fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

"Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie" zaskakuje

Disney/
Jeśli ktoś się spodziewał landrynkowego kina familijnego będzie zaskoczony mrokiem i drapieżnością „Łotra 1”.

Pierwszy pokaz „Łotra 1”, tak jak w przypadku ubiegłorocznego „Przebudzenia mocy”, rządził się restrykcyjnymi regułami. Do sali mogli wejść tylko zaproszeni goście z listy zaakceptowanej przez Disney Polska. Telefony komórkowe musiały zostać zapakowane w hermetyczne folie, a na schodach stali pracownicy z latarkami uważnie pilnujący, czy przypadkiem żaden z gości nie próbuje robić filmików bądź zdjęć. Nawet gdyby ktoś próbował, to raczej nic by z tego nie wyszło, bo przecież pokaz był w 3D. Nagrania i tak byłyby niewyraźne.

„Łotr 1” w reżyserii Garetha Edwardsa (ma na koncie także nową wersję „Godzilli” z 2014 r.) spełnia oczekiwania i wydaje się być momentami nawet lepszy niż „Przebudzenie mocy” sprzed roku, za którym stał J. J. Abrams. Potwierdzają to także przychylne opinie amerykańskiej prasy.

A niepewność była olbrzymia. Po pierwsze, „Łotr 1” nie jest kolejną częścią sagi o Luke’u Skywalkerze, Darthie Vaderze, Hanie Solo i Księżniczce Lei, tylko poboczną historią sagi. Tak zwanym spin-offem. Po drugie, scenariusz był kilkukrotnie poprawiany, a także dokręcano dodatkowe sceny. Do pomocy zatrudniono Tony’ego Gilroya – człowieka, który uratował już niejeden film i ma duże zaufanie wielkich studiów produkcyjnych, jako wszechstronny filmowiec.

Perturbacji produkcyjnych na ekranie nie widać. Jest dużo akcji, humoru i świetnych dialogów. Nie brakuje licznych nawiązań i postaci z oryginalnej trylogii z Darthem Vaderem włącznie. Ben Mendelsohn znakomicie wciela się w rolę głównego czarnego charakteru: służalczego i bezwzględnego Krennica. Diego Luna w roli rebelianta kapitana Andora wnosi powiew kina przygodowego, a duet wojowników Mocy: Chirrut (Donnie Yen) i Malbus (Wen Jiang) to klasyczny kumpelski tandem oparty na sprzecznych charakterach. Następca C3-PO, czyli przeprogramowany android K-2S0 sypie sarkastycznymi uwagami jak z rękawa.
Jedyną słabością jest nieco zbyt sztampowy wstęp, oparty na relacji głównej bohaterki – Jyn Erso (Felicity Jones) z jej ojcem Galenem Erso (Mads Mikelsen). Duński gwiazdor, mimo że ma całkiem sporą drugoplanową rolę, to szczerze mówiąc nie ma co grać. Ten wątek nie przekonuje przede wszystkim w wymiarze emocjonalnym, podobnie jak postać nawróconego Szturmowca (Riz Ahmed). Pomimo tych niewielkich mielizn rozwiązania scenariuszowe są niebywale zaskakujące.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA