Rz: Czy rządowy program in vitro spowodował wzrost zainteresowania usługami klinik leczenia niepłodności?

Dr Grzegorz Mrugacz

: Rynek niepłodności rośnie z roku na rok o 10–12 proc., głównie ze względu na kłopoty populacyjne. Program rządowy przyczynił się do zwiększenia świadomości w społeczeństwie i obniżenia kosztów programu, co sprawiło, że dynamika wzrostu jest jeszcze wyższa.

Czy para objęta programem ponosi jakieś koszty?

Program nie obejmuje zabiegów, jakie trzeba wykonać u niektórych kobiet przed rozpoczęciem in vitro – np. badania HSG oceniającego drożność jajowodów czy operacji macicy lub jajników. Jeśli nie ma takiej potrzeby, para dopłaca tylko do leków, w zależności od ich jakości. Cena tańszych zamyka się nawet w 500–1000 zł na cykl. Droższych – ok. 1500–2000 zł. Rzadko która para decyduje się jednak na leki najtańsze.

Wokół in vitro narosło wiele mitów. Mówi się, że kobieta przypłaca je zdrowiem i figurą.

Procedura in vitro jest bardziej obciążająca dla kobiety. Ryzyko mężczyzny jest minimalne. Skutki uboczne in vitro są niewielkie, pod warunkiem ograniczonej liczby stymulacji jajeczkowania. Dwie czy trzy stymulacje przeprowadzane zgodnie ze sztuką lekarską i przez osobę kompetentną nie powodują spustoszenia w organizmie. Jednym z zagrożeń jest hiperstymulacja, czyli niekontrolowany wzrost pęcherzyków jajnikowych po punkcji jajników, skorelowany ze zmianami w objętości płynów ustrojowych, zbierających się w jamie brzusznej. Ciężka hiperstymulacja może wymagać hospitalizacji. Ale zagrożenie tym powikłaniem dotyczy ok. 5 proc. pacjentek, a jego ciężką postacią – od 1 do 2 proc. Inne skutki uboczne związane są z chorobami pacjentki. Wiele kobiet poddających się in vitro cierpi na schorzenia przewlekłe i musi brać leki, które czasem wchodzą w interakcje z lekami podawanymi przez nas.

Mówi się też, że in vitro jest obciążające psychicznie.

Dużo zależy od charakteru i nastawienia pacjentki, sposobu prowadzenia leczenia, podejścia lekarza. Spotykamy się z pacjentami, którzy walczą o ciążę czasem kilkanaście lat i mają nawarstwione problemy psychologiczne związane z brakiem ciąży. Zrzucanie winy za depresję na in vitro jest w ich przypadku przekłamaniem. Pacjent myśli często, że in vitro załatwia wszystko, traktuje je jak ostatnią deskę ratunku, a jeśli ta deska nie pomaga, popada w rozpacz. A prawda jest taka, że jeżeli pierwsza próba nie wyszła, trzeba działać dalej. Kłopoty z psychiką nie wynikają z in vitro, ale z tego, że nie możemy sobie poradzić z problemem.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Po czyjej stronie częściej leży problem niepłodności u par zgłaszających się do pana kliniki?

Przyczyny niepłodności rozkładają się mniej więcej po połowie na obie płcie. Na szczęście, jeśli „wina" leży po stronie mężczyzny i nie ma on żadnych żywych plemników, zazwyczaj zgadza się na zapłodnienie nasieniem dawcy. Odmowy są bardzo rzadkie. U 30–40 proc. pań mających problemy z płodnością przyczyną jest endometrioza, czyli gruczolistość zewnętrzna, obecność błony śluzowej macicy poza macicą. Szczególnie dużo jest przypadków endometriozy rozsianej, niedającej objawów, którą odkrywamy dopiero w czasie laparoskopii.