fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Festiwal filmowy w Wenecji. Polacy walczą o Lwy

Weronika Rosati, Małgorzata Szumowska i Maja Ostaszewska w Wenecji
Rex Features/East News
Mocne wrażenie zrobił film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta. Premiery uświetnili Michał Sobociński i Antoni Komasa-Łazarkiewicz.

Nasze kino przeżywa dziś świetny czas. W Berlinie był „Szarlatan” Agnieszki Holland, w Cannes do programu oficjalnego został zaproszony „Sweat” Magnusa von Horna. Do weneckiego głównego konkursu trafiło wielu polskich artystów. Małgorzata Szumowska dwa lata temu była w Wenecji jurorką. Teraz film „Śniegu już nigdy nie będzie”, który zrealizowała razem z Michałem Englertem, walczy o Złotego Lwa. To historia ukraińskiego masażysty, który z rozkładanym łóżkiem przychodzi do mieszkańców zamkniętego osiedla. Prowadząc fizjoterapię, staje się ich powiernikiem, lekarzem nie tylko ciała, lecz również duszy.

Magiczny film

– Chcieliśmy przyjrzeć się dzisiejszej wyższej klasie średniej, która żyje dostatnio, ale nosi w sobie tęsknotę za czymś głębszym – powiedziała na weneckiej konferencji prasowej Szumowska. Mówiła również o gwałtownie rodzącym się polskim kapitalizmie, który przyniósł konsumpcjonizm i izolację ludzi o różnym statusie:

– My należymy do generacji pamiętającej stare czasy, kiedy pielęgnowaliśmy takie wartości jak przyjaźń, lojalność, Dzisiaj wszystko jest skomplikowane. Chcieliśmy, by bohaterowie filmu zatrzymali się na chwilę i pomyśleli, kim są, na czym im naprawdę zależy.

– Jako filmowcy w kolejnych produkcjach szukamy czegoś nowego, także w języku filmowym. Tu próbowaliśmy przyjrzeć się społeczeństwu, ale również zagłębić się w sferę metafizyki – stwierdził Michał Englert, współscenarzysta i współreżyser, a także autor zdjęć do „Śniegu...”. Szumowska zaś wtórowała mu:

– Chcieliśmy zostawić trochę miejsca na tajemnicę i nie dawać wszystkich odpowiedzi. Dziś łatwych odpowiedzi nie ma. Nie wiemy, jak skończy się pandemia, do czego doprowadzą zmiany klimatyczne. Mamy tylko przeczucie, że może być źle.

Główną rolę ukraińskiego masażysty Żeni gra Alec Utgoff, urodzony w Kijowie brytyjski aktor, znany z serialu „Stranger Things”, który na konferencji prasowej wyznał, że na planie, podczas pracy, myślał o swojej matce.

„To magiczny film, choć nie dla każdego widza. W konkursie weneckim był jednym z tych tytułów, które pod względem technicznym i tematycznym najbardziej przesunął granice sztuki” – pisze Deborah Young z „The Hollywood Reporter”, porównując go do „Teoremy” Pasoliniego. Guy Lodge z „Variety” zatytułował recenzję: „Intrygująca polska satyra społeczna ujawnia hipnotyczne moce”, oceniając, że to najbardziej fascynujący i najlepiej zrealizowany film w dorobku reżyserki.

W konkursie głównym znalazł się też obraz Jasmili Zbanić – europejska koprodukcja, w której uczestniczyła Ewa Puszczyńska, producentka „Idy” i „Zimnej wojny” Pawlikowskiego. Muzykę do „Quo vadis, Aida?” napisał Antoni Komasa-Łazarkiewicz, zmontował film Jarosław Kamiński, kostiumy współprojektowała Małgorzata Karpiuk.

To wstrząsający film, dedykowany „kobietom ze Srebrenicy i ich 8372 zamordowanym synom, mężom, braciom, kuzynom, sąsiadom”. Bośniacy i Chorwaci wciąż rozliczają się z wojną bałkańską, która wyniszczyła ich kraj i odcisnęła się na świadomości kilku pokoleń. W nakręconej w 2007 roku „Grbavicy” Zbanić spojrzała na wojenną traumę oczami kobiet. 13 lat później bohaterką jej filmu znów jest kobieta – tłumaczka, która w 1995 roku pracuje dla ONZ.

Widmo Srebrenicy

– Powstaje wiele filmów o wojnie, opowiadanych z męskiej perspektywy – mówiła Zbanić w Wenecji. – Przeżyłam wojnę w Sarajewie i wiem, jak wiele kłamstw jest w przekazach o niej. Dlatego patrzę na tamten czas oczami kobiet.

Srebrenica była jedną z sześciu wyznaczonych przez Radę Bezpieczeństwa ONZ „stref bezpieczeństwa”. Gdy mimo tych gwarancji do miasta wkroczyło serbskie wojsko, mieszkańcy próbowali schronić się w obozie holenderskiego batalionu, stacjonującego w pobliskiej wiosce Potocari. Zbanić pokazuje ten dramatyczny exodus ze Srebrenicy. Około 5 tys. ludzi dostało się wówczas do holenderskiej bazy, 14 tys. koczowało pod zamkniętą bramą, błagając o ratunek. Dowódca – pułkownik Thom Korremans – prosił ONZ o wsparcie. Gdy go nie dostał, bo na na scenę wkroczyła wielka polityka, wydał uciekinierów Serbom. W „Quo vadis, Aida?” żołnierze Ratko Mladicia wywożą kobiety autobusami, mężczyzn ładują na ciężarówki i rozstrzeliwują w pobliżu obozu. Ten opis nie jest spoilerem: można go znaleźć w każdej internetowej encyklopedii. Ale obrazy porażają. Tym bardziej że walczą ze sobą ludzie, którzy nierzadko w szkole siedzieli w jednej ławce.

– Rozmawiałam z Holendrami, którzy byli wówczas w Srebrenicy – opowiada Zbanić. – Stąd wzięła się scena, w której jeden z żołnierzy płacze. Wielu z nich przeżyło potem rodzaj stresu pourazowego.

Bohaterka filmu jest przy wielu rozmowach Korremansa. Wie, że ratunek nie nadejdzie. Rozpaczliwie walczy o życie swojej rodziny: męża i dwóch dorosłych synów. W tej walce jest skazana na przegraną.

Film Zbanić toczy się w zawrotnym tempie, coraz szybciej zmierza ku tragedii. Jest wielkim krzykiem przeciwko wojnie. Reżyserka pełną kłamstw wojenną politykę zderza z cierpieniem i śmiercią zwykłych ludzi.

Oscarowe tło

Michał Sobociński przyjechał do Wenecji z filmem z Indii. „The Disciple” Chaitanyi Taihamego to opowieść o młodym chłopaku, który chce zostać klasycznym hinduskim śpiewakiem i uczy się śpiewu u mistrza. To film pełen muzyki i zadumy. Ale jednocześnie – jak pisze recenzentka „The Hollywood Reporter”: „uniwersalna historia młodego człowieka, który chce sięgać gwiazd, lecz budzi się ze swojego snu z nogami na ziemi – co wcale nie musi być złym rozwiązaniem”. Taihame zadaje pytania o istotę relacji mistrz–uczeń, o cenę, jaką trzeba zapłacić za artystyczny sukces i bycie sobą.

– Pewnie chcecie spytać, co Polak może robić w tej ekipie – mówił w Wenecji operator. – Pojechałem do Bombaju, żeby nakręcić reklamówkę. Nagle zadzwonił do mnie Chitanya. Rozmawiając z nim, rozumiałem, że pełnoprawnym bohaterem jego filmu jest Bombaj, miasto wyjątkowe. Mnie też fascynowało.

Historia miała początek wcześniej. Taihame odbywał staż w oscarowej produkcji „Romy” Alfonso Cuarona. Gdy robił swój film, Meksykanim został jego współproducentem. A Sobocińskiego polecił ulubiony operator Cuarona – Emmanuel Lubezky, który w 2017 roku na festiwalu Camerimage w Bydgoszczy zobaczył „Sztukę kochania”. Tak kolejny polski autor zdjęć dołączył do licznej grupy polskich operatorów, którzy robią karierę na świecie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA