Komentarze

Bartkiewicz o debacie warszawskiej: Trochę śmiesznie, trochę smutno

PAP/Marcin Obara
Formuła jaką przyjęto dla debaty warszawskiej sprawiła, że widowisko to miało charakter głównie rozrywkowy.

90 minut wystarczyłoby może do zaprezentowania przez kandydatów choćby zarysu swoich poglądów, gdyby nie to, że każdemu z nich postanowiono zadać aż sześć pytań, przez co odpowiedź na każde z nich była wyścigiem z czasem. Wyścigiem, który – dodajmy – wielu kandydatów przegrywało, a organizatorzy debaty mieli pełne ręce roboty wyłączając mikrofon to jednemu, to drugiemu kandydatowi, którego myśl urywała się w efekcie w pół zdania.

Nie zabrakło akcentów humorystycznych. Krystyna Krzekotowska, kandydatka Światowego Kongresu Polaków, która – jak można już przeczytać w internecie – „skradła show” pozostałym uczestnikom dyskusji, zademonstrowała m.in. (dosłownie!) wstawanie z kolan warszawiaków pod jej rządami i apelowała o to, aby w Warszawie było więcej miłości do bliźniego. Janusz Korwin-Mikke oświadczył, że w Warszawie nie ma smogu, a cały problem wymyślili ci, którzy chcą, aby biedni ludzie musieli płacić za ogrzewanie mieszkań gazem. A Jan Potocki przekonywał, iż Warszawa ma dużo pieniędzy – tylko trzeba je zabrać Niemcom w ramach reparacji. Momentami było jak na Kabaretowej Nocy Przebojów.

Obaj główni pretendenci do fotela prezydenta stolicy zawiedli. Patryk Jaki zaskoczył wprawdzie rezygnacją z członkostwa w Solidarnej Polsce, co niewątpliwie przyciągnęło uwagę obserwatorów. Ale potem kilka razy podkreślał, że zrealizuje obietnice wyborcze dzięki gwarantowanym przez rząd środkom, co stało w sprzeczności z przedstawioną przez niego wizją bezpartyjnej prezydentury (a po debacie wsiadł do autobusu z logiem PiS). Z kolei Rafał Trzaskowski zbyt często skupiał się na Jakim i PiS-ie, przez co umacniał wrażenie, że rdzeniem programu Platformy Obywatelskiej jest zatrzymanie partii Jarosława Kaczyńskiego, a wybory w Warszawie mają być de facto plebiscytem za, albo przeciw PiS-owi. W Warszawie ten pomysł może się sprawdzić, ale to z pewnością za mało, by wygrać wybory w całej Polsce. Poza tym Trzaskowski, poza różnymi ładnie brzmiącymi formułkami, nie miał żadnego asa w rękawie na wzór owej deklaracji o wystąpieniu z partii Jakiego. Trudno nie odnieść wrażenia, że do debaty przystąpił z marszu.

Smutne jest to, że ci kandydaci, którzy skupiali się na lokalnych problemach – czyli tym, co powinno być istotą wyborów samorządowych - będą zapewne stanowić w Warszawie tylko tło dla ogólnopolskiej wojny PO z PiS-em. Jan Śpiewak, Justyna Glusman czy nawet Piotr Ikonowicz, gdy przychodziło ich 45 sekund, rzeczywiście mówili o sprawach miasta. Ale przecież wszyscy i tak czekali tylko na to, co powie Jaki i Trzaskowski. Karty w tych wyborach wydają się już rozdane.

W pewnym momencie Śpiewak zauważył, że jest bodaj jedynym radnym wśród kandydatów i to jest dobre podsumowanie tego, jak wyglądają wybory prezydenckie w stolicy. Teoretycznie to wybory samorządowe, w rzeczywistości – w przypadku Warszawy - to preludium wyborów parlamentarnych. Zamiast o losy stolicy gra toczy się więc o strategiczny przyczółek w walce o dominację na Wiejskiej przez kolejne cztery lata.

- W Warszawie brakuje gospodarza – mówił w czasie debaty jeden z kandydatów. I pewnie będzie go brakować dalej, bo stolica znów zamiast gospodarza dostanie polityka.   

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL