Plus Minus

Kiszczak i morderstwo Przemyka

Czerwiec 1981 roku, spotkanie opozycyjne. Grzegorz Przemyk stoi w drzwiach, oparty o regał
Fotonova, Tomasz Michalak
– Niby wszystko wiadomo, ale trudno to wyjaśnić – Izabela Przemyk odpowiada wnukowi Jasiowi na pytanie, co się tak właściwie stało z Grzegorzem.

14 maja 1983 roku w szpitalu zmarł 19-letni maturzysta Grzegorz Przemyk, pobity dwa dni wcześniej przez funkcjonariuszy MO w komisariacie przy ul. Jezuickiej w Warszawie. W rocznicę tej tragedii przypominamy fragment książki Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka" opublikowany w magazynie „Plus Minus”.

Jest jeszcze ktoś. To ten wysoki, lekko zgarbiony mężczyzna o platynowych włosach, który jest na każdej rozprawie. Siedzi zwykle przycupnięty na ławie, wsłuchując się uważnie w zeznania kolejnych świadków. Nie komentuje, nie krytykuje, w ogóle się nie odzywa. Po rozprawie próbuje niepostrzeżenie wymknąć się obok zastawionych na niego kamer i mikrofonów. Niechętnie kontaktuje się z dziennikarzami.

– Z panem też by nie rozmawiał – mówi jego druga żona, Iza.

Gdy w szpitalu na Solcu umiera jego najstarszy syn Grzegorz, Leopold Przemyk ma czterdzieści dwa lata, drugą żonę i dwoje z nią dzieci: dziesięcioletniego Michała (teraz lekarza weterynarii) i trzyletnią Agnieszkę (obecnie pianistkę).

Kiedy urodził się Michał, Grześ miał dziewięć lat. Przyjechał rowerem pod porodówkę przy Karowej i zawołał:

– Ciociu, pokaż mi mojego braciszka.

Iza podeszła wtedy z noworodkiem do okna.

– Ładny – krzyknął Grzesiek i popedałował dalej.

Osiem lat później napisał Michałowi w pamiętniku coś na wzór dekalogu:

1. Na razie słuchaj starszych, bo mają więcej lat i mogą cię ustrzec od błędów i niebezpieczeństw strasznych.

2. Nie oszukuj i nie ożartowywuj nikogo (staraj się żyć w zgodzie ze sobą).

3. Nie strasz siostry, a opiekuj się nią.

4. Śmiej się dużo, ale szczerze, nie złośliwie.

5. Nie bądź mazgaj (chyba nie jesteś).

6. Nie bądź sknera i pazerus, bo to nie przystoi.

7. Ucz się muzyki i pokochaj ją, bo ona wielka i czyni człowieka wielkim (choćby na chwilę).

8. W szkole i pośród innych obowiązków bądź na tyle sumienny, abyś zmartwień, zmarszczek i przedwczesnych siwych włosów najbliższym oszczędził.

9. Nie bierz przykładu z brata starszego, dopóki nie stanie się godzien tego.

10. Do pamiętnika jeszcze raz zajrzyj za jakiś dłuższy czas.

Podpisał się: „kochający cię brat – Grzegorz".

19 maja 1983 roku Leopold z żoną i dziesięcioletnim Michałem idą do kościoła Świętego Stanisława Kostki pożegnać Grzesia. Ona z Michałkiem wystrojonym w białą koszulę, z zawiązaną pod szyją aksamitką, siedzi w dalszych rzędach. On siedzi w ławce najbliżej trumny, obok Barbary i Marzeny Urban. Kiedy wyjdą z kościoła i ruszą aleją Krasińskiego, na czele konduktu zostaje już tylko Barbara. To ona pozostanie też w centrum uwagi: cierpiąca, pochylona nad mogiłą, w objęciach księdza Jerzego, podtrzymywana przez dziewczynę Grzesia – Marzenę. Fotoreporterzy starają się uchwycić na jej twarzy łzę, grymas bólu. Na niego nie zwraca się uwagi. Tak jest przez lata.

– Pozostawałem w cieniu tych tragicznych wydarzeń – mówił po latach.

Był czas, że miał żal, że o nim się nie pamięta, a on też cierpiał. Gdy Grzesio był mały, był mu przecież ojcem i matką. A potem, w tej tragedii, jakby nie istniał, jakby go nigdy nie było, jakby Grześ miał tylko matkę poetkę i narodził się bez udziału ojca inżyniera. Ona jest śmiertelnie zranioną matką Polką i siostrą Hioba. Nad nim nikt się nie użala. Nawet nie pyta, co czuje, jak cierpi, jak sobie z tym bólem radzi.

Krążą tylko plotki, że ojciec się Grzesiem nie zajmował, że się od niego odciął, nie widywał go.

– Na początku bardzo go bolało to gadanie, więc zamknął się w sobie, nie chciał rozmawiać z obcymi. I tak już mu zostało, bo jak miał prostować te bzdury? – mówi żona.

Na spotkanie do kawiarni Iza Przemyk przynosi ze sobą ciężkie albumy. Wyciąga fotografie Grzesia: z pluszowym misiem, na rękach taty, ze wspólnych wczasów i rodzinnych wyjazdów, i te późniejsze, gdy zdjął już śpiochy, włożył dżinsy, zapuścił włosy i wziął do ręki gitarę.

Gdy nauczył się pisać, wysyłał pocztówki z kolonii. Pisał krzywymi kulfonami na końcu kartki: „Pozdrów też Ciocię [tak do niej mówił] i Michałka". Zawsze o nich pamiętał.

Leopold Przemyk jako ojciec Grzesia narodził się dla mediów dopiero w latach dziewięćdziesiątych, po śmierci Barbary. Drugi proces zaczął się w 1993 roku. Leopold jest w nim oskarżycielem posiłkowym. Na rozprawie siada obok swojego pełnomocnika, adwokata Andrzeja Zalewskiego, naprzeciwko oskarżonych: Kościuka, Denkiewicza, Otłowskiego. I patrzy na nich piwnymi, zimnymi, ale spokojnymi oczami przez całą rozprawę. – Przyglądam się twarzom katów mojego syna i próbuję wyczytać z nich, czy mogą spać spokojnie – mówi.

I tak przez cztery lata, bo wznowiona sprawa się ciągnie. Przy barierce stają dziesiątki świadków, eksperci, biegli. Najważniejsi świadkowie przesłuchiwani są bardzo długo i dokładnie, by żaden szczegół nie umknął. Sąd dopytuje z pozoru o mało istotne detale. Wszystkich wysłuchuje, starannie naświetla temat, zanim ukarze winnych. Tak to sobie jeszcze wtedy tłumaczy ojciec zabitego Grześka.

Wyrok zapada w 1997 roku. Zomowcy są uniewinnieni. Robi to na Przemyku duże wrażenie. (...)

Leopold wycina z gazet artykuły poświęcone procesowi, pęcznieją segregatory z dokumentami i pismami wysyłanymi do sądów i adwokatów. Leżą w mieszkaniu Przemyków w bloku za Żelazną Bramą na półce z innymi pamiątkami po Grześku: jego pocztówkami z kolonii, świadectwem szkolnym, legitymacją dołączoną do Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski, który nadał chłopcu pośmiertnie prezydent Lech Kaczyński.

Na regale, obok zdjęć Agnieszki i Michała, stoi portret Grześka. Ten z gitarą, z zamkniętymi oczami.

Nadzieja w końcu umiera w lipcu 2010 roku. Sąd Najwyższy umarza ostatecznie sprawę śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka z powodu przedawnienia. Jedynym winnym pozostaje Arkadiusz Denkiewicz (dyżurny w komisariacie przy ul. Jezuickiej w Warszawie – red.), ale nie może odbyć kary, bo choruje.

Leopold nie składa broni. Osiem miesięcy później wnosi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka skargę przeciwko Polsce. Pisze w niej, że prokuratura i sądy działały opieszale i niestarannie, co w konsekwencji doprowadziło do przedawnienia karalności czynu i uniknięcia odpowiedzialności przez sprawców.

W porównaniu z polskimi standardami wyrok zapada błyskawicznie. Po dwóch latach, 17 września 2013 roku, Trybunał orzekł, że Polska naruszyła artykuł 2 Europejskiej konwencji praw człowieka. Postępowanie karne w sprawie śmierci Grzegorza było przewlekane i nie zmierzało do odnalezienia sprawców. W ramach rekompensaty Trybunał nakazuje wypłacić odszkodowanie ojcu zakatowanego maturzysty.

Informacja ze Strasburga dotarła do Leopolda Przemyka, gdy był już śmiertelnie chory. (...)

Zmarł dwa miesiące później, pod koniec listopada 2013 roku. – Cieszyłam się, że w ogóle zdążył poznać ten wyrok – dodaje Izabela Przemyk.

Teraz o Grzesia pyta syn Michała, trzynastoletni Jaś. Próbuje się dowiedzieć od babci Izy, co się tak właściwie stało.

– Niby wszystko wiadomo, ale trudno to wyjaśnić – odpowiada babcia.

Za Stalina kazałbym go rozstrzelać

Telefon w gabinecie wiceministra spraw wewnętrznych zadzwonił pod koniec kwietnia 1990 roku.

– Puławska. Komenda Główna Policji. Parter. Pokój numer 6. W szafie za drzwiami po prawej stronie – tłumaczy Krzysztofowi Kozłowskiemu pierwszy zastępca prokuratura generalnego Aleksander Herzog.

Obaj są z ekipy, która od kilku miesięcy rozmontowuje w Polsce komunizm. Po zwycięskich dla „Solidarności" wyborach 4 czerwca 1989 roku stary świat się wali. Pierwszym niekomunistycznym premierem od zakończenia II wojny światowej zostaje Tadeusz Mazowiecki, ale komuniści zagwarantowali sobie przy okrągłym stole obecność w najważniejszych resortach siłowych: MON i MSW. Jednym z beneficjentów tej umowy jest minister spraw wewnętrznych generał Czesław Kiszczak. Przez wiele lat był najbliższym współpracownikiem generała Wojciecha Jaruzelskiego, którego okrągły stół wyniósł do stanowiska prezydenta PRL.

Kiszczak ma wciąż ogromną władzę, podlegają mu milicjanci i esbecy, a formalnie także solidarnościowy wiceminister Krzysztof Kozłowski.

Pod nadzorem Kiszczaka odbywała się od kilku miesięcy akcja masowego palenia akt kompromitujących autorów stanu wojennego, ukazujących przestępstwa władzy, kulisy działania systemu.

W nowym Sejmie zaś działa komisja specjalna Jana Rokity do wyjaśnienia przypadków tajemniczych zgonów z okresu 1982–1989.

Jedną z niewyjaśnionych zagadek stanu wojennego jest śmierć dziewiętnastoletniego maturzysty i zatuszowany udział w niej milicjantów.

– Nie wiem nawet, czy te akta jeszcze tam są – mówi do słuchawki prokurator Herzog, zalecając Kozłowskiemu ostrożność i pośpiech, dowiedział się bowiem, że dokumenty mają być w każdej chwili spalone.

Kozłowski wie, że nie ma co się oficjalnie zwracać do komendy głównej, bo jak to zrobi, to akta faktycznie znikną. Wzywa kierowcę i jadą z Rakowieckiej na Puławską do komendy głównej. Dyżurny prowadzi ministra do pokoju numer 6.

Wszystko się zgadza. Szafa stoi za drzwiami po prawej stronie, a w niej dwadzieścia osiem teczek tajnych akt sprawy Grzegorza Przemyka. Wynika z nich, że tuszowaniem zbrodni i chronieniem milicjantów zajmował się cały sztab ludzi, od szeregowych esbeków po ministra spraw wewnętrznych. Stworzono ogromną machinę milicyjną, sztaby kryzysowe, grupy terenowe, zakładano podsłuchy telefoniczne, domowe, inwigilowano, szantażowano po to tylko, żeby zrzucić winę na sanitariuszy z pogotowia.

– Z akt wynika – tłumaczył dziennikarzom prokurator Herzog – że działania zmierzające do uwolnienia milicji od odpowiedzialności za pobicie Przemyka prowadzone były odgórnie, za wiedzą Kiszczaka. Uważałem za obowiązek poinformować o tym premiera Mazowieckiego. W końcu dotyczyło to ministra w jego rządzie.

Wyciąg z odnalezionych akt trafia na biurko premiera Mazowieckiego, a prokurator Herzog zreferował ich zawartość, ze szczególnym uwzględnieniem roli, jaką w sprawie odegrał Kiszczak.

– Był tym poruszony – zauważa Herzog.

„Stało się jasne, że Kiszczak musi odejść" – notował w swoich wspomnieniach Waldemar Kuczyński, najbliższy doradca premiera.

Gdy 6 lipca 1990 roku na wniosek premiera Mazowieckiego Czesław Kiszczak zostaje odwołany z rządu, nie kryje rozgoryczenia. Po raz ostatni spotyka się w gabinecie ze swoim następcą, Krzysztofem Kozłowskim, który się właśnie wprowadza.

– Zrobił mi pan świństwo, wyciągając te akta – mówi na pożegnanie do nowego ministra spraw wewnętrznych.

To bolesny upadek. Rok wcześniej Kiszczak był kandydatem na premiera i o mało nim nie został. Resort spraw wewnętrznych traktował jako tymczasową placówkę, na przeczekanie, przed wielkim skokiem w wielką karierę. Sprawa Przemyka jest jednak gwoździem do jego politycznej trumny.

– W sensie politycznym sprawiedliwości stało się zadość, ale w sensie prawnym już nie – mówi Herzog.

Trzy miesiące wcześniej, 5 kwietnia 1990 roku, Cezary F. [kolega Grzegorza Przemyka – red.] składa ustne zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa w 1983 i 1984 roku w trakcie śledztwa prowadzonego w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka. Namawia go do tego dziennikarz Jerzy Jachowicz, który na łamach „Gazety Wyborczej" opisuje kulisy tego postępowania.

Czarek ma obawy.

– To jeszcze za wcześnie. Będziemy mieć kłopoty – mówi Jachowiczowi, gdy ten próbuje przekonać go do wizyty w prokuraturze.

– Jurek go przekonał, że dłużej nie ma co zwlekać – mówi Iwona F., żona Czarka. (Zanim zacznie się śledztwo, Czarka i jego rodziców prokuratura poprosi o napisanie oświadczenia, że nie będą skarżyli tych, którzy ich w latach osiemdziesiątych nękali, by przyspieszyć sprawę i skrócić ławę oskarżonych. „Tak to by cały naród z sądu nie wychodził" – powiedział im prokurator).

Trzy tygodnie później, 25 kwietnia 1990 roku, do prokuratury zgłasza się kolejny ważny świadek – były oficer milicji Jerzy Kulczycki. W roku 1983 został członkiem specjalnej grupy, którą MSW powołało w Biurze Dochodzeniowo-Śledczym Komendy Głównej MO. Mówi, że jej podstawowym i jedynym zadaniem była obrona milicjantów przed zarzutem spowodowania śmierci Przemyka. Milicjanci wpływali na wyniki postępowania przez reżyserowanie najważniejszych przedsięwzięć procesowych, spychając śledztwo na fałszywe tory. Chodziło o zrzucenie odpowiedzialności na sanitariuszy.

Mówi, że zanim jeszcze prokurator przystąpił do przesłuchania milicyjnych świadków, byli instruowani, jak mają zeznawać i co mówić. Kulczycki twierdzi, że jego przełożony wywierał na niego presję, by dostarczył fałszywych dowodów. Jego zadaniem było przygotowanie ekspertyzy, że możliwe było pobicie Przemyka w karetce pogotowia. Ale gdy zameldował swojemu przełożonemu, że eksperyment wykazuje coś zupełnie przeciwnego, ten bardzo się zdenerwował.

– Za Stalina kazałbym cię rozstrzelać – powiedział.

Wątpliwości na korzyść oskarżonego

W prokuraturze działał już wtedy zespół prokuratora Herzoga, analizujący śledztwa ze stanu wojennego, w których MSW mogło nadużyć swojej pozycji. Rutynowo przesłuchiwani byli milicjanci z komendy głównej milicji. Jeden z nich – podpułkownik Henryk Czmoch – zeznał, że przełożony polecił mu zniszczyć akta operacyjne sprawy Przemyka, by ukryć dowody bezprawnych działań MSW.

Przełożonym był pięćdziesięciosiedmioletni pułkownik Kazimierz Otłowski, były dyrektor Biura Dochodzeniowo-Śledczego KGMO, który milicyjną karierę zaczął w 1953 roku, ale już po śmierci Stalina. Teraz jest jednym z kandydatów na najważniejsze stanowisko w odnowionej moralnie policji – komendanta głównego policji. Dlatego zapewnia ministra Krzysztofa Kozłowskiego, że w czasach komunizmu nie robił nic niegodnego, a szczególnie nie ma nic wspólnego z manipulacjami przy śledztwie dotyczącym śmierci Przemyka.

Zeznania Kulczyckiego nie tylko grzebią karierę pułkownika Otłowskiego, ale także doprowadzają go na ławę oskarżonych.

W 1993 roku zostaje oskarżony o to, że od listopada 1989 roku do lutego 1990 roku jako dyrektor Biura Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Głównej MO utrudniał postępowanie sejmowej komisji nadzwyczajnej do zbadania działalności MSW w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka, chroniąc w ten sposób sprawców jego pobicia.

Obok pułkownika na ławie oskarżonych siedzi dwóch milicjantów uniewinnionych w procesie w 1984 roku: Ireneusz Kościuk i Arkadiusz Denkiewicz.

Trzydziestojednoletni Kościuk w momencie rozpoczęcia procesu jest nadal pracownikiem resortu, zajmując stanowisko milicjanta kompanii patrolowej Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Zamościu.

Natomiast czterdziestodwuletni Denkiewicz jest od trzech lat milicyjnym emerytem. Odszedł z resortu ze względu na bardzo zły stan zdrowia i próbuje teraz szczęścia w handlu. Ma przyczepę kempingową, z której sprzedaje dzieciom lody i słodycze.

Razem z Kościukiem oskarżony jest o śmiertelne pobicie Grzegorza Przemyka, przy czym udział Denkiewicza ogranicza się tylko do nawoływania do bicia. Z Kościukiem sprawa jest bardziej skomplikowana. Co prawda jest oskarżony o bicie łokciem w brzuch, ale akt oskarżenia opiera się głównie na starych zeznaniach Cezarego F., więc udowodnienie winy będzie poszlakowe, F. bowiem nie rozpoznał Kościuka jako jednego z bijących. Jego identyfikację umożliwił fakt, że był tym funkcjonariuszem, któremu Przemyk próbował wyrwać pałkę. Prowadzący śledztwo prokurator Błażej Sobierajski stwierdził, że oprócz Kościuka chłopca biło dwóch innych milicjantów. Którzy? Tego nie udało się ustalić, bo zomowcy i milicjanci na ten temat milczą.

Rozpoczynający się w 1993 roku drugi proces w sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka to jedno z najważniejszych postępowań rozliczeniowych ostatnich dekad komunizmu. Tak samo ważny jak proces Ciastonia i Płatka, generałów MSW zamieszanych w morderstwo księdza Popiełuszki, plutonu specjalnego MO odpowiedzialnego za śmierć dziewięciu górników w kopalni Wujek oraz zomowców z Lubina strzelających do manifestantów jak do kaczek.

Sprawa toczy się w tej samej sali 252 warszawskiego sądu, w której dziewięć lat temu sąd uniewinnił milicjantów. Od pierwszego dnia w sali rozpraw są kamery telewizyjne, mikrofony radiowe, dziennikarze prasowi relacjonujący każdy dzień, opisujący szczegółowo zeznania świadków, zachowania oskarżonych. Otłowski, Kościuk i Denkiewicz stają się głównymi bohaterami przekazów prasowych. Ich zdjęcia można niemal codziennie oglądać w prasie, jak siedzą na ławie oskarżonych: Otłowski sztywno, nie okazując emocji, Kościuk spięty, a Denkiewicz wsłuchany w zeznania świadków, jakby to chodziło o kogoś innego. Protestują przeciw temu ich adwokaci, zauważając, że permanentnie łamane jest prawo oskarżonych do ochrony wizerunku.

Już od pierwszego dnia procesu czuć, że ława oskarżonych jest zbyt krótka. Że brak tam kilku osób z kierownictwa państwa i partii, że decyzje o fałszowaniu dowodów nie mogły zapadać na poziomie pułkownika Kazimierza Otłowskiego. Z akt śledztwa wynika niezbicie, że o wszystkim wiedział szef MSW generał Kiszczak, wiele działań sam inspirował lub je akceptował. Domagał się aresztu dla sanitariuszy, wzywał na odprawy szefów milicji, referował sprawę na posiedzeniu rządu. Obciążają go też zeznania jego bliskiego współpracownika, pułkownika Romualda Zajkowskiego, który opowiadał śledczym, jak próbował przekonać Kiszczaka do postawienia przed sądem zwyrodnialców z milicji, ale minister zdecydował inaczej i bronił ich do końca.

(..) Dlaczego Kiszczak nie zasiadł na ławie oskarżonych?

– Analizowaliśmy to pod względem prawnym – mówi prokurator Aleksander Herzog. – Kiszczaka można było jedynie ścigać za utrudnianie śledztwa, ale po pięciu latach powód uległ przedawnieniu.

Wyrok zostaje ogłoszony 4 kwietnia 1997 roku, siedem lat po wszczęciu śledztwa. Kazimierz Otłowski dostaje półtora roku więzienia za próbę zniszczenia milicyjnych akt Przemyka, Arkadiusz Denkiewicz – dwa za podżeganie do bicia, a Ireneusz Kościuk zostaje uniewinniony. Po ogłoszeniu wyroku zachowuje się tak, jakby nie wierzył w to, co przed chwilą usłyszał. Na kamiennej twarzy trudno mu powstrzymać uśmiech.

Przewodnicząca składu orzekającego Barbara Sierpińska w ustnym uzasadnieniu wyroku przyznaje się do porażki. Nie była w stanie wskazać osoby, która zadała śmiertelny cios maturzyście, choć z całą pewnością stało się to w komisariacie przy Jezuickiej. Kto bił Przemyka? Tego sąd nie ustalił.

– Wszystkie wątpliwości muszą przemawiać na korzyść oskarżonego Kościuka – tłumaczy sędzia Sierpińska.

– Tak jest, gdy zbyt późno próbuje się wymierzyć sprawiedliwość – mówi Herzog. – W tym przypadku było jeszcze gorzej, bo panowała zmowa milczenia. Bez jej przełamania trudno było tę sprawę wyjaśnić, a milicjanci nie mieli interesu mówić prawdy. Prokuratura nie ustępuje, składa kolejne apelacje, które niczego nie zmieniają. Kolejne sądy uniewinniają Kościuka.

W styczniu 2001 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie uznaje, że sprawa Kościuka się przedawniła, więc nawet nie bada merytorycznych zarzutów wobec zomowca. Sąd Najwyższy uchyla ten wyrok we wrześniu 2001 roku i sprawa znów trafia na wokandę.

W 2008 roku Kościuk zostaje uznany za winnego pobicia Przemyka i skazany na osiem lat więzienia. (Z powodu amnestii wyrok jest złagodzony o połowę). Do więzienia jednak nie trafia, bo obrońca zomowca podnosi w apelacji znów kwestię przedawnienia.

Ostatecznie sprawa Kościuka kończy się w lipcu 2010 roku. Dwadzieścia siedem lat po pobiciu Grzegorza Przemyka Sąd Najwyższy umarza definitywnie jego sprawę.

– Matactwa z czasów komunistycznych okazały się skuteczne – powiedziała w ostatnim słowie sędzia Małgorzata Gierszon.

Fragment książki Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka", która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Czarne. Autor jest dziennikarzem obecnie związanym z portalem Wirtualne Media. Pracował w „Gazecie Wyborczej", „Przekroju", „Polityce", „Newsweeku" i „Wprost"

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL