fbTrack

Komentarze

Dąbrowska: Przemoc pod podłogą gabinetów

AdobeStock
Chociaż premier Mateusz Morawiecki wycofał się z kontrowersyjnego projektu nowelizacji ustawy dotyczącej przemocy w rodzinie, to stan umysłu części prawicy wciąż budzi poważne obawy, czy naprawdę zależy im na dobru kobiet.

Wszystko jest polityką. Taki mamy widać klimat, że nawet przemoc domowa też. A może nawet bardziej niż co innego. Nie będę do znudzenia przypominać statystyk pokazujących, że to kobiety są w przytłaczającej większości ofiarami przemocy domowej – wystarczy sięgnąć do policyjnych statystyk. Dla zwolenników tradycyjnej do bólu, skostniałej i okrutnej wizji rodziny fakt, że bita kobieta ma dokąd uciec, może też liczyć na miejsce w schronisku dla ofiar, na to, że jej prześladowca będzie miał zakaz zbliżania się do niej oraz zakaz dostępu do danych adresowych, a także spotka go zasłużona kara, jest dowodem na rozbijanie rodziny. Bo wtedy część kobiet decyduje się na interwencję policji i opuszczenie swojego kata.

Rząd PiS troszczy się o rodzinę, o kobiety mniej. Dlatego była premier Beata Szydło gratulowała radnym Zakopanego, którzy, łamiąc prawo, nie uchwalili lokalnego planu przeciwdziałania przemocy domowej. W ten sposób zachowała się trochę jak damski bokser. Dlatego też zapewne ci sami radni zostali zaproszeni do udziału w pracach rządowego zespołu monitorującego realizację ustawy o przeciwdziałaniu przemocy domowej. Z tych samych zapewne powodów prezydent Andrzej Duda oświadczył w 2015 r. w sprawie ratyfikowanej przez Polskę konwencji Rady Europy o zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, że „nie może być zgody na konwencję, która wprowadza treści sprzeczne z naszą tradycją i obce wzorce ideologiczne i kulturowe". To samo przyświecało ministrowi Zbigniewowi Ziobrze, kiedy zabierał pieniądze organizacjom udzielającym pomocy prawnej i innej ofiarom przemocy, takim choćby jak Centrum Praw Kobiet.

Właściwie nie dziwi mnie więc ostatnia wpadka Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej z projektem, który miał poprawiać ustawę z 2005 r., a tak naprawdę ułatwiał życie sprawcom. To tylko żelazna konsekwencja sposobu myślenia i promowania wizji nieludzkiej polityki wobec kobiet, rodem z XIX-wiecznego Kodeksu Napoleona – najbardziej restrykcyjnego dla kobiet zbioru praw cywilnych i karnych. Ta wizja, przyczajona – nie znikła, kiedy premier Mateusz Morawiecki wycofał projekt. Ona tam jest, pod podłogami, w szparach ścian gabinetów, często w kościołach.

Polska nie jest jedynym krajem, w którym to zjawisko nie zostało jeszcze dostatecznie przetrawione przez społeczeństwo i władze. W innych krajach Unii Europejskiej jest jednak znacznie lepiej. Do tego stopnia, że według szkockich badań z 2017 r. ponad jedna trzecia ofiar zgłaszających przypadki przemocy domowej to Polki.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL