fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka

Koronawirus rozbija światowe łańcuchy dostaw

Z powodu koronawirusa na indonezyjskiej wyspie Sulawesi zamknięto kopalnie niklu, a 43 tys. pracowników Parku Przemysłowego Morawali ma zakaz podróży bez pisemnej zgody.
AFP
Przedłużenia przerwy w pracy fabryk w Państwie Środka obawia się coraz więcej firm. Pękają już skomplikowane łańcuchy dostaw. Agencja ratingowa Moody's ostrzega przed światowym kryzysem.

To nie będzie spokojny tydzień na światowych giełdach. Wprawdzie Chiński Bank Centralny zapowiedział, że w poniedziałek wyda dodatkowe 21 mld dol., aby ograniczyć przecenę juana, bankierzy inwestycyjni, jak Wolfgang Fink z Goldman Sachs, przypominają, że wirusy nie mają długotrwałego wpływu na nastroje inwestorów, a firmy zaopatrujące się w Chinach mają jeszcze zapasy, ale wirus z Wuhan będzie wisiał nad globalną gospodarką. „Koronawirus może być czarnym łabędziem jak żaden inny" – napisała agencja ratingowa Moody's. To wyraz obawy, że mamy do czynienia ze zdarzeniem nieoczekiwanym o daleko idących skutkach. Tym większych, że nie znamy jeszcze na nie lekarstwa. Na razie są straty w ludziach. Firmy liczące na dostawy z Państwa Środka robią się nerwowe.

Czytaj także: Koronawirus będzie kosztował Chiny 60 mld dolarów

Przepraszamy, przerwa

Huawei (i jego marka Honor), Xiaomi, Lenovo, ZTE, Realme i Vivo zaczęły zmieniać terminy dostaw nowych urządzeń. Rosyjscy operatorzy telekomunikacyjni mieli otrzymać od partnerów pisma, że przerywają wysyłki z powodu epidemii koronawirusa, gdyż zmusiło to fabryki do przedłużenia świętowania chińskiego Nowego Roku do 10 lutego.

Chińczycy uprzedzają, że „istnieje prawdopodobieństwo przedłużenia tego terminu". Obecnie medyczni eksperci Państwa Środka twierdzą, że szczyt zachorowań na koronawirusa przypadnie na połowę lutego. Jednak jeszcze w zeszłym tygodniu ci sami eksperci podawali datę 1–2 lutego, po której powinien nastąpić spadek zachorowań.

Czytaj także: Koronawirus uderzył w fabryki smartfonów. Sprzęt może podrożeć

Przedstawiciele Vivo potwierdzili moskiewskiej gazecie „Kommiersant", że z powodu epidemii dostawy wszystkich firm produkujących na terenie Chin przesuną się o około dwa tygodnie.

W 2019 roku w Rosji sprzedano około 30 milionów smartfonów, z czego ponad połowa była wyprodukowana w Chinach. Rosyjski rynek zdominowany jest przez pięć firm: trzy chińskie (Xiaomi, Huawei i jej brand Honor), koreańskiego Samsunga i amerykańskiego Apple'a (w sumie 82 proc. rynku).

Według części rosyjskich ekspertów, jeśli opóźnienia dostaw wyniosą nie więcej niż dwa tygodnie, nie powinno to odbić się na rynku. Przy ich wstrzymaniu do pięciu tygodni powstanie „pewien deficyt", który zamieni się w duży problem wraz z wydłużeniem terminu. Inni są zdania, że jeśli dostaw nadal nie będzie, ceny smartfonów podskoczą o 10–15 proc. już pod koniec lutego.

Czytaj także: Koronawirus: Apple zamyka w Chinach sklepy, zakłady i biura

Wszystko pod warunkiem, że zakłócenia będą dotyczyły tylko firm chińskich. Ale jednocześnie w Moskwie poinformowano, że terminy dostaw zmienia również Apple (koncern do 9 lutego zamyka wszystkie swoje sklepy, biura i zakłady produkcyjne w Chinach). Z powodu epidemii producenci smartfonów zaczęli szukać możliwości przeniesienia produkcji z epicentrum w okręgu przemysłowym Wuhan do innego rejonu Chin, a najlepiej poza kraj.

Apple bez premiery?

Brytyjski „Daily Mail" opisuje „pogłoski", że ofiarą chińskiego wirusa padną dwa flagowe produkty Apple – iPhone SE2 i iPhone 11. Ich produkcja w większości umiejscowiona jest w Chinach, co spowoduje zmniejszenie dostaw iPhone'a 11, a produkcja modelu SE2 może zostać odłożona. Ten ostatni miał być tańszą wersją iPhone'a SE przeznaczoną na rynki rozwijające się. Jego premiera miała się odbyć w I kwartale br., przy jednoczesnym zwiększeniu przez Apple produkcji wszystkich modeli o 10 proc. (do 80 mln sztuk rocznie). – Nie wyobrażam sobie takiego rozwoju wydarzeń, w którym łańcuch dostaw nie zostanie naruszony – powiedział Bloombergowi ekspert Patrick Moorhead o wpływie koronawirusa na cały chiński przemysł i eksport. – Jeśli pojawi się czkawka w dostawach surowców, w produkcji, montowaniu, testach i transporcie, to nastąpi klapa – dodał. Pierwsze w kolejce ofiar zerwania łańcucha dostaw będą Indie, gdzie również produkowana jest znaczna część chińskich smartfonów. – Jeśli epidemia przedłuży się, to produkcja w marcu i kwietniu będzie dużym problemem – powiedział jeden z miejscowych biznesmenów zajmujących się produkcją taniego modelu indyjskiego telefonu komórkowego.

Czytaj także: Koronawirus: LOT zawiesza rejsy do Chin

Kluczowa data

Na razie indyjscy producenci nie okazują oficjalnie niepokoju. Zdążyli zrobić zapasy na czas świętowania chińskiego Nowego Roku. Ale jeśli zamknięcie fabryk będzie się przedłużać, w kłopoty wpadną nie tylko lokalni producenci telefonów, ale także ci światowi. Tajwańskie firmy produkują bowiem w Indiach np. dla Apple'a, chińskiego Xiaomi czy koreańskiego Samsunga. Wszyscy są uzależnieni od dostaw m.in. ekranów telefonów komórkowych czy modułów kamer telefonicznych z Chin. Fachowcy twierdzą, że można próbować zastąpić chińskie produkty dostawami z Wietnamu, Tajwanu czy Korei Południowej. Ale to będzie „ostatnia deska ratunku", wymagająca znacznych zmian w modelach, m.in. w ich designie.

– Jeśli problem przeciągnie się po 10 lutego, to wtedy będziemy mieli prawdziwy kłopot – mówił telewizji Al-Dżazira szef India Cellular and Electronics Association Pankaj Mohindroo.

Kwarantanna dla podróżnych z Chin

Do kraju w niedzielę wieczorem wróciło 30 Polaków przebywających w chińskiej prowincji Hubei. Z uwagi na epidemię koronawirusa, wszyscy po przyjedzie do Polski, zostaną poddani szczegółowym badaniom.

Czytaj także: Amerykańscy piloci domagają się wstrzymania lotów do Chin

Samolot z Polakami na pokładzie w niedzielę po południu wylądował we Francji. Stamtąd mieli być oni przetransportowani wojskowymi samolotami do Wrocławia (gdy zamykaliśmy to wydanie „Rz" samolotu w Polsce jeszcze nie było). Cała operacja powrotu podróżnych miała charakter wojskowy. Wszyscy pasażerowie trafią do wrocławskiego szpitala zakaźnego, gdzie zostaną poddani czasowej kwarantannie. Potrwa ona do czasu, aż badania laboratoryjne nie wykluczą koronawirusa. W praktyce będzie to oznaczać, że w szpitalu spędzą około dwóch dni. Diagnozowanie jest już o tyle łatwiejsze, że od czwartku w Polsce działają dwa laboratoria, które mają utworzoną linię do diagnozowania koronawirusa. Wcześniej próbki były wysyłane za granicę.

Jak wygląda badanie? Lekarze pobierają wymaz z błony śluzowej, najczęściej jamy ustnej, wysyła się to do laboratorium, a tam sprawdza się, czy zawiera geny, które pasują do genotypu wirusa. Wymaz można pobrać w każdym szpitalu.

Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że każda osoba, która wróciła z Chin, w ciągu dwóch tygodni jest monitorowana pod względem epidemiologicznym. Takich osób jest obecnie 500. Jednak do naszej redakcji zgłosiła się studentka z Chin, która twierdzi, że do Polski przyleciała 13 stycznia. Do tej pory nikt ze służb sanitarnych się z nią nie kontaktował.

Jak dotąd polskie laboratoria nie stwierdziły obecności koronawirusa w naszym kraju. Minister zdrowia Łukasz Szumowski podkreśla, że z dnia na dzień badanych próbek jest coraz więcej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA