Poza publicznie znanymi porażkami politycznymi Bronisław Komorowski w ostatnich miesiącach doświadczył jeszcze jednej, widowiskowej przegranej. Choć podejmował u siebie Ewę Kopacz i Ryszarda Petru, próbując wymusić na nich wspólną listę wyborczą Platformy i Nowoczesnej, to mu się to nie udało. W efekcie obie partie idą do wyborów oddzielnie, rywalizując częściowo o ten sam elektorat i nie szczędząc sobie nieuprzejmości.

Kopacz o Petru: – Głos oddany na Ryszarda Petru to zwiększenie szans PiS na powrót do władzy.

Petru o Kopacz: – Nie zrealizowała obietnic z exposé i nie sprawdziła się w roli premiera.

A miało być pięknie

Skoro początkowo oboje liderów obiecywało Komorowskiemu współpracę, to dlaczego nie doszło do porozumienia? Według naszych ustaleń finalnie obie strony uznały, że nie mają w tym interesu.

Współpracy nie chciała premier Ewa Kopacz, która przekształca PO w partię socjalną i liberalny rys Petru nie pasował do tej koncepcji. W dodatku długo liderzy Platformy lekceważyli Nowoczesną, zwłaszcza gdy się okazało, że wbrew wcześniejszym plotkom w tworzenie tej partii nie zaangażował się Leszek Balcerowicz.

Z kolei Petru obawiał się, że Platforma gra z nim w kotka i myszkę – przeciąga negocjacje, żeby nie zdążył zarejestrować własnego komitetu wyborczego. Dlatego dziś kompletnie liderom PO nie ufa. Widział jednak sondażowy wzrost Nowoczesnej, który daje mu szansę na samodzielny sukces wyborczy.

To zerwanie politycznych zaręczyn to także dowód, że Komorowski kompletnie stracił wpływy polityczne i przez obie strony nie był traktowany poważnie.

Śmierć partii reform

Autopromocja
PRENUMERATA 2022

Znacznie więcej o biznesie, finansach oraz prawie

Zaprenumeruj

Prezydenta w ostatnich latach rządu Platformy mierziła doraźność. Nie przypadkiem w wywiadzie dla „Rz" pod koniec 2013 r. mówił: – Moja droga polityczna wiodła przez pracę w rządach, które były zaangażowane w modernizację państwa. A modernizacja oznaczała trudne, ale potrzebne Polsce reformy. Dlatego dzisiaj z przykrością patrzę, jak umiera „partia reform", czyli grupa polityków we wszystkich ugrupowaniach, którzy potrafili zapewnić przyzwolenie na reformy. Za to wpływy zyskuje „partia antyreformatorska", czyli politycy, którzy próbują zbijać punkty na haśle, że reformy nie są potrzebne.

Była to otwarta krytyka większości liderów partyjnych, ale nade wszystko ówczesnego premiera Donalda Tuska, który w tamtym czasie przesyłał prezydentowi do podpisu ustawę redukującą OFE.

Ten właśnie moment był politycznie kluczowy dla Ryszarda Petru. Gdy okazało się, że wbrew naciskom rządu w OFE zdecydowało się zostać ponad 2,5 mln Polaków, w kręgach liberalnych ekonomistów zapadła decyzja o utworzeniu nowej partii.

Te 2,5 mln to wszak ponad 8 proc. uprawnionych w Polsce do głosowania. A zatem jest duża szansa, że przy mobilizacji tych wyborców – a w sprawie OFE zmobilizowali się sami – partii liberalnej gospodarczo uda się wejść do Sejmu.

Komorowski od początku po cichu kibicował tej inicjatywie. Liczył na to, że pod wpływem nowej, reformatorskiej partii zmieni się zachowawcza polityka Platformy. Sam do jej zmiany nie miał politycznej siły.

Przysłane przez Tuska OFE podpisał na początku 2014 r., kierując drobne kwestie do Trybunału Konstytucyjnego. Różnica była tylko taka, że do zamachu na OFE nie dorabiał ideologii sprawiedliwości społecznej tak jak Tusk. Przyznawał po prostu, że rząd potrzebuje pieniędzy do zasypania dziury w budżecie.

Komorowski dla biznesu

Wziął się też do promowania konkretnych regulacji prawnych, które zbliżyły do niego środowiska gospodarcze, w tym Petru. Chodzi przede wszystkim o nowelizację ordynacji podatkowej zakładającą rozstrzyganie wszystkich wątpliwości prawnych na korzyść podatnika. Rząd starał się ją zablokować, ale ostatecznie Komorowski postawił na swoim.

– Komorowskiego poparłem w kwestii ustawy, którą proponował, czyli nowelizacji ordynacji podatkowej. Nie byłem w jego prezydenckim komitecie poparcia – mówi dziś Petru.

Jednak jego związki z Komorowskim w rzeczywistości były i są znacznie bliższe. Przy okazji rozmaitych wydarzeń bywał regularnym gościem w Pałacu Prezydenckim. A w swej działalności politycznej kierował się lojalnością wobec Komorowskiego.

Przykład? Kiedy inny wolnorynkowiec – Jarosław Gowin – sondował możliwość współpracy z Petru, zaproponował mu start w wyborach prezydenckich. Politycznie byłoby to absolutnie logiczne – wypromowałoby Petru i otworzyło drogę do szybkiego zbudowania nowej partii. Petru jednak odmówił, tłumacząc się lojalnością wobec Komorowskiego. – Stwierdził, że nie może wystartować przeciwko niemu – opowiada nam jeden z uczestników tych negocjacji. W efekcie Nowoczesna powstała w tydzień po wyborach prezydenckich, przegranych przez Komorowskiego.

– Przedstawia się pan jako człowiek, który głosował na Komorowskiego i chce pan uszczknąć część jego wyborców. To trochę rozdwojenie jaźni: niezadowolenie z PO, ale poparcie dla Komorowskiego – wytykaliśmy wówczas Petru.

Odpowiadał: – „To nie Platforma startowała w wyborach, to nie Platforma przegrała" – pamięta pan te wypowiedzi członków władz PO, prawda? Bardzo chętnie przedstawię ofertę dla 8 milionów Polaków, którzy głosowali na Komorowskiego.

Na zarejestrowanych niedawno listach wyborczych Nowoczesnej znalazła się dwójka dawnych współpracowników prezydenta. Dwoje to niewiele? Oczywiście. Ale po pierwsze, zostali oni docenieni w Nowoczesnej. Monika Rosa, wiceszefowa gabinetu Komorowskiego, dostała jedynkę w Katowicach. Z kolei Adam Szłapka, także dawny pracownik gabinetu prezydenta, zajął ważne stanowisko sekretarza generalnego partii Petru i został liderem jej listy w Kaliszu. A po wtóre, to i tak więcej niż liczba ludzi Komorowskiego na listach PO, która wynosi zero.

Co po wyborach

Petru gra dziś ewidentnie na przegraną Platformy w wyborach, najlepiej tak efektowną, by odejść musiała premier Ewa Kopacz lub by w partii doszło do rozłamu. Wówczas ruszy personalna karuzela i ujawnią się wszyscy, którzy chcieliby zostać nowym liderem liberalnej formacji reformatorskiej. Czy wśród kandydatów na nowego Tuska chciałby być Petru? Na pewno tak.