Film

Terry Gilliam: Życie bywa skeczem

Jonathan Pryce w filmie „Człowiek, który zabił Don Kichota”. Od piątku na ekranach
DiegoLopezCalvin
Terry Gilliam. Współtwórca Monty Pythona mówi Barbarze Hollender o Don Kichocie – bohaterze nowego filmu – i o żartach, które stają się rzeczywistością.

Rz: „Don Kichot" towarzyszył panu przez prawie 30 lat. Próbował pan zdobyć na ten film pieniądze. Zmieniali się producenci, obsada, scenariusze. Dzisiaj „Człowiek, który zabił Don Kichota" wchodzi na ekrany. Czuje się pan uwolniony czy samotny?

Terry Gilliam: Uwolniony? Nie, bo rozmawiam z panią, z innymi dziennikarzami, z widzami. Jeżdżę z „Don Kichotem" na festiwale i premiery w kolejnych krajach. Potrwa to jeszcze co najmniej pół roku. A samotny? Też nie. Mogę być sam, ale nigdy nie czuję się samotny. Zbyt wiele ciekawych spraw i ludzi jest wokół.

„Człowiek, który zabił Don Kichota" jest pewnie innym filmem niż ten, który powstałby ćwierć wieku temu.

W pierwszej produkcji Johnny Depp miał cofać się w czasie do XVII w. Teraz zdecydowałem się akcję osadzić we współczesności. Bohatera Cervantesa zastąpił mężczyzna, który kiedyś Don Kichota zagrał i wyobraża sobie, że naprawdę nim jest. To zmniejszyło budżet i ułatwiło zdjęcia, bo nie trzeba było likwidować napisów na ulicach, zakrywać trakcji elektrycznych i zdejmować talerzy do odbioru satelitarnego. Ale myślę, że zmiana wyszła na dobre filmowi.

Dzięki temu opowiada pan o nas wszystkich. O zwariowanym świecie, wartościach, które zgubiliśmy, ale i o tym, że warto realizować marzenia.

Chciałem zrobić film o sile czytania. O sile sztuki i oczywiście kina. I o odpowiedzialności tych, którzy robią filmy. Ich dzieła mogą inspirować ludzi, ale też mogą niszczyć. Dlatego bohaterem uczyniłem reżysera. Zresztą myślę, że z upływem lat scenariusz stawał się coraz bardziej autobiograficzny.

Pokazał pan, jak uprawianie sztuki zmienia człowieka. A pana kino zmieniło?

Nie wiem, ale na pewno pozwoliło mi robić to, o czym zawsze marzyłem. Dało środki, które pozwoliły zagospodarować moją wyobraźnię.

Wyobraźnia to znak szczególny całej pana twórczości. Choć przerażenie ogarnia, że pełne absurdu skecze, jakie wymyślaliście w Monty Pythonie, dzisiaj stają się rzeczywistością.

Przewidzieliśmy to, co się dzieje. Nakręcone ćwierć wieku temu „Żywot Briana" jest filmem proroczym. Często też słyszę pytanie, jak wtedy wymyśliliśmy Trumpa. A świat w gruncie rzeczy nie zmienił się tak bardzo. I ludzie też nie są zupełnie inni, tylko nasza wolność została bardziej ograniczona, pozwoliliśmy wyjść na światło dzienne demonom, które przedtem nie miały takiej siły. Dlatego wciąż staram się odnaleźć w życiu humor. Pokazywać absurdy.

Myśli pan, że w trudnym czasie humor i wyobraźnia mogą nam pomóc?

Bez nich bylibyśmy trupami. Musimy próbować odnaleźć się pomiędzy Don Kichotem i Sancho Pansą. Jeden z nich jest realistą, drugi szalonym marzycielem. Ludzie zawsze mówią o Don Kichocie, a on sam nie jest żadnym tematem, tak jak sam Sancho Pansa. Każdy z nich osobno nie byłby materiałem na film. Dopiero razem tworzą historię godną opowiedzenia.

A którym z nich jest pan?

Wierzę, że mam ich obu w sobie.

Wyjechał pan z Ameryki w 1967 r. Dziś jest pan obywatelem brytyjskim. Ale teraz również Europa, podobnie jak Ameryka, staje się pełna niepokoju.

Ktoś otworzył puszkę Pandory, szaleństwo się wylało. Jestem szczęśliwy, że żyję z dala od Ameryki, ale Anglia też ostatnio wariuje. Ten cały brexit! Czytam codziennie gazety i czuję się tak, jakbyśmy zeszli z bezpiecznej ścieżki. Kompletny absurd. Wpadliśmy w pułapkę i nie jesteśmy w stanie z niej wyjść. Ani się zatrzymać. Wielka Brytania zbliża się do skraju przepaści. Coraz więcej ludzi uważa, że powinno dojść do kolejnego referendum, że trzeba coś robić. Kompletny pat. A w Stanach jest jeszcze gorzej, obywatele stracili głos, Trump wywołał totalny chaos. Prezydent wszystkie ważne pozycje obsadza wyłącznie konserwatystami. Facet odpowiedzialny za ochronę środowiska nie wierzy w zmiany klimatyczne. Czy to nie jest skecz z Monty Pythona?

Skoro Europa też się zmienia, to dokąd teraz pan ucieknie?

Będę uprawiał swój ogródek jak Wolterowski Kandyd. Moje pokolenie jest wypalone. Dzisiaj ważniejsza jest młoda generacja. To ona musi poważnie myśleć o przyszłości. Walczyć o nią.

Ze względu na nią daje pan w swoich filmach nadzieję?

Ja sam nie jestem już optymistą. Jednak wiem, że potrzebujemy Don Kichotów, ludzi, którzy może są szaleni, lecz ich wersja świata jest piękniejsza od tej, w której żyjemy. Młodzi szybko rzeczywistości nie zmienią, czeka ich bardzo długa droga. Ale muszą próbować.

A co pan teraz zamierza robić?

Obserwować świat. Może dlatego lubię podróżować. Mam dość patrzenia na dzisiejszą rzeczywistość przez pryzmat Wielkiej Brytanii. Ciekawi mnie ta część Europy. Chętnie odwiedzam Polskę, lubię pracować w Pradze, Bukareszcie. Tu wszystko szybko się zmienia i macie do opowiedzenia niejedną historię. Jeśli chodzi o plany zawodowe, to przez ostatnie ćwierćwiecze, kończąc kolejne filmy, myślałem: „Teraz muszę zabrać się do »Don Kichota«". Dziś, chyba pierwszy raz w życiu, nie mam jeszcze żadnego konkretnego pomysłu.

Szewc wierzy, że jest rycerzem

„Człowiek, który zabił Don Kichota" nie jest ekranizacją powieści Miguela Cervantesa. To współczesna wariacja na jej temat. Reżyser reklamówek wraca po dziesięciu latach do wioski, gdzie jako student kręcił film o Don Kichocie. Spotyka starego szewca, który kiedyś grał rycerza z La Manchy i w końcu uwierzył, że jest nim naprawdę. Terry Gilliam zrobił zatem film o sile marzeń. Ale też o dzisiejszym świecie i odpowiedzialności artystów rozbudzających w ludziach ambicje i pragnienia, które mogą ich życie zbudować albo zniszczyć.

Świetne kreacje tworzą w tym filmie Adam Driver jako reżyser oraz Jonathan Pryce w roli szewca-Don Kichota. Obu łączy seria zwariowanych przygód. Urzekają pejzaże Hiszpanii rejestrowane kamerą Nicoli Pecorini. Przede wszystkim jednak zachwyca energia współtwórcy „Latającego cyrku Monty Pythona", który znów pozwala zaszaleć własnej wyobraźni i porywa widza swoją wizją świata. „Jakim nudnym miejscem byłby świat bez Terry'ego Gilliama" – napisał Peter Bradshaw z „Guardiana". Trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem.  —bh

Sylwetka

Terry Gilliam, reżyser, scenarzysta

Ur. w 1940 r. w Minneapolis, od 1968 r. obywatel brytyjski. Współtwórca „Latającego cyrku Monty Pythona" początkowo jako autor animacji, potem pełnoprawny członek grupy. Samodzielnie reżyser takich filmów, jak „The Fisher King", „Brazil", „12 małp", „Las Vegas Parano". Występuje też jako aktor.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL