fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Berlinale

Trudno zabić takie wspomnienia

Kadr z filmu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” Mariusza Wilczyńskiego
Berlinale 2020
Żaden polski film nie walczy w tym roku o Złotego Niedźwiedzia, ale nasi twórcy są na Berlinale obecni.

W nowej sekcji „Spotkania”, która ma promować kino artystyczne, często trudne lub wręcz eksperymentalne, znalazła się pełnometrażowa animacja Mariusza Wilczyńskiego „Zabij to i wyjedź z tego miasta”. Piękny, wzruszający film o tym, co boli najbardziej. O ludziach, którzy odeszli, o niedokończonych rozmowach, o chwilach, których nie poświęcamy najbliższym, a potem jest już za późno. I gdzieś w środku, w duszy, zostaje żal, poczucie niespełnienia.

„Zabij to i wyjedź z tego miasta” łączy elementy realistyczne z poetyką snu. Czasem złego, czasem dobrego. Jest opowieścią bardzo osobistą, w której wracają wciąż nowe szczątki własnej pamięci autora. Ojca, który zabiera małego chłopca nad morze i po przyjeździe zapomina zadzwonić do żony, że dojechali. Histerii matki, bo „przecież zawsze dzwonił”, coś więc musiało się stać. Wspomnień o odchodzeniu rodziców.

W odcieniach szarości

Rozmowa z umierającą w szpitalu matką to chyba najbardziej wzruszający moment filmu. Syn się spieszy, ledwo słucha, a matka do końca kochająca mówi: „Synku, dbaj o siebie, wysypiaj się...”.

Wraca też w filmie postać Tadeusza Nalepy i jego „Modlitwy”. Muzyk był mentorem, a potem przyjacielem Wilczyńskiego. Wracają: Łódź, w której twórca filmu się wychował, i PRL ze swoją szarością, z ekspedientkami, które w sklepie stają się niemal boginiami i z przykrojonymi do rzeczywistości marzeniami.

I wreszcie jest tu samotność. Pustka, jaka zostaje w człowieku po ludziach, wydarzeniach, czasie, którego nie da się cofnąć. „To manifest mojego pokolenia” – mówi mi prezes Nowych Horyzontów Roman Gutek. I coś w tym jest.

Mariusz Wilczyński, malarz, performer, twórca animacji, pracował nad „Zabij to i wyjedź z tego miasta”14 lat. Zrobił film w odcieniach szarości, czasem tylko grając na ekranie kolorem. Głosy podłożyli postaciom wybitni aktorzy: Marek Kondrat, Krystyna Janda, Daniel Olbrychski, Barbara Krafftówna. Uważny widz usłyszy też głosy Andrzeja Wajdy czy Ireny Kwiatkowskiej.

„To rodzaj sennej rozmowy, kino, które czerpie z podświadomości zakodowane obrazy, mające w sobie mroczną, pełną tajemnic poezję” – napisał w recenzji jeden z najbardziej znanych krytyków Europy, Peter Bradshaw z brytyjskiego „Guardiana”.

Dramat Olega Sencowa

Wydarzeniem weekendu stała się też projekcja „Numerów” Olega Sencowa. To film, który ukraiński reżyser, uczestnik Majdanu, aresztowany na Krymie i osadzony w syberyjskim łagrze za „działalność terrorystyczną”, zrobił „zza krat”.

Gdy z Syberii przychodziły coraz bardziej dramatyczne wiadomości, o Sencowa upominał się świat filmowy. A gdy reżyser ogłosił głodówkę, którą chciał prowadzić „do skutku”, Dariusz Jabłoński, polski producent, właściciel Apple Film Production, namówił go na zekranizowanie sztuki, którą Sencow napisał dziesięć lat temu. I nie ukrywa, że myślał także o tym: – Ten film może uratować mu życie, sprawić, że przerwie głodówkę.

Nie był to proces prosty. W Iranie przetrzymywany w areszcie domowym Jafar Panahi zrobił kilka filmów, m.in. jeżdżąc po mieście taksówką. Do Sencowa z trudem dochodziły cenzurowane e-maile, a odwiedzać go mogli tylko członkowie rodziny i prawnik. I to on pokazywał mu rysunki z projektami scenografii, kostiumów. Z odległości 6 tysięcy kilometrów reżyser e-mailami ustalał obsadę, dawał wskazówki. Na planie za kamerą stanął Achtem Sejtablajew, autorem zdjęć jest Adam Sikora, film zmontował Jarosław Kamiński.

„Numery” są dramatem o terrorze. Ludzie nie mają tu nawet imion, tylko tytułowe numery. O ich życiu całkowicie decyduje dyktator Wielkie Zero, pospolity facet, który ma władzę Boga. Ale film jest opowieścią o rodzeniu się buntu i o mechanizmach rewolucji. Z gorzką puentą. Jak z końcówki songu, który kiedyś śpiewał Jacek Kaczmarski. Bo mentalność zostaje. Żądza władzy się nie zmienia i „mury rosną, rosną, rosną...”.

Sencow dziś mówi, że kiedy pisał „Numery”, nie myślał o sztuce o Ukrainie i Rosji, lecz o mechanizmach dyktatury i rewolucji. Film utrzymany w konwencji teatralnej rzeczywiście jest bardzo uniwersalny. A jednak, oglądając go, trudno zapomnieć, że zrobił go człowiek, który nosi w sobie wspomnienie śmierci, niesprawiedliwości i cierpienia: – Najgorszy jest moment, gdy w worku na głowie kończy się powietrze, a człowiek chce oddychać. To zwierzęcy strach, którego nie da się porównać do niczego” – mówił niedawno Sencow „Rzeczpospolitej”. O reżimach XX wieku zrobiła z kolei film Agnieszka Holland. Jej czesko-polski „Szarlatan” zostanie zaprezentowany w Berlinale Specials pod koniec tygodnia.

Konkurs główny na razie zawodzi. Najlepiej został jak dotąd przyjęty film Kelly Reichardt „Pierwsza krowa”. O pierwszych osadnikach amerykańskich reżyserka opowiada z niewesternowej perspektywy. Bohaterami są tu Irlandczyk i Chińczyk, którzy marzą o własnym interesie, a zaczynają go od wypiekania ciasteczek, niestety, kradnąc mleko od pierwszej i na razie jedynej krowy w Oregonie.

Festiwal rozkręca się powoli. Czeka nas jeszcze niemal tydzień konkursowych pokazów.

Oglądaj konferencje prasowe w czasie tegorocznego Berlinale. Relacje na żywo można obejrzeć tutaj:

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA