniach i najpierw należy ich wypuścić. Czy jest tu potrzebna Unia Europejska? Tak, do finansowania przyszłych białoruskich reform i niczego więcej. Niemiecko-francuskie przywództwo od sześciu lat mediuje w sprawie wojny w Donbasie, skutki widać codziennie. Strach pomyśleć, do czego mogliby doprowadzić na Białorusi.

Dlatego wizyta Mike'a Pompeo w Warszawie jest jak najbardziej na czasie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA