fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Budżet i Podatki

Poprawa w budżecie mimo wszystko

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Tak jak PiS obiecał, system podatkowy udało się uszczelnić na tyle, by starczyło na 500+ bez zwiększania deficytu w finansach państwa.

Politycy PiS wyliczają, że przez mafie VAT-owskie Polacy przez „osiem lat rządów PO–PSL" stracili 240 mld zł, które dzięki staraniom obecnej władzy udaje się odzyskiwać. Politycy PO replikują, że nawet jeśli VAT rzeczywiście płynie do budżetu szerszym strumieniem, to głównie zasługa wzrostu gospodarczego i starań Platformy z końca kadencji o uszczelnienie systemu.

Bez względu na to, kto ma rację w tym sporze, luka VAT rzeczywiście dynamicznie spada w ostatnich latach. Wedle ostatnich szacunków Komisji Europejskiej w 2018 r. wynosiła ona tylko 9,5 proc. potencjalnych wpływów wobec aż 24 proc. w 2015 r.! Korzysta na tym oczywiście budżet państwa, bo wpływy z tego podatku sięgną w tym roku 184 mld zł. To aż o 61 mld zł, czyli 50 proc. więcej niż cztery lata temu.

Czytaj także: Państwo dobrobytu czy państwo iluzji? Kilka słów ws. obietnic wyborczych PiS

Tym samym Prawu i Sprawiedliwości udało się dotrzymać obietnicy, że program dodatków na dzieci 500+, najdroższy program prospołeczny, kosztujący początkowo 20 mld zł rocznie, nie doprowadzi do katastrofy finansów publicznych. Wbrew czarnym scenariuszom pisanym przez opozycję finanse publiczne mają się bardzo dobrze.

W tym roku deficyt budżetu państwa sięgnie według szacunków Ministerstwa Finansów ok. 12 mld zł, co stanowić będzie 0,5 proc. PKB. To jeden z najniższych poziomów w ostatnich 30 latach. I to mimo tego, że w 2019 r. rząd rozszerzył program 500+ już na wszystkie dzieci i wypłacił milionom starszych osób 13. emeryturę. Dla porównania w 2015 r., na koniec kadencji rządu PO–PSL, deficyt budżetu wynosił 2 proc. PKB, choć trzeba przyznać, że był mniejszy w porównaniu z kryzysowym rokiem 2012 czy 2013.

Jeśli chodzi o zadłużenie, w 2016 r. PiS przeraził Polaków rekordowo szybkim tempem zaciągania nowych długów (zadłużenie zwiększyło się wówczas o prawie 90 mld zł, podczas gdy wartość gospodarki – tylko o 60 mld zł). Ale był to wyjątkowy rok, w kolejnych latach przyrost długu był coraz mniejszy, a w relacji do PKB zadłużenie obecnie spada.

PiS nie udało się natomiast spełnić kilku podatkowych obietnic wyborczych. Stawki VAT pozostały na podwyższonym „czasowo" poziomie – wciąż wynoszą 23 i 8 proc. Nie wprowadzono też kwoty wolnej od podatku w wysokości 8 tys. zł dla wszystkich, dzięki czemu w portfelach pracujących miało zostawać 20 mld zł rocznie. Zamiast tego rząd wprowadził kwotę wolną 8 tys. zł tylko dla osób najmniej zarabiających. Wprowadził też (na ostatniej prostej, czyli w tym roku) reformę obniżającą PIT – roczne korzyści to 12 mld zł. Wbrew zapowiedziom pojawiły się natomiast nowe podatki i opłaty, takie jak choćby podatek bankowy, opłata emisyjna obciążającą paliwa, opłata recyklingowa za torebki foliowe czy danina solidarnościowa dla podatników milionerów. Dalej, podatnicy VAT narzekają na wzrost uciążliwości administracji skarbowej, a osoby lepiej zarabiające muszą się liczyć z tym, że wkrótce spadną ich wynagrodzenia. Rząd nie odstępuje bowiem od pomysłu zniesienia limitu składek ZUS (tzw. 30-krotność), choć deklaruje, że robi wszystko, by wynagrodzenia Polaków rosły.

Podsumowując, rządy PiS w finansach publicznych to zdecydowana poprawa, ale nie obyło się bez dodatkowych kosztów dla Polaków.

Sporo marchewki z silnym posmakiem bata

W ostatnich czterech latach przedsiębiorcy na własnej skórze mogli odczuć efekt zarządzania popularną w Polsce metodą kija i marchewki. Marchewką – docenioną przez biznes – były wprowadzone w ostatnich latach pakiety deregulacyjne (w tym konstytucja biznesu, przyjazne prawo i 100 zmian dla firm), a także obniżka CIT dla małych przedsiębiorców i atrakcyjna ulga na badania i rozwój wraz z tzw. innovation box. Z kolei okazję do zastosowania kija tworzyła „legislacyjna gorączka", czyli zalew nowych regulacji – nierzadko słabo dopracowanych i represyjnych, podwyższających koszty firm. Takim kijem albo batem dla przedsiębiorców jest danina solidarnościowa ustanawiająca de facto trzeci próg podatkowy, prawo apteka dla aptekarza, opłata emisyjna czy też wprowadzenie konfiskaty rozszerzonej i odpowiedzialności solidarnej.

Legislacyjna gorączka uderzała w najważniejszą potrzebę biznesu: przewidywalność i stabilność polityki gospodarczej, utrudniając firmom planowanie nowych inwestycji. Nic więc dziwnego, że słabość prywatnych inwestycji była jedną z porażek ostatnich czterech lat. Spory niepokój przedsiębiorców, zwłaszcza tych z innowacyjnych branż, budzi zapowiedź zniesienia limitu składek na ZUS (tzw. 30-krotność) i wyborcza obietnica skokowej podwyżki płacy minimalnej. Obie zmiany przyniosą kolejny wzrost kosztów firm, którym zagląda już w oczy spowolnienie.

Anita Błaszczak

Inwestycje spóźnione i bardzo drogie

Rozwój infrastruktury okazał się daleki od zapowiedzi PiS i społecznych oczekiwań. Już na początku działania nowego rządu doszło do wyhamowania przetargów na budowę dróg. W rezultacie duża część inwestycji ma opóźnienia. Doszło także do przedłużenia się procedur związanych z nowymi inwestycjami. W 2018 r. blisko dwukrotnie (ze 126 do 241 dni) w porównaniu z 2015 r. wydłużył się średni czas pomiędzy otwarciem ofert a podpisaniem umowy na budowę drogi ekspresowej lub autostrady. Do rekordowych 724 dni wydłużył się także czas pomiędzy ogłoszeniem przetargu a umową. Efektem jest duży wzrost kosztów inwestycji i wycofywanie się firm, dla których budowy przestały być opłacalne. Radykalnie wzrosły także koszty inwestycji kolejowych. Duże wątpliwości z ekonomicznego punktu widzenia budzą sztandarowe inwestycje rządu: budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego czy przekop Mierzei Wiślanej. Wydaje się, iż bardziej propagandowy niż ekonomiczny efekt przyniesie program przywracania komunikacji PKS-ów. Jak dotąd, mizerne efekty ma rozwijanie elektromobilności: kompromitacją okazały się plany wprowadzenia na drogi miliona aut elektrycznych w 2025 roku czy plany budowy polskiego samochodu elektrycznego. Wzrosła jedynie liczba elektrycznych autobusów, ale wyłącznie za sprawą unijnych dopłat.

Adam Woźniak

Zbiór pobożnych życzeń przynosi mizerne efekty

Kluczowe znaczenie w retoryce PiS dotyczącej środowiska naturalnego odgrywają zmiany klimatyczne i jakość powietrza. O ironio, fundamentem energetyki wciąż ma być węgiel. PiS trzyma się poglądu, że globalne ocieplenie w znikomej mierze wynika z działań człowieka, ale w sprawie powietrza wątpliwości co do sprawstwa nie ma. Kartę miał odwrócić program „Czyste powietrze". To największy z programów modernizacyjnych PiS, ale z najmniejszymi efektami. W sierpniu tego roku ostatecznie przyjęto projekt polityki ekologicznej państwa do 2030 r. Jest to zbiór pobożnych życzeń w dwóch wymienionych kwestiach plus uzupełnienie polityki energetycznej: z pominięciem energetyki wiatrowej i fotowoltaicznej. Odnawialne źródła energii to dla resortu geotermia, pompy ciepła, hydroelektrownie.

Po części odzwierciedla to podejście kolejnych gabinetów do polityki energetycznej. Przeforsowane u progu kadencji przepisy zablokowały rozwój OZE, choć odkąd w 2018 r. ceny uprawnień do emisji CO2 poszybowały, rząd dał zielone światło dla „energetyki obywatelskiej", czyli fotowoltaiki. Realnie władze stawiają na węgiel, który wedle deklaracji będzie wydobywany, dopóki tylko starczy złóż. Atom, który miałby pogodzić bezemisyjność z bezpieczeństwem energetycznym, pozostaje wciąż tylko na papierze.

Mariusz Janik

Statystyki nie kłamią – jest bardzo słabo

Jeśli brać pod uwagę obiektywne wskaźniki, jak statystyki i rankingi, to efekty polityki rządu w zakresie innowacyjności i cyfryzacji wyglądają bardzo słabo. W indeksie DESI nasz kraj pod względem stopnia cyfryzacji jest na dalekim 25. miejscu w UE. Nie lepiej wypadamy, gdy porównamy nasze osiągnięcia w zakresie badań i rozwoju z innymi państwami na świecie: w uznanym badaniu Global Innovation Index jesteśmy dopiero w czwartej dziesiątce. Wypadamy gorzej niż Litwini i Słowacy. Z kolei UNESCO wskazuje, że na działalność B+R wydajemy ledwie ok. 1 proc. PKB, czyli dwa razy mniej niż Czesi. Mało tego, u naszych południowych sąsiadów na każdy milion mieszkańców przypada 3,4 tys. naukowców. W Polsce niemal o połowę mniej. Idąc dalej, liczba patentów na 10 tys. naukowców i wynalazców nad Wisłą wynosi jedynie 6, podczas gdy średnia UE to 33. Dane dotyczące liczby wniosków składanych do urzędów patentowych przez rodzimych przedsiębiorców nie napawają optymizmem: w latach 2016–2018 liczba zgłoszeń spadła z ponad 2,8 tys. do niespełna 2,5 tys. Tymczasem stworzenie warunków dla rozwoju młodego, innowacyjnego biznesu było jednym z priorytetów rządu. Zachęty do patentowania, jak np. IP Box, nie przyniosły jednak spodziewanych efektów. Choć ulga na B+R obowiązuje od 2016 r., wiele firm nawet o niej nie słyszało.

Michał Duszczyk

Niedzielny zakaz nie pomógł małym sklepom

Obecny rząd w handlu namieszał wyjątkowo mocno, a pełne skutki jednego z jego sztandarowych pomysłów, czyli ograniczenia pracy sklepów w niedzielę, dopiero odczujemy. Ustawa o ograniczeniu handlu w niedzielę to jeden z flagowych pomysłów z poprzedniej kampanii wyborczej z 2015 r. i choć projekt został wówczas ogłoszony, to wszedł w życie dopiero od marca 2018 r. Rząd miał z ustawą problem, zgłosił do niej bardzo krytyczne stanowisko i w efekcie, gdy już ustawa weszła w życie, to w ograniczonym zakresie. Przez 2018 r. obowiązywały jeszcze dwie niedziele handlowe, w tym roku jedna – pełen zakaz wejdzie dopiero w 2020 r.

Jednak zmiany rynkowe są już widoczne. Ustawa miała pomóc małym sklepom, które w niedziele mogą pracować, o ile za kasą stoi właściciel. To się nie udało, jak tysiącami z rynku znikały, tak znikają. Do tego straciły klientów także w inne dni tygodnia z powodu zmasowanej akcji promocyjnej dyskontów w dni poprzedzające wolne niedziele. Efekt odczuły też centra handlowe i to głównie te mniejsze. Duże galerie z rozbudowaną gastronomią i kinami w niedzielę pracują, co niweluje nieco ich straty z handlu.

Ustawa ma jeszcze jeden silny efekt: zachęca do kupowania przez internet – można robić to przez cały tydzień, także w niedzielę, a do tego unika się wielkich kolejek z soboty. Właśnie dlatego na sprzedaż w internecie mocno stawiają np. Ikea i Carrefour.

Piotr Mazurkiewicz

Utracone szanse i drobne korekty

Cztery lata rządów PiS w sektorze rolnictwa przyniosły wielomiesięczne opóźnienia w rozpatrywaniu wniosków o wypłatę pieniędzy w agencjach rolnych. Krytykował je ostatnio minister Jan K. Ardanowski – niby obciążają głównie jego poprzednika, ale on sam przez ostatni rok ich nie naprawił.

Mateusz Morawiecki na Kongresie 590 przypisał swojemu rządowi zasługi biznesu, jak np. rosnący od dekady eksport żywności. Tymczasem rząd jest bierny, – negocjacje w Chinach w sprawie otwarcia rynku dla naszej żywności są mozolne i przeważnie bez sukcesów, w Japonii też nie wspiera eksporterów. Amerykanie krytycznie ocenili organizację Inspekcji Weterynaryjnej i wymusili zmiany groźbą wstrzymania zakupów naszej wieprzowiny.

Minister po licznych bojach dał podwyżki weterynarzom (niewielkie), uruchomił też rolniczy handel detaliczny.

Producenci owoców dalej mają jednak słabą pozycję negocjacyjną w skupach, możliwe są więc nowe kryzysy. Minister zwalcza GMO w importowanej soi, jednak odebrał finansowanie programom szukającym alternatywnych źródeł białka. Zapowiedział powstanie holdingu spożywczego, ale realizacja będzie zadaniem na po wyborach.

Stadnina koni w Janowie, cenna polska marka, po wymianie kadr zaliczyła upadek, z którego trudno będzie się podnieść.

Aleksandra Ptak-Iglewska

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA