Sokół, prywatnie Wojtek Sosnowski, wychował się wśród śródmiejskich podwórek i na strychach tamtejszych kamienic. Wiele ważnych dla niego lokacji znajduje się między placem Zbawiciela, przy którym mieszkał pięć lat, a placem Unii Lubelskiej, gdzie z kolei rezydowało wielu znajomych. Nic więc dziwnego, że dosyć szybko opuszczamy Mokotów – siedzibę firmy Prosto, której Sokół jest współwłaścicielem. Idziemy do Śródmieścia.

[srodtytul]Między placami[/srodtytul]

– Ta okolica to cała moja młodość. Lubię układ ulic i estetykę budynków. Szczególnie Kościół św. Zbawiciela, w którym byłem chrzczony i miałem komunię – mówi artysta.

Wspomina też kamienice na Polnej. Znał tam wszystkie przejścia i poddasza.

– Wiedziało się, gdzie można zabrać dziewczynę, by o 4 rano pobyć z nią na jakimś ustronnym balkoniku z widokiem na Warszawę – zdradza.

Miejscem nocnych spotkań z kolegami była zaś fontanna przy pl. Na Rozdrożu.

Plac Unii Lubelskiej to dziś dla Sokoła wspomnienia nieistniejących już budynków.

– Jako dziecko chodziłem na filmy do Moskwy. Ostatni seans, na jakim byłem, to „Flintstonowie” – wyjaśnia.

Teraz bez zbędnych sentymentów chadza na premiery do szczególnie komfortowej sali Platinium w Silver Screenie, ma też kartę kinomaniaka w Atlantiku. Przyznaje jednak, że ostatnio stał się domatorem, najczęściej więc wybiera oglądanie filmów w kinie domowym. I nie tęskni ani za Moskwą, ani za czasami komunizmu.

Ciepło wspomina za to Supersam, którego – w pierwotnej postaci – już nie ma.

– W czasach mojego dzieciństwa była to kultowa miejscówka – mówi. – Tam się kupowało coca-colę czy ptysia. Obok był bar mleczny Frykas. Bardzo nowoczesny lokal. Ale mnie w pamięci najbardziej utkwiły gołębie i wróble latające pod sufitem.

[srodtytul]Pierogi raaaz![/srodtytul]

Raper nie kryje swojej słabości zarówno do barów mlecznych, jak i do kuchni polskiej.

– Bardzo lubię zupy i pierogi, kiedy więc gdzieś otwiera się nowa pierogarnia, zaraz muszę ją sprawdzić – przyznaje.

Jeśli zaś chodzi o bary, to ma kilka ulubionych lokali, zwłaszcza w obrębie centrum.

– Bar Bambino na Kruczej to absolutny czempion wśród tego typu miejsc – mówi. – Polecam szczególnie naleśniki z sałatką jajeczną. Wiem, że często są tam bardzo długie kolejki, ale to świadczy tylko o jakości usług. Lubię też bar Gdański przy Intraco i serwowaną tam kostkę z mintaja. No i bar Prasowy przy Marszałkowskiej, gdzie są rewelacyjne kotlety mielone z buraczkami.

Na ostatniej płycie znalazł się nawet utwór, który mówi o atmosferze takich miejsc. Teledysk do utworu „Poczekalnia Dusz” zrealizowano w barze przy Kaśce. Sokół jednak nie bywa tam często.

Jego upodobanie do kuchni polskiej nie kłóci się z otwartością na inne smaki. Raper zdradza więc, że jeśli chodzi na sushi, to najczęściej do Tomo na Kruczej. Tuż obok ma Sunantę, restaurację tajską, a i takie klimaty kulinarne bardzo mu pasują.

– Jednym z najlepszych tego typu miejsc jest jednak Dong Nam Suparom pod arkadami na Marszałkowskiej – ocenia Sokół. – Lubię też potrawy indyjskie, na przykład kurczaka w szpinaku, pierożki z chilli, no i shake’a mango.

Nic więc dziwnego, że w czasie naszego przemierzania Warszawy zatrzymujemy się w knajpce Bollywood przy ul. Przeskok. Wojtek mówi, że zagląda tu średnio co drugi dzień.

Tu – mając widok na ul. Złotą z PKiN w perspektywie – Sokół przy egzotycznej fajce wodnej z aromatycznym tytoniem wspomina początki swojej działalności muzycznej.

– Niedaleko stąd są Hybrydy, miejsce, w którym dawniej była niesamowita atmosfera – opowiada. – W latach 90. było to dla nas centrum wszechświata. Tu odbywały się pierwsze imprezy hiphopowe, na których grał DJ Volt. Tu formował się cały Zip Skład. Tu zawiązywały się nowe i umacniały się stare przyjaźnie. Robiło się też dużo głupot, ale to nas kształtowało – wspomina raper, który z Zip Składem zadebiutował na rynku fonograficznym w 1999 roku płytą „Chleb Powszedni”.

Teraz Sokół wybiera jednak zupełnie inne kluby. Oczywiście ważny jest Punkt na Koszykowej, bo to prowadzone przez znajomych miejsce z klimatem. Ale artysta spędza też dużo czasu w popularnej Operze i w Confashion. To – jak mówi – podstawa przemieszczania się wieczorem. Zdradza też, że nie przepada za atmosferą klubów hiphopowych. Po cichu liczy, że może najnowszy z nich – Karmel – zmieni tę sytuację. Na razie najczęściej wybiera Klub 55.

– Tam trafiam głównie w stanie upojenia, więc standard lokalu przestaje się liczyć – mówi. – Ale pod względem muzycznym „Piątki” są zdecydowanie wiodącym klubem w stolicy.

[srodtytul]Zawsze z fasonem[/srodtytul]

Dla Sokoła równie ważne – jak dobre jedzenie i muzyka – są porządne stroje. – Byłbym hipokrytą, gdybym robił ubrania i mówił, że nie przywiązuję wagi do tego, co sam noszę. Dlatego zawsze staram się wybierać dobre firmy – przyznaje.

Na zakupy odzieżowe z wygody jednak wybiera najczęściej Złote Tarasy, choć przyznaje, że Galeria Mokotów jest znacznie bardziej przyjazna.

Gdy jednak ma więcej czasu i szuka ubrań sportowych, decyduje się na wypad do podziemi ronda Jazdy Polskiej. Oryginalnym sklepem jest też Likus Concept Store przy Krakowskim Przedmieściu. Mieści się on w dawnej łaźni Pod Messalką, zakupy robi się więc, spacerując wokół wyłożonego mozaiką basenu pełnego wody.

O ile jednak w sklepie nie można zaznać kąpieli, to w hotelu Intercontinental – owszem. Wszyscy pracownicy firmy Prosto mają tam karty wstępu.

– Tu można się zrelaksować. Czujesz się trochę tak, jakby cię bogaty kolega zaprosił do domu. Jest niewielki basen, kameralna sauna i siłownia. No i jaki widok na Warszawę – wylicza.

A samo miasto? Sokół lubi Mokotów i Ursynów. Często zapuszcza się też na Pragę.

– Moja babcia żyje tu od zawsze. Wujek mieszkał central-nie na Szmulkach, przy Stalowej. Zawsze lubiłem u niego przebywać, bo był malarzem, a ja uwielbiałem zapach farby – wspomina.

I dodaje, że topografię miasta opanował tak dobrze, że mógłby być taksówkarzem. Ma tylko jeden kłopot – nie pamięta nazw wszystkich ulic.

Za to stołeczna młodzież zna na wyrywki większość jego wersów.