fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Czas skończyć zachwyty, nowy krok w eksporcie to obowiązek

Uczestnicy debaty zgodzili się, że szans w eksporcie warto szukać na rynkach pozaeuropejskich. To często szansa na dużo wyższe marże
Fotorzepa, Tomasz Jodłowski
Biznes widzi potrzebę zmiany struktury eksportu, bo choć od wejścia Polski do UE on rośnie, to jednak w zdecydowanej większości sprzedajemy produkty nieprzetworzone. Głównie na rynek UE dostarczają je filie globalnych koncernów.

O kondycji polskiego eksportu jako jednym z najważniejszych czynników dalszego rozwoju naszego kraju dyskutowano w Katowicach podczas debaty zorganizowanej przez „Rzeczpospolitą" oraz rodzinną firmę inwestycyjną TDJ. Była to inauguracja cyklu debat na temat najważniejszych wyzwań stojących przed polską prywatną przedsiębiorczością u progu trzeciej dekady XXI w. Kolejne debaty w tym cyklu odbędą się w 2019 r. w największych miastach Polski. Eksport to nader aktualny temat, zważywszy, że według prognoz Agencji S&P Global Ratings miał on stanowić na koniec 2018 r. aż 55 proc. polskiego PKB.

– Eksport polskich produktów wciąż rośnie, co wynika m.in. z bardzo korzystnego stosunku jakości do ceny, ale warto też zwrócić uwagę na wysoką dynamikę eksportu usług, przekraczającą 10 proc. To zasługa kompleksowości oferty polskich przedsiębiorców, którzy sprzedają już nie tylko wyroby, ale także usługi z nimi związane, w tym posprzedażowe – mówił Adam Toborek, wiceprezes Grupy Famur, jednego z największych na świecie producentów kompleksowych rozwiązań dla przemysłu górniczego, sprzedawanych m.in. do Turcji, Rosji, Argentyny czy Indonezji.

Co się kryje za rekordem?

W 2017 r. wartość eksportu polskich produktów po raz pierwszy przekroczyła 200 mld euro, osiągając 206,6 mld euro. Z nieoficjalnych jeszcze danych wynika, że w 2018 r. eksport towarów wzrósł do 214 mld euro, ustanawiając kolejny rekord. Jednocześnie tylko 8,5 proc. to towary wysoko przetworzone technologicznie, a ponad 90 proc. to surowce, półprodukty, komponenty, a więc dobra niskomarżowe. Poza tym przy 2 mln firm w Polsce eksportuje tylko 17 tys. przedsiębiorstw. Co więcej, eksportują głównie filie wielkich międzynarodowych korporacji, a tylko 7 tys. to rodzime firmy z sektora MŚP. I wreszcie niemal 80 proc. eksportu trafia na rynki UE.

– I dlatego, mając na uwadze te dane, nie ma co popadać w samozachwyt, bo upraszczając, jest to głównie wysyłka z naszych montowni. Ten model nas rozwinął i wzbogacił, ale powinniśmy już kierować się w stronę produktów zdecydowanie bardziej złożonych. Czas na badania i rozwój, ale i wyższą świadomość, nas, przedsiębiorców – apelował Marek Śliboda, prezes spółki Marco. Zdaje on sobie jednak sprawę, że stosunkowo niewiele firm jest na to gotowych. – Niestety, to trochę zadanie w formule „tylko dla orłów". Powinniśmy być jednak bardziej ambitni i więcej inwestować w innowacje, choć nie sprzyja temu sytuacja na rynku pracy. Minimalistom żyje się całkiem dobrze – stwierdził. Eksport stanowi w jego firmie ok. 60 proc. – Aby się odnaleźć na rynkach eksportowych, trzeba mieć naprawdę dobry produkt lub towar niszowy – zaznaczył Śliboda.

– I taką naszą polską niszą, choć bardzo zaawansowaną i perspektywiczną, jest oprogramowanie. Polscy programiści to marka uznana na świecie. To nasza nisza także w Niemczech, a wiemy, jak hermetyczny i wymagający to rynek. A tam jesteśmy liderami także w oprogramowaniu robotyki – wskazał Stefan Życzkowski, prezes firmy Astor.

Przed gwałtownym odchodzeniem od „modelu montowni" przestrzegał Tomasz Zjawiony, prezes Regionalnej Izby Gospodarczej w Katowicach. – Zmiany są nieuniknione, ale montownie to także zamówienia dla polskich poddostawców. Nie możemy więc nagle z nich zrezygnować – zaznaczył.

Zagrożenia są liczne, ale i znane

Nad polskim eksportem zawisły i inne zagrożenia. Pierwsze to spodziewane poważne spowolnienie gospodarki Niemiec, a więc polskiego partnera handlowego nr 1. Drugie to coraz bardziej realne bezumowne wyjście Wielkiej Brytanii z UE, a kraj ten jest, w zależności od roku, drugim, trzecim naszym rynkiem eksportowym. Trzecie zagrożenie to wojny handlowe na linii USA–Chiny. Chodzi o dwóch największych światowych eksporterów, więc będą one miały światowe reperkusje. O ile jednak pierwsze z zagrożeń zbladło w świetle ostatnich danych z Niemiec (eksport i import naszych zachodnich sąsiadów wzrosły w grudniu i może to oznaczać odroczenie spowolnienia w Niemczech), o tyle dwa pozostałe są jak najbardziej realne.

– W sektorze chemii budowlanej, motoryzacyjnej i gospodarczej największym zagrożeniem jest brexit bez umowy – wskazał Piotr Czekaj, członek zarządu firmy Dragon Poland, przypominając, że branża zmaga się z mnóstwem regulacji, także tych związanych z akcyzą. – Są to rzeczy trudne do harmonizacji. Do tego dochodzą przepisy związane z produktami budowlanymi. Desynchronizacja z Wielką Brytanią spowoduje znaczący wzrost kosztów procesów certyfikacyjnych i dostępowych do tego rynku. Brak umowy pomiędzy UE a Wielką Brytanią będzie więc bardzo kosztowny. Poza tym UE posiada europejską agencję chemikaliów w Helsinkach, która koordynuje przepisy dla całej UE. To potężny organ, którego pojedyncze państwo nie jest w stanie utrzymać. Samodzielnie więc Wielka Brytania nie będzie nawet w stanie podążać za ogromem regulacji powstających w UE – tłumaczył Czekaj.

Nie martwi go zaś konflikt handlowy pomiędzy USA a Chinami. – To dla nas wręcz szansa. Działania administracji USA częściowo eliminują producentów chińskich z rynku amerykańskiego i pojawia się nisza. Kontaktują się już z nami firmy amerykańskie, które nie są w stanie w konkurencyjnych cenach produkować na własny rynek po wyparciu z niego podmiotów chińskich. Automatycznie więc zgłaszają się do partnerów z naszej części Europy. To warte podkreślenia, bo wciąż mamy relatywną przewagę kosztów produkcji nad przedsiębiorstwami z Europy Zachodniej – wyjaśniał przedstawiciel Dragon Poland.

Przypomniał, że Polska przeszła mocną reorientację eksportu ze Wschodu na Zachód. W przypadku eksportu na Wschód całą produkcję sprzedawało się na pniu, a po reorientacji na Zachód staliśmy się tym mniejszym partnerem. Byliśmy zawsze na pozycji słabszego uczestnika rynku, mniej doświadczonego i posiadającego mniejsze możliwości produkcyjne i organizacyjne. Wymuszało to zmianę myślenia w celu przetrwania. Niepewność co do kontraktów spowodowała u nas pełną elastyczność – mówił Piotr Czekaj.

– Branża spożywcza też napotyka wielkie bariery wejścia i to w wielu krajach w Europie. W szczególności chodzi o regulacje dotyczące zawartości przeróżnych składników w produktach spożywczych. Jesteśmy liderami w napojach energetykach i mocno blokuje nas główny konkurent, jakim jest na świecie Red Bull. Aktualnie operujemy w 57 krajach na wszystkich kontynentach, ale co ciekawe, największy problem mamy z zachodnimi sąsiadami, i to mimo że współpracujemy tam niemal ze wszystkimi największym sieciami, a i tak bariera wejścia jest praktycznie nie do pokonania. Naszym klientem jest Lidl, ale nie w Niemczech, tylko we wszystkich innych krajach. Niemcy wprowadzają u siebie różnego rodzaju zaporowe regulacje – mówiła Jagoda Iwańczuk, członek zarządu FoodCare.

Jak tłumaczyła, nie chodzi o to, że konsumenci nie chcą tam kupować polskich produktów, bo marki FoodCare są międzynarodowe, a na rynkach wschodnich kojarzone wręcz z USA, jak np. Black. – Jednak to przykre, że będąc polską firmą, nie możemy promować się jako taka. W praktyce wygrywamy jakością i tym, że nie jesteśmy kojarzeni z polskim biznesem – wyjaśniała Iwańczuk.

Jak wskazała eksport, to jedna czwarta działalności firmy z bardzo dużą dynamiką wzrostu głównie na rynkach wschodnich i arabskich. Przedstawicielka FoodCare za ryzykowny uznała zaś rynek chiński ze względu na wysokie ryzyko nielegalnego kopiowania produktów.

– W Chinach trzeba mieć bardzo dobrego lokalnego partnera wprowadzającego nas na tamtejszy rynek, to niweluje wiele zagrożeń – sugerował Tomasz Zjawiony.

Wyjść poza Europę i współpracować

Do ekspansji poza Europę zachęcał Hubert Kardasz, prezes Intermagu.

– Do Europy eksportujemy tylko kilka procent produkcji. Wynika to m.in. z tego, że w Europie Zachodniej powstały oligopole w dystrybucji na rynku rolnym. Tamtejsi rolnicy są dość konserwatywni, stosują patriotyzm gospodarczy. Widać to szczególnie w Niemczech. Dlatego zachęcam do rynków pozaeuropejskich, bo tam takich mocnych barier wejścia nie ma, a Polska jest kojarzona dobrze, z Europą Zachodnią i UE – tłumaczył szef Intermagu.

– Chodzi o rynki rozwijające się i szybko rosnące, jak np. Ukraina, Rosja, kraje bałtyckie, Rumunia, Czechy, Słowacja, ale też azjatyckie, w tym chiński – wyliczał.

W jego ocenie Chiny to rynek obiecujący. – Europejskie firmy mają tam bardzo dobrą renomę. Inny ciekawy rynek to Wietnam. Polska jest tam bardzo dobrze kojarzona. To rynki przez nas niedoceniane, a marże są tam dużo wyższe niż w Europie Zachodniej – tłumaczył.

Wskazał jednak, że problemem są bardzo duże bariery pozataryfowe i trzeba mieć dużo cierpliwości, wchodząc na te rynki. – Przykładowo w Rosji czas trwania rejestracji nawozów mikroelementowych to trzy lata i koszty idące w setki tysięcy dolarów. Jednak już po wejściu na rynek bariery działają na naszą korzyść, bo konkurenci też muszą je pokonać – zauważył.

– Warto korzystać z doświadczeń innych firm, bo jako eksporterzy musimy się wzajemnie wspierać na rynkach zagranicznych. Tak to działa w innych krajach. Tej współpracy musimy się koniecznie nauczyć – stwierdził Michał Bożek, prezes Ustronianki.

– Wartość polskiego eksportu to powód do dumy. Jednocześnie wciąż czujemy niedosyt, ale i obawy o przyszłość eksportu, analizując jego strukturę. Mamy jednak ambicję, aby ją zmienić – mówił Tomasz Domogała, właściciel i przewodniczący rady nadzorczej TDJ. Podkreślił też, że spółki portfelowe TDJ generują średnio 41 proc. swoich przychodów z eksportu.

– Dzięki czterem dekadom doświadczenia TDJ jesteśmy w stanie aktywnie wspierać nasze spółki portfelowe w podboju zagranicznych rynków – dodał Domogała.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA