Policja potwierdziła, że w kopalni Pike River doszło do eksplozji. Jak pisał „New Zealand Herald”, szef kopalni Peter Whittal osobiście przekazał tragiczną wiadomość rodzinom górników.
– Patrzyli na mnie z nadzieją, liczyli, że powiem im, co się dzieje – opowiadał później wyraźnie poruszony. A miał im do zakomunikowania, że wybuch był „większy i silniejszy” niż poprzedni. Tak silny, że z pewnością nikt nie przeżył. – Znałem wielu z tych chłopców osobiście. Kochali tę pracę – mówił Whittal.
Pierwsza eksplozja nastąpiła w piątek, 19 listopada. Górnicy znajdowali się dość płytko, najwyżej 200 metrów pod ziemią, do złóż węgla docierano bowiem tylko lekko nachylonym korytarzem. Ale duże stężenie metanu w kopalnianym chodniku spowodowało, że niemożliwe było wysłanie ekip ratunkowych.
Wydrążono jedynie otwór w celu zbadania składu powietrza oraz wysłania kamer, urządzeń nasłuchowych i specjalnego robota do poszukiwania zasypanych. Niestety, doszło do następnego wybuchu. Pokazywały to nagrania telewizji: z wejścia do kopalni nagle wydobyła się wielka chmura dymu.
Po spotkaniu z prezesem Pike River rodziny górników wpadły w rozpacz. Mimo to nadal nie tracą nadziei. – Wciąż wierzę, że stanie się cud – mówił ojciec zasypanego Laurie Drew.