fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Wenecja: Brutalna logika Dzikiego Zachodu

Bracia Ethan (z lewej) i Joel Coen odczarowują w nowym filmie mit amerykańskiego osadnictwa
AFP
Wenecja 2018: Giganci światowego kina, m.in. bracia Coen i Mike Leigh, mierzą się ze współczesnością poprzez historię.

Świat zmienia się dziś tak szybko, że artyści próbując zrozumieć mechanizmy nim rządzące, coraz częściej sięgają po historyczny kostium.

Nie przypadkiem brytyjski realista Mike Leigh cofnął się o dwa stulecia, by w „Peterloo" przypomnieć wydarzenia w Manchesterze z sierpnia 1819 roku, gdy kawaleria wjechała w nieuzbrojony, całkowicie bezbronny tłum manifestantów domagających się rozszerzenia praw wyborczych. Pokojowy wiec, w którym wzięło udział ok. 60-80 tys. osób, a obok mężczyzn stanęły kobiety z dziećmi – zakończył się masakrą.

Leigh zaproponował dwuipółgodzinną lekcję historii, pokazał pogłębiające się różnice klasowe, narastanie społecznego niezadowolenia, spory polityczne w parlamencie, służalczość miejskich urzędników, zdradę, bezpardonową walkę o kariery. A wreszcie krew na ulicach. Z zapisem politycznych gier na szczycie i zebrań opozycjonistów skontrastował opowieść o prostej rodzinie z Manchesteru i chłopaku, który walczył pod Waterloo, a po powrocie do domu znalazł się w próżni – rozbity przez bitewną traumę, bez pracy i szansy na samodzielne, godne życie. To on stanie się na końcu jedną z ofiar Peterloo. W filmie Mike'a Leigh są dramatyczne sceny, których nie da się zapomnieć. Jest też wielkie ostrzeżenie: gorzka refleksja na temat buty rządzących. Z kolei bracia Coen rozprawiają się z mitami amerykańskiego Dzikiego Zachodu.

— Przez 25 lat pisaliśmy krótkie opowiadania i nie wiedząc co z nimi zrobić, wrzucaliśmy je do szuflady — przyznał na weneckiej konferencji prasowej Joel Coen.

Myśleli o telewizyjnym serialu, ale w końcu zdecydowali, że połączą je w filmie fabularnym. „Ballada o Busterze Scruggsie" składa się z sześciu nowel, z których każda ma własny styl, odrębnych bohaterów, inne plenery. W jednej duch słynnego rewolwerowca, a jednocześnie barda Dzikiego Zachodu unosi się do nieba grając na harfie. W innej w obwoźnym teatrze osobliwości kalekę bez rąk i nóg z zapałem recytującego fragmenty Biblii zastępuje kura z matematycznymi zdolnościami. W jeszcze innej kowboj eskortujący na Zachód kolejne karawany osiedleńców, chce osiąść i założyć rodzinę z osieroconą dziewczyną. W kolejnej odsłonie stary człowiek przekopuje prerię w poszukiwaniu złota. Wszystko razem tworzy niesztampowy obraz, daleki od legendy „W samo południe". I wybrzmiewa współcześnie: jest rewizją historii, ale też refleksją nad chciwością, nietolerancją, przemocą, a nawet masową wyobraźnią i kulturą. Jakby w tych obrazkach z Dzikiego Zachodu Coenowie chcieli szukać przyczyn zapaści dzisiejszego amerykańskiego społeczeństwa.

Jeszcze dalej posunął się w odbrązawianiu amerykańskiego mitu Francuz Jacques Audiard w„Braciach Sisters", swoim pierwszym filmie zrealizowanym za oceanem. Tytułowi bohaterowie są tu płatnymi mordercami, których w kręgi zbrodni wtrąciło życie, nie oszczędzające ich od dzieciństwa. Audiard szuka genezy zła i przewrotnie pokazuje tęsknoty drzemiące na dnie nawet najbardziej zdeprawowanych ludzi.

Bliżej, bo tylko do lat 70. XX wieku cofa się Alfonso Cuaron w „Romie". Meksykański reżyser, który zrobił karierę w Stanach, laureat Oscara za „Grawitację" - podobnie jak jego przyjaciel Paweł Pawlikowski - wrócił do własnego kraju, do korzeni i wspomnień dzieciństwa. W czarno-białym filmie opowiedział o swoim domu i rozwodzie rodziców. Przede wszystkim napisał pełen miłości list do kobiety, która go wychowała – służącej Cleo, pełnej ciepła dziewczyny, która sama przeżyła wielką tragedię. — 90 procent scen tego filmu to obrazy, które wysupłałem z pamięci — przyznaje Cuaron, dodając że zdjęcia robił w miejscach, o których opowiada.

Na ekranie odbija się tu Meksyk z jego społecznymi podziałami, rewolucją toczącą się na ulicy, jednak przede wszystkim „Roma" jest opowieścią o potrzebie miłości, o solidarności kobiet, o smakach, zapachach i kolorach dzieciństwa, które zostają w człowieku na zawsze. Piękne, wzruszające, ponadczasowe kino.

Nie brakuje również na weneckim ekranie mocnych obrazów współczesności. Przywieźli je na Lido m.in. dwaj Francuzi. Oliver Assayas w utrzymanym w stylu Woody'ego Allena „Podwójnym życiu" rysuje portret paryskiej elity intelektualnej – wyzwolonej, tolerancyjnej, ale przecież boleśnie zderzającej się z nowymi trendami kultury: soap-operami, spłaszczającym wszystko Twitterem, umieraniem tradycyjnego rynku książki i głębszej refleksji nad rzeczywistością. Zupełnie inny świat pokazuje David Oelhoffen w „Bliskich wrogach", których akcja toczy się wśród marokańskich gangów narkotykowych, gdzie liczy się dostawa kokainy, wielki pieniądz, a na pewno nie ludzkie życie.

„Weneckie" filmy o różnych obliczach historii i współczesności tworzą niezwykły melanż. Przypominają, że kino to coś więcej niż hollywoodzka rozrywka, ekranizacje komiksów i kolejne części opowieści o chłopcach zbawiających świat.

Barbara Hollender z Wenecji

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA