Felietony

Kowal: Trump a polska prawica

Fotorzepa
W poniedziałkowy poranek zobaczyłem w telewizji Daniela Frieda, byłego ambasadora USA w Warszawie. Tłumaczył polityczne aspekty wizyty Donalda Trumpa w Polsce. Pomyślałem, że wizyta prezydenta USA w Warszawie to dar Opatrzności, a nie dopust Boży, jak mówili niektórzy.

Szczególnie że warszawskie wróbelki ćwierkały już, iż Fried ma delikatny wpływ na wizytę. Otóż zna on stosunki polsko-amerykańskie od podszewki – w Warszawie pracował już jako młody dyplomata w latach 80. Dobrze wie, że niepodległa Polska zrodziła się w 1989 r. z jedności Zachodu (USA, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii), a stanie się zagrożona, jeśli zechcemy teraz pogłębiać zachodnio-zachodnie niesnaski. Bo Waszyngton z Berlinem i Paryżem dogadają się i tak, a my zostaniemy bez cnoty i bez centa w kieszeni.

Lewicowa Europa miała swoje uwielbienie dla Obamy, prawicowa od Londynu po Budapeszt przeżywa trumpomanię. Prezydentów Obamę czy Clintona trudniej byłoby prawicy wziąć za wzór. Ale prezydent USA ma dla środkowoeuropejskiej prawicy ważne przesłanie. Pan Bóg wie, co robi. Z dotychczasowej prezydentury Trumpa wynika, że trzeba korzystać z doświadczenia pokoleń i instytucji – tego symbolem jest misja Dana Frieda. Wynika też z niej respekt dla prawa i sądów, choćby kogoś bardzo złościły. Tu nie chodzi o miłe słówka – Donald Trump wejdzie do historii jako autor tweetów, które czasami lepiej, żeby były niedostępne dla dzieci, bo internetowej kindersztuby nie są przykładem. Ale wejdzie też jako prezydent, który natweetował na sędziów, gdy jednak sąd powiedział jego pomysłom „nie", to się cofnął. Tłem warszawskiego przemówienia będzie zresztą nie tylko pomnik Powstańców Warszawy, ale i budynek Sądu Najwyższego.

Prezydentura Trumpa podkreśla też jednak szacunek dla tradycji i sojuszy. Niby wszystko się zmienia, ale wiele pozostaje po staremu. Trump zmienia miejsce warszawskiego przemówienia (Bush I – Zgromadzenie Narodowe, Bush II – BUW, Clinton i Obama – plac Zamkowy), ale podobnie jak poprzedni prezydenci USA przybywa do Warszawy i tu wygłasza ważną mowę, by podyskutować z Europą, wierząc, że to my jesteśmy zachodem Wschodu – i dla nas najlepiej, żeby tak zostało.

To instytucje i tradycja trzymają Zachód w czasach politycznych zawieruch. To, czy my jesteśmy Zachodem, rozstrzyga się nie w miłych słówkach, ale właśnie w szacunku dla państwa. ©?

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL