fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Stefan Szczepłek: Wina Brzęczka

Mecz Bośnia - Polska. Przewracany Jacek Góralski
AFP
Prestiżowy angielski magazyn „World Soccer” przedstawił w ostatnim numerze listę 500 piłkarzy, na których warto zwrócić uwagę.

Znalazło się na niej 49 Francuzów, 41 Hiszpanów, po 32 Niemców i Anglików, 31 Brazylijczyków, 26 Argentyńczyków, 24 Włochów, po 15 Belgów i Portugalczyków, 12 Holendrów i tylko dwóch Polaków: Robert Lewandowski oraz Piotr Zieliński.

To jest subiektywna lista dziennikarzy. Być może ktoś znalazł się na niej niezasłużenie, a ktoś inny został niesprawiedliwie pominięty. Ale zestawienie pokazuje prawdziwy obraz siły w światowym futbolu.

Polska zajmuje odległe miejsce i żadne rankingi FIFA tego nie oddają. Co z tego, że podczas losowania do mundialu w Rosji jako reprezentacja z najlepszej dziesiątki na świecie (można się było z tego śmiać) znaleźliśmy się w pierwszym koszyku, skoro i tak jako jedni z pierwszych odpadliśmy z rozgrywek.

Fakt, że Polacy od roku 2006 w miarę regularnie biorą udział w turniejach finałowych mistrzostw świata lub Europy, jest i tak wyczynem. „Biorą udział” to stwierdzenie oddające stan rzeczy. Uczestniczą, bo sam udział jest już sukcesem. Na nic więcej nas nie stać.

W meczach z Holandią oraz Bośnią i Hercegowiną wystąpiło 18 zawodników. Z Holendrami nie mieliśmy szans, bo między piłkarzami obydwu drużyn była zbyt duża różnica w wyszkoleniu technicznym. Oni piłkę pieścili, a nam ona przeszkadzała. W Polsce utalentowanym chłopcom trenerzy zakazują „kiwania się”, bo to podobno anachroniczne. Nie ma więc dryblerów w stylu Brychczego, Deyny, Lubańskiego, Gadochy, Okońskiego, czyli piłkarzy, którzy potrafili z piłką przy nodze minąć kilku przeciwników, a potem strzelić lub podać partnerowi.

Zamiast tego oglądamy często odbijanie się od ściany, podania do tyłu i w poprzek boiska, bo do tego nie potrzeba wielkich umiejętności. Jeśli przeciwnik nie zdąży wrócić, to może Grosicki przeprowadzi kontratak, bo jest najszybszy. Może uda się wywalczyć rzut wolny w okolicach linii pola karnego, a wtedy przed szansą stanie Lewandowski. W ogóle, jeśli on jest na boisku, gra wydaje się łatwiejsza. Jak nie ma pomysłu, wystarczy kopnąć do przodu, mając nadzieję, że Lewandowski wykorzysta podanie. Raz tak, raz nie. Więcej w tym przypadku niż metody.

W spotkaniu z Holandią Polacy zawiedli, więc Jerzy Brzęczek na drugi mecz zmienił pół drużyny. Nic innego nie mógł zrobić. Najlepiej intencje selekcjonera zrozumiał Jacek Góralski. Gracz drugiego planu, defensywny, jechał na zgrupowanie z Kazachstanu do Warszawy przez kilkanaście godzin, mecz z Holandią obejrzał z ławki, a w Zenicy był najlepszy na boisku. On już jesienią strzelił bramkę Słowenii i wywalczył sobie pewne miejsce w kadrze.

Lepszy ktoś taki niż baronowie boiska, myślący między jednym a drugim meczem reprezentacji o nowym kontrakcie lub transferze.

Brzęczek odmładza drużynę. Jesienią debiutowali Sebastian Szymański i Kamil Jóźwiak, teraz Jakub Moder, jako jedyni przedstawiciele klubu Ekstraklasy. Pomimo to selekcjoner nie ma dobrej prasy. Kiedy zaczynał pracę, był wicemistrzem olimpijskim, kapitanem reprezentacji Polski, strzelcem bramki na Wembley. Teraz jest tylko pełnym kompleksów mężczyzną z podczęstochowskiej wsi, którego można podszczypywać bezkarnie. Od merytorycznej krytyki do obrażania jeden krok. Kiedy nie ma Roberta Lewandowskiego, Piotr Zieliński zawodzi, Bartosz Bereszyński odczuwa skutki zakażenia koronawirusem, a 15 innych nie trafiło na listę „World Soccera”, to wszystko wina Brzęczka.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA