fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Bielecki: Trump pobił siebie

AFP
To już nie jest upór czy nawet obsesja, ale choroba trzymania się u władzy.

Donald Trump mógł przejść do historii, jeśli nie jako wielki prezydent Ameryki, to przynajmniej jako taki, który mocno przysłużył się krajowi. Przez cztery lata w Białym Domu zrobił co prawda wiele błędów, ale miał też osiągnięcia, które przejdą do historii, jak zainicjowanie polityki powstrzymania potęgi Chin. Jednak styl, w jakim kończy kadencję, może zepchnąć te sukcesy w cień.

Każda spośród 88 mln osób, które śledzą konto prezydenta na Twitterze, wie, że w żadnym wypadku nie uznał on swojej wyborczej porażki. Od dwóch miesięcy nie ma dnia, w którym by nie wytykał rzekomych oszustw w liczeniu głosów, nie domagał się przeprowadzenia raz jeszcze głosowania w tym czy innym stanie.

Jednak ujawniona przez „Washington Post" rozmowa, którą przeprowadził ostatnio z sekretarzem stanu Georgia Bradem Raffenspergerem, przekracza wszelkie granice. Trump domaga się w niej „znalezienia" 11 780 brakujących mu do zwycięstwa w tym stanie głosów. Wręcz grozi swojemu rozmówcy dochodzeniem kryminalnym, jeśli nie posłucha jego poleceń. Raffensperger, choć republikanin, stanowczo jednak odmawia.

To nie wróży niczego dobrego na najbliższe dni. Prezydent nadal nie uznał przecież swojej porażki. W środę spróbuje zablokować oficjalną ratyfikację wyników wyborów w Kongresie, procedury, która do tej pory była formalnością. Ameryka zadaje sobie też pytanie, czy w dniu inauguracji prezydentury Joe Bidena, 20 stycznia, Trump wyprowadzi się z Białego Domu. Nikt już nawet nie liczy, że – zachowując klasę – weźmie udział w uroczystościach przekazania władzy.

Część ekspertów uważa, że wszystko to nie jest wynikiem obsesyjnej żądzy sukcesu i władzy, ale raczej planem pomyślanym na wybory w 2023 r., w których Trump mógłby spróbować ponownie wygrać prezydenturę. Zgodnie z tym tokiem myślenia, podsycając konspiracyjną teorię „skradzionych" przez Bidena wyborów, miliarder miałby konsolidować swój najwierniejszy elektorat. Taka strategia byłaby jednak dla USA niezwykle kosztowna. Podważając demokratyczne wartości Ameryki, odbierałaby podstawowy powód, dla którego starcie z Chinami miałoby sens. Jak i wszystko inne, co mógł osiągnąć 45. prezydent USA.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA