fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Spór o brexit: Dla Wielkiej Brytanii jest już chyba za późno

AFP
Na tę deklarację Theresa May czekała od prawie trzech lat. We wtorek rano lider eurosceptycznych torysów Jacob Rees-Mogg przyznał, że lepiej już poprzeć kompromisową wersję umowy rozwodowej wynegocjowaną przez premier niż ryzykować, że Wielka Brytania z Unii nie wyjdzie nigdy. W ten sposób, być może, około 80 najbardziej niechętnych Unii konserwatywnych posłów może zagłosować za projektem szefowej rządu.

Ale bardzo wiele wskazuje na to, że deklaracja Rees-Mogga została złozona za późno. Referendum z czerwca 2016 r. spowodował głęboki kryzys w stosunkach Londynu z Brukselą. Jednak w miarę, jak May nie potrafiła przełamać paraliżu w negocjacjach z Unią, przekształcił się on w kryzys polityczny i gospodarczy. A teraz stał się najpoważniejszym kryzysem konstytucyjnym od pokoleń.

W nocy z poniedziałku na wtorek większością 329 do 302 Izba Gmin przejęła od rządu kontrolę nad brexitem. Ustalono, że w środę deputowani będą głosowali nad różnymi opcjami przyszłych relacji ze Wspólnotą, od odwołania procesu rozwodowego po ponowne referendum, od wyjścia z Unii bez żadnego porozumienia po utrzymanie z Brukselą bardzo ścisłych więzi.

W ten sposób w Wielkiej Brytanii niejako pojawiły się dwa ośrodki władzy. Z jednej strony rząd, który nie jest w stanie przeforsować swoich pomysłów w parlamencie. Z drugiej Izba Gmin, która wbrew podstawowym założeniom demokracji parlamentarnej, występuje z inicjatywami ustawodawczymi. May już odmówiła zresztą zgody na wprowadzenie w życie ewentualnych decyzji deputowanych, co jeszcze bardziej pogłębiłoby kryzys w kraju.

Premier ma jeszcze ostatnią szansę wyprowadzenia królestwa z tego pata. Zgodnie z ustaleniami z Brukselą, może do piątku poddać pod głosowania umowę wynegocjowaną ze Wspólnotą. Ale nawet z poparciem Rees-Mogga może nie uzyskać w tej sprawie większości parlamentarnej. W końcu w minioną noc 29 torysów głosowało z laburzystami przeciw premier. Na razie poparcia dla scenariusza szefowej rządu odmawia też 10 posłów Demokratycznej Partii Unionistycznej z Ulsteru. Aby postawić na swoim, May musiałaby więc przekonać do swojego stanowiska kilkudziesięciu posłów Partii Pracy. Póki co niewiele wskazuje na to, aby posłowie opozycji się na to zdecydowali. Większość z nich myśli nie tyle o wyrwaniu kraju z kryzysu, ale o własnej przyszłości politycznej. Zaś 80 proc. Brytyjczyków, którzy głosowali w 2016 r. za wyjściem kraju z Unii uważa, że May źle prowadzi rokowania.

Biorąc pod uwagę nastroje w Izbie Gmin najbardziej prawdopodobną alternatywą dla planu May jest utrzymanie bliskiej współpracy kraju ze Wspólnotą na wzór Norwegii. Gospodarczo to ma sens, bo Wielka Brytania pozostałaby częścią jednolitego rynku a jej firmy mogłyby nadal swobodnie świadczyć usługi na całym jednolitym rynku, szczególnie te finansowe.

Ale o przyszłości Wielkiej Brytanii już od dawna decydują emocje a nie racjonalne argumenty. A kierujący się emocjami politycy raczej długo nie pogodzą się z układem, w którym dumny kraj wypełnia wszelkie decyzje Brukseli, bez wpływu na ich kształt. Tragiczno-komiczna saga brexitowa jeszcze długo się nie skończy.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA