fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Tomasz Krzyżak: Koniec tej zabawy

kadr z filmu
Po zapowiedzianej na sobotę emisji filmu Sekielskich wierni będą mieli prawo domagać się dymisji jednego z biskupów.

Poruszający i przerażający – chyba tak w dwóch słowach mógłbym określić film Tomasza i Marka Sekielskich „Zabawa w chowanego”, który będzie miał swoją premierę w sobotę. To kolejny po „Tylko nie mów nikomu” dokument braci traktujący o problemie molestowania seksualnego nieletnich w Kościele. Inny od pierwszego, zrobiony w nieco innym stylu – ale warsztat twórczy jest tu na drugim, może nawet trzecim planie.

W pierwszej produkcji braci widzowie mogli zobaczyć kilka różnych przypadków kapłanów, którzy dopuszczali się molestowania i poznać ich reakcje w konfrontacji z ofiarami, mogli też niejako wejść w psychikę ofiar i poczuć ich ból. Zapewne towarzyszyła im wściekłość w odniesieniu do sprawców.

Teraz te wątki w historiach kilku bohaterów, których w dzieciństwie molestował ksiądz, też w filmie występują. I widz też będzie współodczuwał ból, i będzie towarzyszyła mu wściekłość. Ale jednak tym razem bardziej mamy do czynienia z obrazem ukazującym nie tyle działania samego sprawcy, który osacza swoje ofiary, po latach raz się przyznaje, raz udaje, że niewiele pamięta, ile jego przełożonych, którzy przez lata sprawę ukrywali i udawali, że nic nie widzą. Innymi słowy: po prostu go kryli. Biskup – postać teoretycznie drugo-, trzecioplanowa jest tu de facto najważniejszy – sprawę w Kongregacji Nauki Wiary zgłosił dopiero wtedy, gdy zajęła się nią prokuratura. Dopiero wtedy ukarał księdza suspensą i zakazał noszenia stroju duchownego. Wcześniejsze sygnały – a jak wynika z filmu – miał ich w ciągu kilku lat sporo, zwyczajnie lekceważył, próbował „zamiatać pod dywan”.

Sprawa o tyle bulwersująca, bo świeża. Nie sprzed 30, 40 lat lecz mająca swój początek lat temu dwadzieścia i ciągnąca się do dziś. Obciążająca hierarchę, który na zebraniach Episkopatu Polski podnosił rękę za przyjęciem wytycznych dotyczących postępowania w przypadkach oskarżeń duchownych o molestowanie. Wytycznych, w których opisano dość drobiazgowo sposób postępowania wobec oskarżonego, procedurę wyjaśniania sprawy, i wreszcie podejście do ofiary. Wysłuchanie, otoczenie jej opieką, itp. Wszystkie te uregulowania hierarcha zwyczajnie zlekceważył. A brak odwagi, by spotkać się z pokrzywdzonymi, twierdzenie, że będzie to możliwe dopiero po zakończeniu prokuratorskiego śledztwa, jeszcze bardziej owego biskupa pogrąża.

- Nie będzie poważnego podejścia do sprawy pedofilii w Kościele w Polsce, dopóki papież dla przykładu nie wyrzuci jednego z nas – te słowa w ubiegłym roku usłyszałem od jednego z biskupów, który w swojej diecezji porządek z pedofilami zrobił. Przyznałem mu wtedy rację, a dziś po obejrzeniu filmu Sekielskich wydaje mi się - ba! jestem o tym wręcz przekonany - że mamy prawo oczekiwać wyciągnięcia konsekwencji wobec hierarchy. Oby tylko jednego. Franciszek stworzył do tego narzędzia. Na wszczęcie postępowania wobec biskupa tuszującego sprawy molestowania zezwala wydany przez papieża w ub. roku dokument. I tak naprawdę nie jest potrzebne tu żadne zawiadomienie. Jest film. Inna rzecz, że ów biskup jeśli tzw. „dobro Kościoła” jest kwestią istotną sam powinien oddać się do dyspozycji papieża. Natychmiast.

W ubiegłym roku biskupi – ci poważnie traktujący problem molestowania – mówili, że film nimi wstrząsnął. Dziś ten wstrząs będzie jeszcze większy, bo jak na dłoni widać zaniedbania jednego ze współbraci w biskupstwie. Wyraźnie widać, że papier przyjmie wszystko, słowa – nawet najwznioślejsze – pozostają puste, bo praktyka jest inna. Cóż powiedzieć w tej sytuacji? Jak komentować?

Rok temu Sekielscy nieco polski Kościół obudzili. Teraz jednak błyskawicznie powinien stanąć na baczność. To chyba ostatni dzwonek. Czas skończyć zabawy.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA