Jan Zielonka: W pojedynkę przed Rosją nikt się nie obroni

Szansy na postęp w kwestii unijnej polityki obronnej upatruję we wspólnych zakupach i produkcji broni – mówi prof. Jan Zielonka, politolog.

Publikacja: 24.02.2023 03:00

Prof. Jan Zielonka jest prawnikiem i politologiem, profesorem na uniwersytetach w Wenecji i Oksfordz

Prof. Jan Zielonka jest prawnikiem i politologiem, profesorem na uniwersytetach w Wenecji i Oksfordzie, a także felietonistą „Rzeczpospolitej”

Foto: Fotorzepa/ Robert Gardziński

Czytaj więcej

Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 366

Czy Europa ma dzisiaj lidera?

Niemcy są zbyt podzielone wewnętrznie i kontestowane wewnątrz UE z uwagi na ich tradycyjne relacje z Rosją, by objąć dziś rolę przywódczą. Zresztą nie wiem, czy się specjalnie do tego palą. Emmanuel Macron próbuje być liderem, ale z niewielkim skutkiem. Pamiętamy, ile razy rozmawiał z Putinem i jak niewiele z tego wynikło. Wielka Brytania dysponuje najsilniejszą armią w Europie, ale pozostaje poza Unią, a jej rząd ma słabą legitymizację nawet we własnym kraju. Więc jeśli patrzymy na państwa, to trudno wskazać jedno wiodące. Już prędzej konkretnego człowieka.

Kogo na przykład?

Taką postacią był w pewnym momencie włoski premier Mario Draghi. Pamiętamy, jak pojechał z Macronem i Olafem Scholzem do Ukrainy i właściwie to on formułował stanowisko europejskie. Ale ostatni rok pokazał, jak już wiele razy w historii bywało, że liderem Europy są de facto (bo nie de iure) Stany Zjednoczone. Mają nieformalne miejsce decyzyjne za stołem europejskim. Problem w tym, że my nie wiemy, czy strategiczne priorytety USA w przyszłości się nie zmienią. Rządy prezydenta Donalda Trumpa pokazały, że może się to stać z dnia na dzień. Również sytuacja międzynarodowa może zmusić Amerykanów do zmiany; np. gdyby Chiny stały się bardziej asertywne w stosunku do Tajwanu czy innych krajów regionu, USA musiałyby zareagować. W kategoriach gospodarczych potęgą światową są bowiem Chiny, a nie Rosja.

Co dla Unii oznaczałaby taka zmiana priorytetów Waszyngtonu?

Problemem UE jest to, że główna władza, jeśli chodzi o politykę bezpieczeństwa, leży w rękach państw członkowskich. A państwa są w większości reprezentowane przez zwolenników suwerenizmu, którzy nie palą się, by przekazać więcej władzy instytucjom unijnym, zwłaszcza w tym obszarze. Stąd należy liczyć, że w przyszłości będą wyrastać nieformalni liderzy, zawdzięczający tę rolę osobistej charyzmie i umiejętności godzenia różnych wizji Europy i jej bezpieczeństwa, tacy jak wspomniany Mario Draghi.

Amerykanie są dziś liderami wskutek ich zaangażowania militarnego w wojnę. Czy gdyby Europa dorobiła się wspólnej armii, co forsował Macron, sytuacja wyglądałaby inaczej?

Integracja europejska zaczęła się od pomysłu wspólnej polityki obronnej. Zanim wymyślono wspólnotę gospodarczą, była w latach 50. propozycja, zresztą francuska, by stworzyć unię obronną. Ta idea później upadła, została zastąpiona NATO i unią gospodarczą, ale po wojnie w byłej Jugosławii najsilniejsze militarnie podmioty na kontynencie, czyli Francja i Wielka Brytania, doszły do porozumienia, że potrzeba stworzyć oddziały szybkiego reagowania na wypadek kryzysu międzynarodowego na granicach Wspólnoty. Podpisano brytyjsko-francuską deklarację w Saint-Malo w 1998 r., a potem cała UE podpisała tzw. Helsinki Headline Goal (Helsiński Cel Operacyjny) i podjęto decyzję o stworzeniu oddziałów złożonych z 60 tys. żołnierzy do 2003 r.

Gdzie są ci żołnierze?

Nie ma ich, choć to była formalna decyzja, ale pomysł po prostu nie wypalił. Są dwie brygady, które ćwiczą ze sobą, ale to oddziały złożone głównie z sił narodowych, a każda brygada ma nie więcej niż 1500 żołnierzy. I, szczerze mówiąc, nie widzę perspektyw, żeby ten projekt się odrodził, zwłaszcza po brexicie. Bo chociaż wiele krajów, w tym Polska i Niemcy, zdecydowanie zwiększyło swoje budżety obronne, to upłynie wiele lat, zanim ich zdolność militarna będzie na poziomie brytyjskim. Tylko z kim miałyby budować tę armię europejską? Słowacy czy Belgowie armii nie stworzą. Pozostaje też problem, że taka armia konkurowałaby z NATO. Nie wspominając o tym, że musielibyśmy wpierw mieć wspólną politykę zagraniczną i bezpieczeństwa. A one raz są, raz ich nie ma, z uwagi na różne interesy narodowe i długotrwały sposób podejmowania decyzji.

Czyli wspólna polityka obronna to fikcja?

Szansy na postęp w tej kwestii upatruję we wspólnych zakupach i produkcji broni. Tym bardziej że mamy już w tej materii poczynione ustalenia i nawet istnieje organizacja European Defence Agency, tyle że tworzy ją nie więcej niż 140 osób. Tyle co nic. Wojna w Ukrainie pokazała, że w tej dziedzinie musimy wykorzystać nasz, europejski, potencjał gospodarczy i technologiczny. Inwestycje we wspólny sektor obronny są możliwe i jeśli politycy zdecydują się na nie i przeznaczą na ten cel budżet, to taki projekt nabierze rozmachu niezależnie od postawy jednego rządu.

Tyle że największymi eksporterami broni w Unii są Niemcy i Francuzi. Więc znowu politycy z innych krajów Wspólnoty powiedzą, że to projekt obliczony na zysk tych dwóch państw.

Jak ktoś jest mały, to nie urośnie z dnia na dzień. Ale małe państwa mogą osiągać przewagę w różnych innych sferach. Jeżeli dany rząd umie tylko krzyczeć i narzekać, a nie jest w stanie współpracować z innymi, to nie jest to winą jego rozmiaru czy siły, tylko braku kultury politycznej i sprawnego zarządzania dobrami w imieniu obywateli. Poza tym, gdy pojedzie się do Berlina, to dostrzeżemy jeszcze inną perspektywę. Jak Niemcy słyszą, że powinni wziąć za coś odpowiedzialność, to mówią: no tak, przywództwo oznacza, że będziemy musieli więcej zapłacić. Pytanie trzeba postawić inaczej: czy ci słabsi i mniejsi mieliby mocniejszą pozycję, gdyby nie było takiej struktury jak UE?

A czy po reakcjach różnych krajów członkowskich na inwazję wydaje się panu możliwe, by Unia prowadziła wspólną politykę wobec Rosji?

Te różnice wynikają z różnych punktów widzenia i każdy z nich jest w jakiś sposób uzasadniony. Po pierwsze, w grę wchodzi położenie geograficzne. Poczucie zagrożenia ze strony Rosji w kraju, który graniczy z Ukrainą, jest inne niż we Włoszech czy w Hiszpanii. Po drugie, sieć powiązań gospodarczych jest różna. Mamy kraje, które się uzależniły od relacji ekonomicznych z Rosją i które zbudowały na nich swą siłę. To nie tylko Niemcy, ale też choćby Austria czy kraje bałtyckie.

Ale najbardziej krytykowane są dzisiaj za to Niemcy.

Te związki gospodarcze nie były tylko wynikiem oportunizmu czy hipokryzji albo ślepej miłości do Rosji, jak to się czasem niesłusznie zarzuca Niemcom. One wynikały z przyjęcia pewnej polityki. Bo ja nie uważam, że polityka odprężenia w stosunkach Wschód–Zachód była naiwna. Upadek komunizmu nie był moim zdaniem wyłącznie efektem rywalizacji strategicznej Sowietów i Amerykanów, ale też w dużej mierze efektem polityki odprężenia Niemiec. Handel nie jest grą o sumie zerowej, bo popatrzmy – im więcej relacji handlowych Rosji z Zachodem, tym większa jest skuteczność sankcji gospodarczych.

Czytaj więcej

Janusz Reiter: Polska jako naturalny partner Niemiec

Wracając do zróżnicowanych reakcji na inwazję rosyjską w Europie – nie bez znaczenia są też możliwości dotarcia do alternatywnych źródeł energii. We Włoszech Draghi bardzo szybko po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę pojechał do krajów z północy Afryki i na Bliski Wschód, gdzie załatwił mnóstwo alternatywnych źródeł energii dla Włoch. Jemu było łatwiej nie tylko ze względu na więzi dyplomatyczne z tymi krajami, ale też ze względu na położenie geograficzne. Dużo trudniej energię z Algierii jest pozyskiwać np. krajom bałtyckim.

Trzecia sprawa to różna historia i mitologia polityczna.

Niektórzy politycy już snują wizje tego, jak powinny wyglądać relacje z Rosją po wojnie. Czy nie za wcześnie na takie rozważania?

Tutaj wszystko zależy od przebiegu wojny, stanowiska Ukrainy, od wypadków w samej Rosji i stanowiska Amerykanów. Europejczycy dużego wpływu na to nie mają. I jeżeli jakiś polityk kraju członkowskiego mówi, że powinno się pozwolić wyjść Rosji z twarzą z tego konfliktu, to ja traktuję takie wypowiedzi jako komunikowanie się ze swoim elektoratem i – może to nawet ważniejsze – poszukiwanie nowych wyborców. Jak się jest liderem małej partii opozycyjnej, to można opowiadać wiele rzeczy w kampanii, ale kiedy siedzi się za stołem z Amerykanami, to nie można się wygłupiać.

Przed inwazją Europa śledziła proces brexitu i obawiano się kolejnych „wyjść”, co mogło oznaczać początek końca Unii. Czy wojna scementowała Wspólnotę?

Zawsze będzie rynek na demagogów w sytuacji, kiedy rządy liberalne nie będą w stanie przeciwdziałać wojnie, kryzysom finansowym, upadkowi służby zdrowia, szkolnictwa czy zmianom klimatycznym. Po brexicie, który wpędził Wielką Brytanię w jeszcze większy kryzys, wszyscy zobaczyli na własne oczy, jaka jest cena wyjścia ze wspólnego rynku w sytuacji tak zaawansowanej integracji. I wszystkim odechciało się opuszczania Unii. Dawni eurosceptycy zmienili taktykę i teraz chcą przejąć Unię, tak by państwa członkowskie mogły robić, co im się żywnie podoba. A to jest przepis na chaos i nieskuteczność. Po każdym szczycie unijnym ci politycy wracają do swoich krajów i mówią: obroniłem interes narodowy. To nie jest obrona interesu narodowego, bo chodzi przecież o to, byśmy wspólnie sobie radzili z kryzysami, wobec których w pojedynkę jesteśmy bezradni. A czy któreś z tych państw jest w stanie w pojedynkę przeciwstawić się Rosji?

Czy Europa ma dzisiaj lidera?

Niemcy są zbyt podzielone wewnętrznie i kontestowane wewnątrz UE z uwagi na ich tradycyjne relacje z Rosją, by objąć dziś rolę przywódczą. Zresztą nie wiem, czy się specjalnie do tego palą. Emmanuel Macron próbuje być liderem, ale z niewielkim skutkiem. Pamiętamy, ile razy rozmawiał z Putinem i jak niewiele z tego wynikło. Wielka Brytania dysponuje najsilniejszą armią w Europie, ale pozostaje poza Unią, a jej rząd ma słabą legitymizację nawet we własnym kraju. Więc jeśli patrzymy na państwa, to trudno wskazać jedno wiodące. Już prędzej konkretnego człowieka.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Konflikty zbrojne
Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 827
Konflikty zbrojne
Czy Biden zgodzi się na ataki amerykańską bronią na cele w Rosji? Decyzja coraz bliżej
Konflikty zbrojne
Koniec bezkarności Putina. Ukraina będzie mogła użyć F-16 do ataku na cele w Rosji
Konflikty zbrojne
Obrona wschodniej granicy to mit. Mamy zaledwie ułamek obrony powietrznej
Konflikty zbrojne
Kolejny amerykański dron MQ-9 Reaper zestrzelony w Jemenie. Rebelianci nasilają ataki
Konflikty zbrojne
"Wykończcie ich!". Kandydatka na prezydenta USA podpisała pocisk izraelskiego wojska