fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Wampir z Zagłębia. Historia zbrodni

We wrześniu 1975 r. sąd skazał Zdzisława Marchwickiego i jego brata Jana na karę śmierci
PAP
26 kwietnia 1977 roku stracony został Zdzisław Marchwicki. Przypisano mu serię morderstw dokonanych w okolicach Katowic. Śledztwo o kryptonimie „Anna" budzi po latach wiele wątpliwości.

„Do Ministerstwa Sprawiedliwości, do Sądu Najwyższego, do Prokuratury Generalnej. Nazywam się Henryk Marchwicki. Jestem bratem Zdzisława i Jana Marchwickich, skazanych w 1975 r. na karę śmierci. Oświadczam, że będę pisał prawdę i tylko prawdę, bo zbyt wiele w tej sprawie było kłamstw" – apelował o pomoc brat wampira z Zagłębia. Odpowiadało mu milczenie lub brak zainteresowania. Seryjny zabójca został przecież ujęty, a morderstwa ustały. Nie było powodu, by otwierać zakończoną sukcesem sprawę.

Henryk Marchwicki nie rezygnował. Skazany na 25 lat więzienia za współudział w ostatnim zabójstwie Jadwigi Kuci próbował dowieść niewinności zarówno swojej, jak i braci, siostry oraz siostrzeńca. W odpowiedzi spotykał się z szykanami. Milicja wywierała presję na żonę Henryka. Próbowano zmusić ją do rozwodu i zmiany nazwiska. Straszono odebraniem dzieci, a w 1985 r. poinformowano, że jej mąż zmarł w więzieniu. Pięć lat później z prasy dowiedziała się, że Henryk żyje i nadal jest osadzony. W końcu brat wampira z Zagłębia wyszedł na wolność w 1992 r. Nadal walczył o oczyszczenie swojego nazwiska. Jednak sześć lat później zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Według raportów policyjnych spadł pijany ze schodów i złamał kręgosłup. Następnie wszedł na pierwsze piętro i umarł we własnym łóżku. Śledztwo umorzono.

Kryminalistyka lat 60.

Pierwsza ofiara seryjnego mordercy Anna Mycek zginęła 7 listopada 1964 r. w Katowicach. Wszystkie kolejne zostały potraktowane w taki sam sposób. Najpierw napastnik zadawał silny cios w głowę. Następnie kilka mniejszych. Gdy myślał, że ofiara nie żyje, zdejmował jej bieliznę i okaleczał narządy rodne, po czym odchodził.

Milicja i psychologowie nie mogli zrozumieć ani sprofilować zabójcy. Motyw przekraczał ramy ich ówczesnej wiedzy. Uważano, że powodem napaści może być jedynie rabunek lub akt seksualny. A w tym przypadku w zasadzie nie dochodziło ani do jednego, ani do drugiego. Poza modus operandi innego klucza nie znaleziono. Najmłodsza ofiara miała 17 lat, najstarsza 50. Ginęły blondynki, brunetki, kobiety różnej postury. Sprawca szybko się przemieszczał, więc teoretycznie powinien jeździć samochodem lub umieć naprawdę szybko pedałować na rowerze. O tym jednak w późniejszym śledztwie zdawano się już nie pamiętać.

Największa aktywność wampira z Zagłębia przypadła na 1965 r., ale przez kolejne lata mimo wielu starań nic w śledztwie nie drgnęło. W końcu milicja postanowiła zwrócić się o pomoc do społeczeństwa. Ostatecznie o wampirze krążyły już legendy, a kobiety bały się wychodzić z domu. Mężczyźni eskortowali je do pracy. Niektóre zakłady wynajmowały busy, którymi odwożono pracownice do domów. Wieczorami ulice miast się wyludniały.

Na początku grudnia 1968 r. na terenie Zagłębia pojawiły się obwieszczenia: „Uchwałą Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach z dnia 9 XII 1968 r. przyznano nagrodę w wysokości jednego miliona złotych dla osoby, której informacje przyczynią się pośrednio lub bezpośrednio do wykrycia działającego w rejonie Zagłębia Dąbrowskiego mordercy kobiet. Informacje prosimy przekazywać osobiście lub listownie Komendzie Wojewódzkiej MO w Katowicach, ul. Powstańców nr 31, bądź telefonicznie na nr 255-555, względnie najbliższej jednostce MO. Organa ścigania gwarantują bezwzględną dyskrecję osobom udzielającym stosownych informacji". Po wyznaczeniu nagrody stało się coś dziwnego. Wampir przestał zabijać. A telefony na komendach milicji urywały się od donosów. Dzwoniły kobiety, by wydać swoich mężów w ręce organów ścigania.

W sierpniu 1969 r. doszło do jeszcze jednego napadu, ale śledczy mieli wątpliwości, czy przypisać go wampirowi z Zagłębia. 4 marca 1970 r. nieopodal ośrodka Telewizji Katowice znaleziono zwłoki 45-letniej Jadwigi Kucianki, miłośniczki i badaczki Śląska, docent Uniwersytetu Śląskiego. Miała obrażenia głowy i została obnażona. Tę ofiarę jednak zgwałcono. Poza tym przy zwłokach znaleziono odciski stóp dwóch napastników. Wszystko wskazywało na to, że ponownie ktoś upozorował napad, by zrzucić go na grasującego w tych okolicach seryjnego mordercę. Jednak śmierć Jadwigi Kucianki stała się głównym powodem do oskarżenia nie tylko Zdzisława Marchwickiego, ale i jego rodziny. Śledztwo musiało się wreszcie zakończyć, ponieważ 17. ofiarą wampira z Zagłębia okazała się córka przybranego brata Edwarda Gierka, ówczesnego I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, a jedna z ostatnich ofiar, Jadwiga Sąsiek, miała w rodzinie dwóch komendantów milicji, zaś jej brat był dyżurnym na komisariacie w Będzinie.

Po zabójstwie ostatniej ofiary milicja przesłuchała niezrównoważonego psychicznie Piotra Olszowego. Znany ze znęcania się nad rodziną rzemieślnik oświadczył, że to on jest „wampirem". Jeździł syrenką, więc mógł się szybko przemieszczać po okolicy, a jego zeznania mogły dowodzić winy. Wypuszczono go jednak z braku wystarczających dowodów, nie pobierając nawet odcisków palców. Kilka dni później milicja otrzymała anonimowy list, w którym nadawca przyznał się, że jest seryjnym mordercą. „To była ostatnia ofiara. Nie złapiecie mnie" – napisał. Zapowiedział, że z powodu presji psychicznej ma zamiar popełnić samobójstwo. 15 marca 1970 r. Piotr Olszowy zabił młotkiem żonę i dzieci, po czym oblał się benzyną i podpalił. Spłonął we własnym domu wraz z rodziną. Ponownie nie dało się zdjąć odcisków palców.

Milicja nadal nie miała nic namacalnego. Naciski „z góry" były coraz silniejsze. Należało schwytać żywego wampira. Kierujący śledztwem major Jerzy Gruba pisał w analizie: „Co sprawca przez swe zbrodnie chciał osiągnąć i rzeczywiście osiągnął? Odpowiedź wydaje się stosunkowo prosta – sterroryzowanie społeczeństwa i rozgłos. Komunikaty w prasie, oficjalne apele, panika wśród kobiet i absencja w zakładach pracy wykazują bezsilność władz. Właśnie te pobudki wydają się najbardziej prawdopodobne. Sama zbieżność nazwisk Gomółka, Gierek, Sąsiek w zestawieniu z datami przestępstw i okolicznościami im towarzyszącymi są chyba wystarczającym uzasadnieniem".

Miesiąc po śmierci Jadwigi Kucianki w Komendzie Wojewódzkiej w Katowicach zorganizowano naradę. Poza kierownictwem dotychczasowej grupy śledczej, komendantem wojewódzkim płk. Włodzimierzem Kruszyńskim i naczelnikiem wydziału dochodzeniowo-śledczego mjr. Zygmuntem Kaliszem pojawili się oficerowie ze stolicy. Zaproszono szanowanych naukowców: znanego psychiatrę prof. Tadeusza Bilikiewicza, prof. Bolesława Popielskiego, prof. Jana Stanisława Kobielę, doc. Tadeusza Hanauseka, doc. Władysława Nasiłowskiego, dr. Andrzeja Różyckiego oraz innych specjalistów z zakresu psychiatrii, psychologii i medycyny sądowej. Dyskutowano o wyglądzie sprawcy, środowisku, z jakiego pochodzi, hipotetycznych preferencjach i zachowaniach. Jedni twierdzili, że morderca jest karanym sadystą, a inni, że nigdy nie miał konfliktu z prawem. Mógł być homoseksualistą, to znów przykładnym mężem i ojcem albo samotnikiem stroniącym od ludzi. Sportowiec, komandos, górnik, cyrkowiec, impotent, mężczyzna z wadą anatomiczną prącia – koncepcji było wiele. Prof. Kobiela miał wątpliwości, czy te wszystkie zbrodnie są dziełem jednego człowieka. Ostatecznie ciosy zwykle zadawano po lewej stronie głowy, co wskazywało, że sprawca jest leworęczny. W wypadku ostatniej ofiary ślady uderzeń były po przeciwnej stronie głowy.

„Zwraca uwagę zmasowane działanie sprawcy od 1966 r. – stwierdził prof. Bilikiewicz. – Występuje tu jak gdyby przymus w działaniu. Nie potrafię wyjaśnić i nie chcę się bawić w chiromantę i wskazywać kogokolwiek, najlepiej powiedziałbym: każdy może być. Teraz jest trudno coś powiedzieć, to bardzo ryzykowne, może być wśród nas". Ostatecznie stworzono charakterystykę mordercy zawierającą tak wiele cech, że pasowały do niej tysiące mężczyzn w okolicy. A amatorów nagrody za wskazanie winnego przybywało.

Wampir na tacy

Dla poprawienia renomy nieskutecznej milicji stworzono historię o wielkim komputerze, który przeanalizował ogromne ilości danych i ostatecznie wypluł precyzyjny profil, który wskazywał na Zdzisława Marchwickiego. Prawda jest jednak bardziej banalna. Nie było żadnego komputera, jedynie kolejna amatorka obiecanej nagrody.

W grudniu 1971 r. na komisariacie pojawiła się Maria Marchwicka i oświadczyła: „Szukacie wampira, a to mój mąż". Na swoje nieszczęście pasował do profilu. Wiele lat później kobieta opowiadała, że zrobiła to, bo mąż był „do niczego". Raz twierdziła, że po alkoholu bywał agresywny, a innym razem, że nie odważyłby się podnieść na nią ręki. W jej opowieściach było wiele nieścisłości. Nakłoniła też dzieci do składania zeznań pod jej dyktando. Męża aresztowano, ale miliona złotych nigdy nie otrzymała.

Członkowie grupy operacyjnej byli podzieleni. Jedni, jak młody i ambitny major Jerzy Gruba, wierzyli, że schwytali właściwą osobę. Inni, w tym płk Zygmunt Kalisz, płk Stefan Tokarz czy porucznik Zbigniew Gątarz, byli przekonani, że Marchwicki jest niewinny. Zarówno oni, jak i zbierający dowody prokurator Leszek Polański zostali przeniesieni do innych wydziałów lub zrezygnowali z pełnionej funkcji pod presją „z góry".

Ostatecznie 6 stycznia 1972 r. milicja pojawiła się u Marchwickich z nakazem aresztowania. Major Wiesław Tomaszek, technik operacyjny grupy „Anna", wspominał, że Zdzisław powiedział wówczas do Gruby: „Dwa samochody marki Wołga po takiego jednego człowieka jak ja? I ile was tu jest, jakbyście co najmniej tego wampira ujęli". Gruba zanotował to inaczej. Twierdził, że Marchwicki rzekł tylko: „O, proszę, nareszcieście wampira ujęli". I uznał to stwierdzenie za przyznanie się do winy.

Razem ze Zdzisławem do aresztu trafili jego obydwaj bracia, Jan i Henryk, siostra Henryka Flak i jej syn Zdzisław, a także Józef K., partner Jana Marchwickiego. Jan był łatwym celem. Pracował jako kierownik sekretariatu na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. Był homoseksualistą powiązanym z aferą łapówkarską. W ten sposób zbudowano historię, że Jadwiga Kucia, pracownik naukowy uniwersytetu, stała mu na przeszkodzie i postanowił ją usunąć. Zlecił więc morderstwo swoim braciom, Zdzisławowi i Henrykowi. Jeśli to prawda, byłby to jedyny znany przypadek, gdy seryjny morderca został zatrudniony jako płatny zabójca.

Jana obciążył zeznaniami również jego kochanek – Józef K. W zamian za obietnicę ucieczki do Szwecji miał dokładnie podać szczegóły zbrodni. Siostra Marchwickiego została oskarżona o handel przedmiotami skradzionymi ofiarom, zaś jej syn o to, że wiedział o wszystkim, lecz nie doniósł na rodzinę.

Śledztwo do dziś budzi wiele zastrzeżeń. Po aresztowaniu Marchwickich rozpoczęły się naciski. Henrykowi mówiono, że żona go zdradza, dom został okradziony, a dzieci zabrano do domu dziecka. W zamian za przyznanie się do winy miał otrzymać łagodniejszy wyrok. Mężczyzna załamał się. Podczas 80 przesłuchań podawał 20 różnych wersji zamordowania Jadwigi Kucianki. Dopiero ostatnie zeznanie dało się dopasować do faktów.

Zdzisław Marchwicki zaprzeczał najdłużej. Był niewykształconym mężczyzną, pracującym jako konwojent w kopalni. Miał najsilniejszą osobowość z całej rodziny. Po ponad trzech latach presji opinii publicznej i śledczych stracił ducha. Do więzienia przychodziły wycieczki, by oglądać go jak zwierzę w zoo. Niekiedy wyprowadzano więźnia i proszono o podpisywanie zdjęć. Sam Gruba chwalił się po latach fotografią z autografem wampira.

Zmęczony przesłuchaniami, zaczął w końcu przyznawać się do wszystkiego, co mu podsuwano. Podawał jednak fakty, które nie zgadzały się z rzeczywistością. Podpisywał się na protokołach, ale dopisywał: „To nieprawda". Próbował niszczyć podtykane mu dokumenty. Nawet jeden z nich usiłował połknąć. Był zrezygnowany. Któregoś dnia po raz kolejny pytano go w więzieniu: „Czym zabiłeś?", a że była pora obiadowa i na korytarzu słychać było stukanie garnków, Marchwicki odpowiadał apatycznie: „Jedzeniem".

Teatr w sądzie

Proces Zdzisława Marchwickiego był wielkim spektaklem dla 800 osób. Żadna sala sądowa nie była w stanie pomieścić takiej liczby widzów. Gawiedź biła się o wejściówki. Każdy chciał zobaczyć wampira, który przez lata terroryzował okolice. Proces zorganizowano zatem w wielkiej Sali Reprezentacyjnej Huty Silesia.

Jeszcze przed zeznaniami i orzeczeniem wyroku prasa publikowała wywiady z biegłymi i sędzią Władysławem Ochmanem. Powtarzano historię o legendarnym komputerze, dzięki któremu udało się ująć sprawcę. Ale Marchwickiego łączyły ze zbrodniami jedynie przypadkowe więzy. Portmonetka jednej z ofiar została znaleziona niedaleko domu Marchwickich. Nie było na niej odcisków palców oskarżonego, lecz sąd uznał, że jako konwojent mógł ją tam wyrzucić. Narzędziem zbrodni okazał się miękki pejcz znaleziony u dziadka Zdzisława. Nikomu nie przeszkadzał fakt, że kobiety zamordowano twardym, tępym narzędziem. Do tego oskarżony był praworęczny, a śmiertelne ciosy bez wątpienia zadawano lewą ręką. Wykonany przez ekspertów portret psychologiczny sprawcy określał go jako mężczyznę niezdolnego do normalnego życia seksualnego. Jego żona, matka pięciorga ich dzieci, była jednak innego zdania.

Opinia publiczna zrobiła z Marchwickich rodzinę skrajnie patologiczną. Maria oskarżała męża o wymuszanie nietypowych zachowań seksualnych. Nakłoniła również dzieci do zeznawania przeciwko ojcu. Po latach twierdzą, że były przez nią zastraszane, a to, co mówiły w sądzie, nie było prawdą.

Na ostatnie pytanie sądu, czy jest mordercą, złamany Marchwicki powiedział: „No, z tego, co słyszałem, co się dowiedziałem, no to chyba tak". To zdanie potraktowano jako ostatecznie przyznanie się do 14 zabójstw i pięciu usiłowań. 28 lipca 1975 r. Zdzisław Marchwicki i jego brat Jan otrzymali wyroki śmierci. Henryk został skazany na 25 lat. Pozostałym zasądzono krótkie wyroki – od czterech do pięciu lat. Józef K. przesiedział w więzieniu do stanu wojennego, kiedy to został zwolniony z powodu przepełnienia związanego z internowaniami. Nie wyjechał do Szwecji.

Kiedy Zdzisław oczekiwał na wyrok, kolega z celi nakłonił go do napisania pamiętnika. Skazany przedstawił w nim swoje życie i zbrodnie. Miało to zamknąć usta wszystkim, którzy wyrażali wątpliwości co do rzetelności procesu. Niektórzy jednak przypuszczają, że Marchwicki nie napisał go samodzielnie. Tekst zawiera wiele słów, których mężczyzna z ukończonymi czterema klasami podstawówki nie używał. Nie znał ich znaczenia. Pojawiły się tam również sformułowania żywcem wyjęte z protokołów policyjnych.

Zdzisława Marchwickiego aresztowano w 1972 r., skazano we wrześniu 1975 r., a wyrok wykonano w kwietniu 1977 r. w areszcie śledczym w Katowicach. Został pochowany jako NN na cmentarzu w Katowicach-Panewnikach obok innego seryjnego mordercy, Bogdana Arnolda. Cmentarz przez wiele lat był owiany złą sławą i nie chciano tam chować bliskich. Po egzekucji nakazano wykonać kilka odlewów twarzy wampira. Stały później jako pamiątki w gmachu sądu i w gabinecie Edwarda Gierka.

W 1981 r. Janusz Kidawa nakręcił o najgłośniejszej polskiej sprawie kryminalnej bardzo jednostronny film „Kryptonim Anna". W 2004 r. Teatr Telewizji przedstawił sztukę „Wampir". Dokumentów, książek i publikacji o mordercy z Zagłębia nie sposób policzyć. Wampir z Sosnowca rzeczywiście mordował i okaleczał kobiety, jednak coraz mniej osób wierzy, że był nim Zdzisław Marchwicki.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA