fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka

Steven Keen. Unia Europejska to tonący statek

Rzeczpospolita
Pierwszym krokiem naprawy UE powinno być porzucenie euro – uważa brytyjski ekonomista Steven Keen.

Rz: Po kryzysie finansowym załamał się dotychczasowy konsensus w ekonomii, którego pan od dawna był krytykiem. Problem w tym, że nie wyłonił się nowy. W efekcie nie ma powszechnie akceptowanych rozwiązań kluczowych dziś problemów gospodarczych. Weźmy bliski panu przykład: część ekonomistów uważa, że Brexit zakończy się dla Wielkiej Brytanii gospodarczą katastrofą, inni zaś sądzą, że zdynamizuje brytyjską gospodarkę.

Steven Keen: To jest paradoks, że większość ekonomistów nie dostrzegła z wyprzedzeniem globalnego kryzysu z lat 2007–2009, za to dostrzegła kryzys, jaki ma rzekomo spowodować wystąpienie Wielkiej Brytanii z UE. Przed zgubnymi konsekwencjami Brexitu ostrzegały przecież najważniejsze międzynarodowe organizacje, jak MFW i OECD. Oczywiście, Wielka Brytania na razie pozostaje członkiem UE, ale już dziś widać, że secesja żadnego krachu nie spowoduje. Mnie od początku bliższy był pogląd, że Brexit będzie dla brytyjskiej gospodarki na dłuższą metę korzystny. Unię Europejską uważam za nieudany projekt i nie widzę sensu, żeby Wielka Brytania pozostawała na pokładzie tonącego statku.

Nieudanym projektem jest UE czy tylko strefa euro?

Integracja w Europie postępowała zbyt szybko. Największym problemem są otwarte granice przy braku wspólnej polityki fiskalnej. To oznacza, że ludzie z państw członkowskich pogrążonych w kryzysie, jak Grecja, Hiszpania, Włochy czy – na nieco mniejszą skalę – Francja, mogą bez najmniejszego problemu wyjechać do krajów prosperujących lepiej, jak Niemcy, Austria, ale też Wielka Brytania. Ta sytuacja jest nie do utrzymania na dłuższą metę, gdy nie ma paneuropejskiego Ministerstwa Finansów, mogącego skompensować te przepływy ludności. Wielka Brytania przyjęła setki tysięcy ekonomicznych uchodźców z upadłych państw UE w czasie, gdy sama starała się ustabilizować swoje finanse. To oznaczało cięcia wydatków, m.in. na politykę socjalną i usługi publiczne, co musiało doprowadzić do frustracji Brytyjczyków. Koncepcja otwartych granic miałaby rację bytu, gdyby wszystkie kraje UE prosperowały równie dobrze.

Architekci UE zdawali sobie sprawę z tego, że integracja wymaga konwergencji państw członkowskich. Temu służą wewnątrzunijne transfery z zamożniejszych regionów do uboższych, ale też w pewnym stopniu obowiązujące państwa członkowskie limity deficytu i długu publicznego...

Te reguły fiskalne też okazały się jedną z przyczyn fiaska UE. Po pierwsze, penalizują one kraje borykające się z recesją, które powinny prowadzić ekspansywną politykę fiskalną. Po drugie, migracje nie budziłyby może takich napięć, gdyby kraje przyjmujące imigrantów nie były zmuszone zaciskać w tym samym czasie pasa. Co ważne, UE szybciej i wyraźniej uświadomiłaby sobie skalę kryzysu, z którym się boryka, gdyby nie otwarte granice. One sprawiają, że problemy państw pogrążonych w kryzysie wydają się mniej palące, niż są w rzeczywistości. Przykładowo, emigracja ćwierci miliona Greków ograniczyła wzrost bezrobocia w Grecji.

Przyjmijmy, że Brexit rzeczywiście uprzytomni eurokratom, że UE nie działa. Jak powinni zabrać się do jej naprawiania?

Pierwszym krokiem powinno być porzucenie euro. Gdyby nie wspólna waluta, zrównująca koszt kredytu we wszystkich państwach Eurolandu, nie byłoby depresji w Grecji, Hiszpanii i Portugalii ani przedłużającej się stagnacji we Francji i Włoszech. Gdyby te kraje zachowały własne waluty, szybko wróciłyby na ścieżkę wzrostu. W takiej sytuacji nie byłoby zaś wewnątrzunijnych migracji na dużą skalę, a otwarte granice nie budziłyby większych kontrowersji.

Ale z Eurolandu nikogo wyrzucić nie można, a żadne z państw członkowskich nie pali się do powrotu do własnej waluty.

W przypadku Grecji ta niechęć do opuszczenia strefy euro specjalnie mnie nie dziwi. To jest po prostu słabe państwo. Ale silniejsze państwa, jak Włochy czy Francja, po początkowym wstrząsie związanym z powrotem do własnych walut odczułyby wyraźną poprawę koniunktury. To zapoczątkowałoby proces rozpadu Eurolandu, który w mojej ocenie jest nieunikniony.

Członkostwo w strefie euro przyspieszyło spadek kosztu kredytu w krajach południa UE, ale przecież to nie była jedyna przyczyna tego zjawiska. Jak podkreśla były prezes Rezerwy Federalnej Ben Bernanke, na świecie istnieje nadmiar oszczędności, generowany głównie w Azji, który zalał zachodnie rynki finansowe, obniżając rynkowe stopy procentowe.

Zgadzam się, że szybki wzrost zadłużenia sektora prywatnego, którego doświadczyła większość państw Zachodu w latach poprzedzających kryzys, miał podłoże globalne. Proszę jednak zauważyć, że USA, gdzie ten problem też wystąpił, są dziś w znacznie lepszej kondycji niż UE. To efekt tego, że rządu w Waszyngtonie nie wiążą żadne reguły fiskalne. Gdy sektor prywatny ograniczył wydatki i zaczął się oddłużać, wydatki mógł zwiększyć sektor publiczny. A w UE to niemożliwe.

Kolejną kwestią, która mocno dzieli dziś ekonomistów, są nierówności dochodowe i majątkowe. W zasadzie nie ma zgody nawet co do tego, czy one faktycznie się powiększają i czy należy im przeciwdziałać.

To jest poważny problem. Rosnące nierówności są zjawiskiem powiązanym z narastaniem zadłużenia w sektorze prywatnym. Niezależnie od tego, czy zadłużają się firmy czy gospodarstwa domowe, spłata tych zobowiązań i tak w ostatecznym rozrachunku obciąża płace. Moje modele złożonych systemów sugerują, że jeśli nie zahamuje się narastania zadłużenia i nierówności, to konsekwencją będzie załamanie gospodarcze.

CV

Steve Keen, profesor ekonomii na londyńskim Uniwersytecie Kingston. Autor książki „Debunking Economics" z 2001 r. krytykującej tzw. ekonomię głównego nurtu. Będzie jednym z panelistów na Europejskim Forum Nowych Idei, które rozpoczęło się w środę w Sopocie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA