fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Ewolucja Stevena Spielberga. Od Szczęk do Czwartej Władzy

Nominowana do Oscara Meryl Streep oraz Tom Hanks jako właścicielka i redaktor naczelny „The Washington Post” w filmie „Czwarta władza”
materiały prasowe
Wizjoner kina Steven Spielberg od pewnego czasu zmienił się w moralizującego nauczyciela historii. A nawet najlepszym filmowcom zdarza się prawić zacne banały. Tak jest w jego najnowszej „Czwartej władzy", która wchodzi na nasze ekrany.

Pomimo 71 lat nie zwalnia ani na chwilę. Reżyseruje, produkuje, pisze i czyta scenariusze, które trafiają do jego wytwórni DreamWorks. Średnio raz na rok pokazuje nowe dzieło, stosując logikę dwupolówki – obraz dla dorosłych na zmianę z filmem dla najmłodszych. Do polskich kin weszła właśnie jego oscarowa „Czwarta władza", nominowana w kategoriach najlepszy film roku i najlepsza aktorka (Meryl Streep). A już w kwietniu będzie można obejrzeć kolejną jego produkcję – młodzieżowy film akcji „Player One" na podstawie bestsellerowej powieści science fiction Ernesta Cline'a.

W latach 90. jego nazwisko stanowiło wręcz synonim kina. Już na początku kariery uznano go za cudowne dziecko Hollywood, bo pierwszy hit – „Szczęki" – nakręcił w wieku 28 lat. Kinematografii uczył się nie w szkole filmowej, ale pracując dla studia Universal. Kręcił seriale (m.in. „Columbo") i filmy telewizyjne („Pojedynek na szosie"). Kolejne sukcesy dały mu przepustkę do wielkich budżetów. Rewolucjonizował każdy gatunek filmowy, którego się dotknął. Nowatorskim językiem zmienił bieg historii kina co najmniej parokrotnie. Odmienił kino grozy („Szczęki"), odświeżył filmy przygodowe (seria o Indiana Jonesie), zapoczątkował nową narrację w science fiction („E. T." i „Bliskie spotkania trzeciego stopnia"), wprowadził do hollywoodzkiego mainstreamu historię Holokaustu („Lista Schindlera"), wstrząsnął realizmem kina wojennego („Szeregowiec Ryan") i był akuszerem cyfrowych technologii („Jurassic Park").

Sam również zmieniał się jako twórca pod wpływem osobistych doświadczeń i upływających lat. I chociaż w ostatnim czasie zdarzało mu się zaliczyć finansową klapę jak w przypadku dziecięcego „Bardzo fajnego giganta" (2015), który kosztował 140 mln dolarów, a zarobił w USA zaledwie 55 mln, to zwykło się uważać, że Spielberg nie robi złych filmów. Ale czy wizjonerski twórca „Parku Jurajskiego" i „Szeregowca Ryana" może nas jeszcze czymś zaskoczyć?

Samorodny talent

To „jeden z najbardziej fenomenalnych debiutów w historii kina" – pisała o „Sugarland Express" w 1974 r. Pauline Kael, bodaj najsłynniejsza amerykańska krytyczka filmowa. Uznała, że debiutant ma wrodzony instynkt. „Myśli kamerą" – powtarzano o Spielbergu wielokrotnie i wystarczy wziąć jego pierwszy film z brzegu, by znaleźć przykłady potwierdzające te słowa. Kamera podążająca za akcją, ruchem i bohaterami to jego znak firmowy. Zmieniające się plany, długie jazdy i zbliżenia, a wszystko to zrealizowane z gracją i płynnością, przypominające naturalną pracę ludzkiego oka.

Ale pochwała debiutanta to tylko jedna strona medalu, bowiem Pauline Kael jednocześnie wyrażała zaniepokojenie. Czy jest w tym jakaś głębia poza warsztatową zręcznością? – pytała. Czy Spielberg ma duszę artysty jak Martin Scorsese? To pytanie powracało często. W dokumentalnym filmie autorstwa Susan Lacy wyprodukowanym w 2017 r. przez HBO i zatytułowanym po prostu „Spielberg" on sam odnosi się do wątpliwości, które jako pierwsza wyraziła Pauline Kael: – Miała absolutną rację. Nie byłem jeszcze dojrzałym filmowcem. Dopiero miałem się nim stać – mówi. W innym fragmencie dokumentu dodaje, że nie jest typem twórcy analizującego wszystko intelektualnie: – Wielu rzeczy, o których opowiadam obrazem, nie potrafiłbym wyrazić słowami. Działam intuicyjnie (...) Bałbym się wręcz, że gdybym zaczął zadawać sobie drobiazgowe pytania i analizować, zgubiłbym sedno przekazu.

Krytycy często dostrzegali w jego filmach rzeczy, które jemu nigdy nie przyszłyby do głowy. Pierwszy pełnometrażowy film „Pojedynek na szosie" (1971) opowiadał o mężczyźnie, którego w trakcie jazdy po autostradzie zaczyna ścigać kierowca ciężarówki. Krytycy uznali to za metaforę niepewnej siebie męskości, nadwyrężonej przez feminizm i rewolucję seksualną. Zaś w Europie lewicowi krytycy interpretowali walkę głównego bohatera z psychopatycznym tirowcem jako symboliczne starcie marksizmu i kapitalizmu. Sam Spielberg dystansował się wobec ideologicznej nadbudowy, tłumacząc, że „Pojedynek na szosie" był tylko odbiciem szykan, których jako chuderlawy chłopak doświadczał w dzieciństwie.

Po „Pojedynku na szosie" (1971) i „Sugarland Express" (1974) przyszedł czas na „Szczęki" (1975), po których mógł dowolnie wybierać projekty, które chce realizować. To rzadki luksus w Hollywood, tym bardziej przed trzydziestką.

Wszedł do filmowej ekstraklasy i zaczął się przyjaźnić ze starszymi kolegami, którzy zrewolucjonizowali amerykańskie kino. Było to pokolenie buntowników, którzy połączyli amerykańskie tradycje filmowe z oryginalnymi nurtami europejskiego kina, m.in. Francis Ford Coppola, Brian De Palma, Martin Scorsese i George Lucas. Pokazywali sobie nawzajem filmy i razem imprezowali, ale Spielberg stronił od używek. Za to zawsze był tam, gdzie dokonywała się historia kina. Podnosił na duchu George'a Lucasa, gdy koledzy skrytykowali jego „Gwiezdne wojny" (1977) po roboczej projekcji materiału bez wmontowanych efektów specjalnych. Pomagał Brianowi De Palmie na planie „Człowieka z blizną" (1982), jako drugi reżyser inscenizował finałową strzelaninę w willi Tony'ego Montany.

Psychoterapia na planie

Każdy kolejny film przynosił mu więcej nagród i pieniędzy. Za „Bliskie spotkania trzeciego stopnia" (1977) był po raz pierwszy nominowany do Oscara w kategorii reżyseria. Został pierwszym twórcą w historii, którego filmy zarobiły miliard dolarów. Obecnie szacuje się, że jego 30 kinowych produkcji zarobiło już 10 miliardów dolarów, a sam Spielberg jest jednym z najbogatszych ludzi w Hollywood. „Forbes" wycenił jego majątek na 3,4 miliarda. Tylko jeden reżyser w Ameryce jest bogatszy – jego przyjaciel George Lucas z majątkiem wartym ponad 5 miliardów.

Wraz z sukcesami komercyjnymi nie stawał się bezdusznym wyrobnikiem. Przeciwnie, z roku na rok kręcił coraz bardziej osobiste filmy. „Bliskie spotkania..." stanowiły odbicie jego rodzinnych doświadczeń, w szczególności rozstania rodziców. Matka 14-letniego wówczas Stevena zostawiła ojca i związała się z jego przyjacielem. Życie – trochę jak w filmach Spielberga, któremu często zarzuca się patetyczne happy endy – dopisało po latach szczęśliwy epilog, bo rodzice zeszli się z powrotem i dziś są parą zgodnych emerytów. „E.T." (1981) to opowieść o rodzinie, w której brakuje ojca. „Imperium słońca" (1987), inspirowany autobiograficzną powieścią J. G. Ballarda o chłopcu przebywającym w japońskim obozie jenieckim, sam Spielberg określił mianem historii dziecka, które w przyspieszonym tempie musiało dorosnąć. Nakręcił ten film, gdy rozstawał się z pierwszą żoną, aktorką Amy Irving. Musiał zmierzyć się z wyrzutami sumienia, że skazał swego syna Maxa na przeżywanie tego, co on sam doświadczył w młodości. Filmy familijne do dziś stanowią najczulszy punkt jego twórczości. Jak mówi, zastępowały mu psychoterapię i pewnie dlatego nigdy na nią nie poszedł. Życiowe problemy przepracowywał na planie filmowym.

Pierwszy poważny zakręt w karierze przyszedł w 1979 r. wraz z porażką komedii wojennej „1941". – Działaliśmy w myśl zasady, że im więcej wybuchów, tym będzie śmieszniej – wspomina. – Tymczasem po premierze poczułem się jak zbrodniarz wojenny. Wszyscy znęcali się nad tym filmem, a ja byłem zdruzgotany.

Wtedy z pomocą przyszedł George Lucas. Opowiedział mu pomysł na film o awanturniczych przygodach archeologa. Spielberg zgodził się bez wahania. Tak przynajmniej brzmi legenda o powstaniu „Poszukiwaczy zaginionej arki" (1981), pierwszego filmu o Indianie Jonesie. Za jego sprawą Spielberg stał się na powrót ulubieńcem widzów i producentów.

Disney i zagłada

Nie wszystkim jednak podobało się to, co robili Spielberg z Lucasem. Ta sama Pauline Kael, która po debiucie namaściła Spielberga na nowego Howarda Hawksa, w latach 80. ciskała w jego stronę gromy, pisząc, że Spielberg i Lucas mieli talent i możliwości, by zmienić Hollywood, by tworzyć zaangażowane, inteligentne kino, a tymczasem wolą uprawiać „ezoteryczną pulpę", traktując kino niczym pracownicy działu sprzedaży. Tego rozczarowania nie zmieniły nawet późniejsze zaangażowane filmy Spielberga, choćby „Kolor purpury" (1985) na podstawie nagrodzonej Pulitzerem powieści feministycznej Afroamerykanki Alice Walker, czy opowiadający o historii niewolnictwa „Amistad" (1997). Dla Pauline Kael i zapatrzonych w nią kolejnych pokoleń krytyków Spielberg pozostanie na zawsze zmarnowanym talentem, potrafiącym jedynie „naciskać guziki" melodramatycznych emocji u widzów.

W latach 70. i 80. był zaś dla Amerykańskiej Akademii Filmowej twórcą zbyt popularnym i komercyjnym. Dopiero w latach 90., po zrealizowaniu „Listy Schindlera" (Oscar za reżyserię i za najlepszy film) zaczęto patrzeć na niego przychylniejszym okiem. Później dostał jeszcze Oscara za reżyserię „Szeregowca Ryana" (1998), ale już statuetkę za najlepszy film jakby na złość wręczono producentom rywalizującego z nim i ewidentnie słabszego „Zakochanego Szekspira".

Dzisiaj otwarcie mówi się, że kino Spielberga, podobnie jak to miało miejsce w latach 80., nie ma szans na Oscary. Jego filmy są zbyt "białe", mainstreamowe i tradycyjne. Nawet wtedy, gdy opowiadają o modnych tematach rasizmu i niewolnictwa, jak choćby „Lincoln" z 2012 r. W taki sposób w styczniowym numerze „The New York Timesa" komentowano skromną liczbę nominacji do Oscara oraz marne widoki na tę nagrodę za „Czwartą władzę".

Spielbergowi nigdy zresztą nie było po drodze z krytykami. Zarzucano mu też, że opowiadając o rasizmie, niewolnictwie czy Holokauście, używa języka rodem z animacji Disneya, kompletnie nieprzystającego do powagi, ciężaru i tragizmu opowiadanej historii, z obowiązkowym happy endem. Po „Liście Schindlera" europejscy badacze Holokaustu, na czele z twórcą filmu dokumentalnego „Shoah", Claude'em Lanzmannem, ukuli wręcz termin „disneizacji Zagłady" na określenie tego, co rzekomo zrobił Spielberg w swoim oscarowym dziele. Reżyser zarzuty te od lat znosi ze stoickim spokojem. Cały zysk z „Listy Schindlera" przeznaczył na założenie Fundacji Shoah, która zajmuje się m.in. dokumentacją świadectw z Holokaustu, ale też innych ludobójczych tragedii (np. w Rwandzie i Bośni). Spielberg pochodzi z ortodoksyjnej rodziny żydowskiej i chociaż przez długi czas wypierał ze swojego życia religię i żydowską tradycję, po latach do niej wrócił i dziś deklaruje się jako wierzący w Boga. Prowadzi także niezwykle rodzinne życie. Z drugą żoną, aktorką Kate Capshaw jest już prawie 30 lat i wychowali szóstkę dzieci: trójkę biologicznych, córkę z pierwszego małżeństwa Capshaw oraz dwójkę adoptowanych.

Rekonstrukcje historyczne

Spielberg zrobił kolejny historyczny film traktujący o wartościach demokratycznej Ameryki zawierających się w triadzie: wolność, sprawiedliwość i solidarność. O solidarności traktował „Szeregowiec Ryan". Drogę do sprawiedliwości nakreślały „Amistad", „Lincoln" i „Most szpiegów". „Czwarta władza" opowiada o wolności słowa i mediów.

Historia dotyczy afery zwanej Pentagon Papers, która poprzedziła Watergate i polityczny upadek prezydenta Nixona. Rzeczone „papiery" Pentagonu to wewnętrzny raport departamentu obrony, sporządzony po kilkunastu latach zaangażowania wojskowego USA w Indochinach. Na siedmiu tysiącach stron przeprowadzono bilans zysków i strat konfliktów zbrojnych w Korei i Wietnamie. Tych drugich było oczywiście więcej. Raport miał być źródłem wiedzy dla przedstawicieli amerykańskiej administracji wojskowej. Jednak wyciekł i trafił do redakcji „The New York Timesa", który w 1971 r. zaczął publikować zawarte w nim dane i wnioski, w jednoznaczny sposób wskazujące, że kolejni prezydenci oraz ich urzędnicy okłamywali opinię publiczną. Rozwścieczony prezydent Nixon kazał rozpętać batalię sądową przeciwko „Timesowi". Sąd nakazał wstrzymanie publikacji raportu, uznając jego upublicznienie za potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju.

Fabuła „Czwartej władzy" rozpoczyna się w momencie, gdy dziennikarze marginalnego w latach 70. dziennika „The Washington Post" jako drudzy docierają do raportu. Publikować czy nie publikować? – zastanawiają się naczelny i właścicielka tytułu, znajdująca się w podwójnie niewygodnej sytuacji, bowiem „Post" właśnie wchodził na giełdę i ewentualne kontrowersje wokół gazety mogły doprowadzić do finansowej ruiny pisma. Rozsądek podpowiadał, że nie warto iść na wojnę z władzą wykonawczą i sądowniczą. Na drugiej szali znalazła się wolność mediów. Przy okazji „The Washington Post" dostał szansę zabłyśnięcia na krajowym rynku medialnym jako redakcja, która nie ugięła się przed sądowym szantażem.

Właścicielkę gazety Kay Graham gra Meryl Streep. W redaktora naczelnego Bena Bradleego wcielił się Tom Hanks. Za zdjęcia odpowiada nasz rodak Janusz Kamiński, pracujący ze Spielbergiem od czasów „Szeregowca Ryana", a muzykę tradycyjnie skomponował dla niego John Williams. Zespół współpracowników jest u Spielberga niemal zawsze ten sam. Tylko obsada się zmienia i to również nie zawsze, bo przecież już piąty raz u tego reżysera wystąpił Tom Hanks.

„Czwarta władza" to znakomicie wyreżyserowany teatr telewizji, hollywoodzka wersja sceny faktu czy wręcz filmowa rekonstrukcja historyczna z oczywistymi odniesieniami do prezydentury Donalda Trumpa postrzeganej przez sprzyjające Demokratom Hollywood jako dopust boży. To także opowieść o kryzysie mediów, zarówno finansowym, jak i jakościowym, gdy coraz trudniej odróżnić gazetę od brukowca, a dziennikarze chodzą pod rękę z politykami. To kino świetnie zagrane, zwłaszcza przez Meryl Streep. Aktorka wcieliła się w postać wdowy po właścicielu gazety, która po samobójstwie męża zostaje obarczona rodzinnym interesem medialnym. Jej pozycja jest tym trudniejsza, że otaczający ją mężczyźni nie wyobrażają sobie kobiety na stanowisku decyzyjnym. Jest im potrzebna tylko po to, by zjednywać inwestorów na bankietach. To więc historia kobiety, która rządzi formalnie, ale w praktyce jest dystansowana przez protekcjonalny męski świat. Dlatego próbuje rozbić szklany sufit i stawia wszystko na jedną kartę. Stereotypowe role się zamieniają: kobieta ryzykuje i gra va banque, a mężczyźni odwołują się do rozsądku i chcą zachować status quo.

Staroświecka rewolucja

Czwarta władza" jest przykładem kina zaangażowanego społecznie i politycznie, ale jednocześnie stanowi produkt intelektualnie niskokaloryczny. Scenariusz nie pozostawia niedopowiedzeń. Nie ma wątpliwości, kim tak naprawdę jest wybuchowy i chamski prezydent Nixon. Podobnie jak w „Lincolnie" oraz „Moście szpiegów", zamiast realizować pełnokrwiste kino, Spielberg przeprowadza lekcję wychowania obywatelskiego. Ironia i przewrotność, a także wiele nieoczywistych pytań, które zadawał we wcześniejszych filmach, wyparowały. A przecież w „Szeregowcu Ryanie" opowiadał o bohaterstwie i solidarności, a jednocześnie zostawiał widza z gorzką wątpliwością: czy życie ośmiu ludzi może być cenniejsze niż los jednostki? W „Lincolnie" pokazywał krwawą cenę zniesienia niewolnictwa, jaką zapłaciła Ameryka w wojnie secesyjnej. Nawet w pozornie lekkim „Złap mnie, jeśli potrafisz" (2002) kazał nam sympatyzować z oszustem, błyskotliwie zagranym przez Leonarda DiCaprio. A w „Monachium" (2005), jednym z najlepszych i najbardziej przenikliwych filmów w karierze, Spielberg odważnie wszedł na pole minowe bliskowschodniego konfliktu i pokazał, że w wojnie pomiędzy Izraelem a Palestyną nie będzie zwycięzców, tylko sami przegrani. Podobnie jak w amerykańskiej „wojnie z terrorem", bo przecież o tym, między słowami, traktował ten film. Natomiast w „Czwartej władzy" wszystko jest zacne i jednoznaczne. Recepty na kryzys są proste niczym hasła na transparentach podczas pikiety pod Białym Domem, a teza, że walka w obronie wolności słowa przynosi broniącym splendor i w wymiarze ekonomicznym może się opłacić, brzmi naiwnie jak z bajki.

Tę obywatelską katechezę ratują fantastyczni aktorzy: niezawodna Meryl Streep i Tom Hanks. Daje też o sobie znać reżyserski geniusz Spielberga – każda scena jest perfekcyjnie zainscenizowana, a dobrze skonstruowany scenariusz błyskawicznie pcha akcję do przodu. 115 minut upływa w mgnieniu oka. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że „Czwarta władza" to kino zaskakująco staroświeckie, co jest największym rozczarowaniem w przypadku notorycznego rewolucjonisty i wizjonera.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA