fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

„Ciemno, prawie noc”: Kryminał to trudny gatunek kina

„Ciemno, prawie noc” od piątku w kinach
kino
„Ciemno, prawie noc” to jedna z najbardziej oczekiwanych polskich premier obecnego sezonu.

Barbara Hollender: Udana ekranizacja nagrodzonej powieści

„Ciemno, prawie noc" to film trudny, wymagający od widza wrażliwości i inteligencji. Ale prawdziwie intrygujący.

Podobno łatwiej adaptuje się dla kina słabą literaturę. Ta ambitna jest zwykle nieoczywista, często nielinearna, koncentruje się nie na akcji, lecz na wewnętrznym świecie bohaterów, ma w sobie tajemnicę i pozostawia duży margines do własnych interpretacji. Dlatego przeniesienie na ekran wyróżnionej Nagrodą Nike powieści Joanny Bator „Ciemno, prawie noc" wydaje się niemal niemożliwe.

A jednak Borys Lankosz, reżyser znakomitego „Rewersu" i kryminału z mocnym społecznym tłem „Ziarna prawdy", dał radę. Jego film – oscylujący między baśnią, thrillerem i horrorem – wciąga, niepokoi, intryguje.

Bohaterka, Alicja Tabor, wraca w rodzinne strony, by napisać reportaż o dzieciach, które giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Rozmawia z ich rodzinami, widzi alkoholizm, oziębłość, jest świadkiem dziwnych rzeczy, które dzieją się w mieście. Ale też musi się zmierzyć z przeszłością – nie tylko tą wojenną, która wciąż kołacze się w pamięci miasta, ale i z tragediami, które przez lata z siebie wypierała.

Wracają do niej wydarzenia z przeszłości: samobójstwo siostry, śmierć matki, dziwna relacja w ojcem. W szaro-ciemnoburym Wałbrzychu kobieta przekracza kolejne wrota piekieł i tajemnicy. Są tu wojenne gwałty, ból, pedofilia, ale też opowieść o macierzyństwie. Są różne plany: współczesność, przeszłość i odrywająca się od rzeczywistości bajka o duchach, które stale krążą wokół nas. Są: mrok i refleksja nad naturą zła przechodzącego z pokolenia na pokolenie, nad dziedziczeniem traumy.

Ktoś, kto został zarażony przemocą, będzie nią zarażał innych. Ale jest też walka dobra ze złem – baśniowych „kociar" i „kociojadów". Próba odkrycia i wyartykułowania skrywanej traumy, bo tylko tak można się od niej uwolnić. Krzyk, że nie można się godzić na nienawiść, przechodzić obojętnie obok krzywdy innych. I jest nadzieja. Próba przerwania kręgu zła podjęta przez Alicję.

Z bogatej prozy Joanny Bator twórcy filmu nie mogli zaczerpnąć wszystkich wątków, skupili się więc na historii reporterki, mieszając realizm z baśniową magią. Stworzyli film nienależący z pewnością do linearnie opowiedzianych kryminałów. Wszystko tu jest skomplikowane i owiane tajemnicą. Ale przecież chodzi właśnie o tę atmosferę niepokoju, o zbudowanie mostu między przeszłością i dniem dzisiejszym, pokonanie strachu i wiarę, że trzeba być wiernym swoim wartościom.

Borys Lankosz już w poprzednio udowodnił, że potrafi dobrze obsadzać aktorów. W „Ciemno, prawie noc" znakomitą kreację tworzy Magdalena Cielecka. Staje się świadkiem przemocy i zła, ale jednocześnie jest człowiekiem, który godzi się na zapłacenie wysokiej ceny, by się im przeciwstawić. Jej oszczędna i inteligentna kreacja czyni film wyrazistym. Przekonują też inni wykonawcy: Dorota Kolak, Agata Buzek, Marcin Dorociński, Jerzy Trela, Piotr Fronczewski – wszystkich trudno wymienić. Mroczny klimat budują zdjęcia Marcina Koszałki. A nad wszystkim unosi się kunszt oryginalnej prozy Joanny Bator. Naprawdę inspirujący film dla myślącego, wrażliwego widza.

Małgorzata Piwowar: Kilka ładnych scen nie składa się w całość

Po pięciu latach przerwy Borys Lankosz nakręcił film. Wymyślony według podobnego konceptu jak poprzedni. I równie nieudany.

Nagrodzona Nike powieść „Ciemno, prawie noc" Joanny Bator to wielogłosowa historia o zmaganiu dobra ze złem. Zmieszana z kryminalną intrygą i onirycznym klimatem jest pojemnym workiem, z którego można czerpać. Pytanie, czy warto. Ale właśnie możliwość wyciągnięcia z owego worka różnych elementów najwyraźniej skłoniła Borysa Lankosza do ekranizacji tej powieści.

Tak jak w przypadku poprzedniego jego filmu „Ziarno prawdy" proporcje zostały ściśle wyliczone przed rozpoczęciem zdjęć. Wiara, że atrakcyjne składniki zsumują się w atrakcyjny efekt, jest – jak się po raz kolejny okazuje – złudna. Tak więc zlepione w całość: nagrodzona powieść, topowi polscy aktorzy, urokliwe zdjęcia, nastrojowe, piękne krajobrazy, intryga zahaczająca o legendę (nawet ze skarbem w tle), szczypta ponurej historii oraz kontrowersyjne tematy łamiące tabu – zamiast dać przeżycia skłaniające do zadumy, rodzą pytania, po co i dla kogo ten film.

Co gorsza, te wątpliwości zaczynają się pojawiać już w trakcie seansu. Jest na to czas, bo wiele scen ciągnie się niemiłosiernie, w zamierzeniu stwarzając nastrój, ale w rezultacie nie dodając niczego do filmowej narracji. Reżyserowi trudno się zdecydować, o czym właściwie opowiada, choć wszystkie sceny zostały starannie przemyślane.

Zaczyna się jak w thrillerze, gdy główna bohaterka (Magdalena Cielecka) po długiej podróży pociągiem wysiada w środku nocy na peronie i idzie piechotą do rodzinnego opustoszałego domu. Kiedy na koniec filmu z niego wyjeżdża, wsiada do samochodu, który nie wiadomo skąd się pojawił.

Potem sytuacja się gmatwa – bohaterka wkracza w zawiłe i ponure meandry rodzinnej historii (dramat psychologiczny), zbiera materiały do reportażu o zaginionych dzieciach, poszukuje ich (kryminał), ma romans z Marcinem Dorocińskim (melodramat)...

Analiza całości nie ma sensu, bo też nie ma go cały film. Reżyser nie potrafił dokonać wyboru, co jest dla niego najważniejsze. Zwiodła go być może uroda wyobrażonych poszczególnych scen – gdy na przykład Magda Cielecka uprawia jogging na leśnej ścieżce w blasku słonecznych promieni, czy świetnie zagrane, ale bardzo teatralne i przerysowane aż do groteski epizody z Krystyną Tkacz lub z Piotrem Fronczewskim. Takie pomysły zakłócają narracyjny tok, którego centrum jest jednak główna bohaterka dociekająca mrocznej historii swojej i swojej rodziny.

Sceny z teraźniejszości i z przeszłości mieszają się raz po raz, tworząc światy równoległe, a nie spójną opowieść podporządkowaną głównej narracji. Wątpliwości budzi też na poły baśniowy, na poły powodujący ciarki na plecach świat „kociar", „kotojadów" oraz krzywdzonych dzieci, ponieważ sięga rejonów wynaturzeń.

Nie chodzi o to, że perwersje nie zdarzają się. Oczywiście, bywają. Tylko eksponowanie ich dosłowności (nawet w sposób poetycki) dla samego pokazania niczemu nie służy. A już scena karmienia piersią przez matkę dorosłego syna jest tyleż szokująca, co zabawna.

Szkoda świetnych aktorów i czasu widzów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA