fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Euro 2016

Szczepłek: Anglia: drugi koniec świata

Fotorzepa/Waldemar Kompała
Pięć minut po meczu Islandii z Anglią mieszkająca w Londynie córka przyjaciół przysłała tekścik, jaki już chodzi w internecie: Roy Hodgson - jedyny Anglik, który wiedział jak wyjść z Europy.

Muszę przyznać, że dobrze wiedział. Mam pewnego rodzaju satysfakcję, bo od pół wieku wychodzi na moje. Kultura futbolu angielskiego jest nieporównywalna z żadną inną i za to ją cenię. Jednak angielska myśl szkoleniowa jest, w stosunku do nakładów na piłkę nożną, jedną z najbardziej zacofanych na świecie. Ostatni raz Anglik wymyślił coś sensownego pod koniec lat 20. ubiegłego wieku. Był nim Herbert Chapman, menedżer Arsenalu, który po zmianie przepisu o spalonym opracował ustawienie zawodników z trzema obrońcami (zamiast dwóch), znane jako WM. Obowiązywało na całym świecie przez ponad 20 lat, dopóki na pawlacz teorii nie wysłali go Węgrzy, a po nich Brazylijczycy.

Od tamtej pory, a więc przez 90 lat Anglicy nie wymyślili niczego, co pchnęłoby futbol do przodu. Tam nadal piłkę się kopie do przodu i za nią biegnie lub dośrodkowuje na pole karne, z nadzieją, że środkowy napastnik zamknie oczy i trafi w bramkę. Wybiera się zawodników na wzrost i wagę. Kiedy na boisku dzieje się coś nie po ich myśli, nie bardzo wiedzą jak się zachować, ponieważ nie mają opracowanych żadnych planów awaryjnych. Te wszystkie Walkery, Cahille, Smallingi, Clyne’y, Bertrandy, Milnery, Diery, Sturridge - wyglądają jak by byli spod jakiejś jednej sztancy. Harry Kane to wykapany Martin Chivers sprzed 40 lat. 

Tak było kiedy Polacy grali z Anglią na Wembley i tak samo jest dziś. Wtedy, oglądając urywki meczów w telewizyjnej „Sportowej Niedzieli”, precyzyjnie wybierane, aby pokazać atomowe strzały i walkę w polu karnym myśleliśmy, że mamy do czynienia z nadludźmi. Na szczęście Kazimierz Górski i jego piłkarze, bijący Anglików inteligencją na głowę, byli innego zdania.

Minęły 43 lata i nic się w wielu polskich kibicowskich głowach nie zmieniło. Transmisje Premier League w Canal + wydają się apoteozą futbolu. Co tydzień oglądamy herosów zielonej murawy. Ale najlepsi są tam cudzoziemcy i oni decydują o poziomie oraz atrakcyjności. Angielski trener nigdy nie doprowadził klubu do zwycięstwa w Premier League. Ostatnim Anglikiem, który zdobył tytuł mistrza Anglii był w roku 1992 Howard Wilkinson. 24 lata temu. Po nim już tylko Szkoci lub cudzoziemcy zza kanału. 

Brexit jest tanim porównaniem z sytuacją Anglii na boiskach Euro. Tyle, że dla niej to nic nowego. Anglia zawsze wszystko lepiej wiedziała a doktrynę „splendid isolation”, powstałą pod koniec XIX wieku, można odnieść i do futbolu. Anglia nie widziała potrzeby uczestniczenia w pracach nad powstaniem FIFA. Łaskawie do niej przystąpiła, ale wkrótce opuściła jej łono. Przed wojną nie brała udziału w mistrzostwach świata, uważając, że tytuł należy się jej bez gry. Zlekceważyła pierwsze rozgrywki o mistrzostwo Europy w roku 1960. Chelsea odrzuciła propozycję udziału w rozgrywkach o Puchar Europejskich Mistrzów Krajowych (1955), nie widząc przed takim turniejem przyszłości. Co bardziej światli brytyjscy trenerzy opuszczali więc Wyspy i osiągali sukcesy w innych krajach. George Raynor doprowadził Szwedów do czołówki światowej a Irlandczyk Hogan Austriaków i Węgrów. W Anglii zostawali prymusi, którzy nie odstępowali na krok od zasad gry, które dla świata były anachroniczne. 

I pod tym względem nic się nie zmienia. Na miejscu Roya Hogdsona mógł by być równie dobrze profesor Jerzy Talaga, na którego książkach uczyła się Polska przez kilkadziesiąt lat. 

Po remisie z Polską, który wyrzucił Anglię z finałów mistrzostw świata, w jednej z londyńskich gazet ukazał się tytuł: „Koniec świata!”. Anglicy nie wyciągnęli z tamtej porażki żadnych wniosków. 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA