fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Białoruś

Białoruś staje się Wenezuelą Europy

AFP
Polsce i reszcie Unii pozostały dwa tygodnie na decyzję, czy w dalszym ciągu uznawać Aleksandra Łukaszenkę za prezydenta Białorusi. – Zmierzamy do modelu przyjętego wobec Nicolasa Maduro – mówią „Rzeczpospolitej" źródła dyplomatyczne.

W poniedziałek Polska odniosła sukces: kilka dni po apelu Mateusza Morawieckiego przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel zdołał mimo letniej kanikuły przekonać wszystkich przywódców UE do udziału w zdalnym szczycie poświęconym białoruskiemu kryzysowi. Spotkanie odbędzie się w środę. Polska do tego czasu nie podejmie istotnych decyzji wobec Białorusi. – Chcemy koordynować nasze działania z resztą Wspólnoty – można usłyszeć w Warszawie.

Kluczową kwestią będzie stanowisko, jakie zajmie zjednoczona Europa wobec samego Łukaszenki. W piątek w imię całej „27" przedstawiciel Unii ds. zagranicznych Josep Borrell napisał na Twitterze: „Białoruś: UE nie uznaje wyników wyborów". Podobną ocenę wyraził tego samego dnia w Sejmie premier i powtórzył ją dzień później w rozmowie z sekretarzem stanu USA, Mikiem Pompeo. W takim samym duchu wypowiedział się w poniedziałek szef brytyjskiej dyplomacji Dominic Raab.

W niedzielę, spotykając się z robotnikami jednego z mińskich zakładów pracy, Łukaszenko oświadczył jednak: „Mówicie, że wybory były nieuczciwe i chcecie nowych? Oto moja odpowiedź. Mieliśmy wybory. Dopóki mnie nie zabijecie, nie będzie nowych".

To rodzi zasadnicze pytanie: czy Bruksela i Warszawa będą uznawać prezydenta?

– Sytuacja jest niezwykle dynamiczna. Do czasu, gdy oficjalnie upłynie kończąca się obecnie kadencja Łukaszenki, rozważamy różne opcje – mówią nasi rozmówcy.

Zgodnie z białoruską konstytucją pozostały jednak niespełna dwa tygodnie. Poprzednie wybory odbyły się 11 października, a inauguracja prezydenta – już 6 listopada.

Zdaniem naszych rozmówców, jeśli w najbliższych dniach Łukaszenko nadal będzie sprawował realną władzę, a jednocześnie nie porozumie się z opozycją, najpewniej Polska, a za nią Unia, powtórzy wobec Białorusi model relacji, jaki utrzymuje od przeszło półtora roku z Wenezuelą.

Tu również po sfałszowanych wyborach i masowych protestach Polska poszła śladem Hiszpanii i w lutym ub.r. uznała za prezydenta lidera ruchu demokratycznego, Juana Guaido. Ale wbrew ówczesnym oczekiwaniom reżim Nicolasa Maduro wcale nie upadł. W ten sposób rozwinął się dość schizofreniczny układ, w którym nasz kraj utrzymuje w Caracas ambasadę akredytowaną przy autorytarnym reżimie (z charge d'affaires Mileną Łukasiewicz), a także toleruje działalność w Warszawie wysłannika Maduro, ambasadora Luisa Gomeza Urdanety, który uczestniczy nawet w niektórych oficjalnych imprezach.

Hiszpania zdecydowała się na taki układ z uwagi na ogromne interesy gospodarcze w Wenezueli (kraj ma największe złoża ropy na świecie), która jest jednocześnie polem rywalizacji geopolitycznej z Rosją, głównym aliantem Maduro. Białoruś, której granice zaczynają się 200 km od Warszawy, ma jeszcze większe znaczenie dla Polski.

– Nie dojdzie do powtórzenia przypadku Krymu, z którym wszelkie kontakty gospodarcze i polityczne zostały zerwane bo Unia uważa go za część Ukrainy, a Rosja za składową swojego terytorium. Nawet kiedy nie będziemy uznawali władzy Łukaszenki, porozumienia łączące nas z Białorusią pozostaną w mocy – podkreślają nasi rozmówcy.

Dlatego jest całkiem możliwe, że białoruski ambasador w Warszawie Władimir Czuszew pójdzie w ślady Urdanety i zacznie działać na obrzeżach życia dyplomatycznego polskiej stolicy. W ambasadzie i tak już nie podnoszą telefonów.

W niedzielę Łukaszenko dwukrotnie dzwonił do Władimira Putina w nadziei, że uzyska od niego obietnicę wsparcia wojskowego. To podważa główny argument, dla którego do tej pory Polska mimo wszystkich wad białoruskiego prezydenta prowadziła wobec niego wyrozumiałą politykę: chodziło o to, aby nie wpychać Mińska w objęcia Moskwy.

Jednak gwałtowne obalenie Łukaszenki nie byłoby w interesie Zachodu, bo mogłoby sprowokować Putina do interwencji zbrojnej, jak to uczynił przed sześciu laty na Krymie i w Donbasie. Tym razem byłoby to bezpośrednie zagrożenie dla wiarygodności NATO. Jeśli rosyjskie wojska na stałe znalazłyby się po obu stronach tzw. Przesmyku Suwalskiego (w Obwodzie Kaliningradzkim i na Białorusi), obrona państw bałtyckich przez Sojusz Atlantycki w razie uderzenia Moskwy byłaby właściwie niemożliwa.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA