Co o tym tajemniczym zbiorze wiadomo?
Obecnie liczy 430 metrów bieżących akt, można więc szacować, że zawiera co najmniej kilkanaście tysięcy teczek, nie licząc nagrań. Artykuł 39 ustawy o IPN, będący podstawą prawną jego utrzymywania, stanowi, że szefowie ABW, AW lub MON mogą zastrzec, na czas określony, że do wskazanych przez nich dokumentów nie może mieć dostępu żadna osoba poza wyznaczonymi przez nich, jeżeli jest to konieczne dla bezpieczeństwa państwa. Zbiór chroni informacje głównie o tajnych funkcjonariuszach PRL, ale też tajnych współpracownikach, którzy kontynuowali działalność jeszcze w III RP.
Nikt poza szefami tych służb, nawet IPN, nie wie, czy rzeczywiście wzgląd na bezpieczeństwo państwa, jego obecnych służb, jest powodem tajności tych teczek, zresztą ich liczba sukcesywnie maleje.
Profesor Antoni Dudek, historyk z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego i członek Rady IPN, powiedział „Rz", że IPN jest tylko depozytariuszem tych akt i sam nie może ich przeglądać, zresztą są to informacje tajne. W obiegu publicznym są więc informacje, które wypływają przy innych sprawach, w szczególności lustracyjnych.
Zastrzeżony zbiór IPN budzi emocje, bo nikt chyba nie wie, co dokładnie zawiera
– Zdarzało się nam korzystać z tych danych, gdy w innych dokumentach natrafialiśmy na ślad, że tam mogą być informacje, przeglądanie odbywa się jednak w obecności danej służby, która dysponuje daną teczką – mówi prokurator IPN Bogusław Czerwiński.
Tak wypłynęły np. dodatkowe informacje o gen. Gromosławie Czempińskim, funkcjonariuszu służb PRL, ale i szefie UOP w latach 1993–1996, a więc w demokratycznej Polsce, ujawnione kilka lat temu, gdy już rozstał się ze służbami.
– To dowód, że zbiór zastrzeżony stracił racje, dla których został powołany – dodaje prof. Dudek.
Rozszerzyć dostęp do zbioru, krok po kroku, mogą zatem szefowie ABW i AW oraz do akt wywiadu i kontrwywiadu wojskowego minister Antoni Macierewicz.
– Żeby to zrobić generalnie, bez wskazania konkretnych teczek, wystarczy zmiana art. 39 ustawy o IPN – wskazuje Rafał Leśkiewicz, dyrektor Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów IPN.
Skutki ujawnienia danych, zwłaszcza polityczne, trudno przewidzieć, choć osoby optujące za takim ruchem wskazują, że oczyściłoby to atmosferę wokół zbioru zastrzeżonego, a także polityczną w Polsce. Nie jest też wykluczone, że jakieś osoby poszkodowane przez tajne służby PRL mogłyby jeszcze domagać się zadośćuczynienia, gdyby doznały szkody na osobie (a więc ciele czy zdrowiu, także psychicznym), gdyż wtedy przedawnienie nie może się skończyć przed upływem lat trzech od dnia, w którym poszkodowany dowiedział się o osobie obowiązanej do naprawienia szkody. Inne przestępstwa i naruszenia są raczej przedawnione.
Odtajnione akta byłyby dostępne na ogólnych zasadach, tj. dla poszkodowanych (niebędących współpracownikami służb PRL), dziennikarzy i historyków, ale już nie w internecie. Osoba publicznie pomówiona o współpracę z tajnymi służbami PRL będzie mogła złożyć wniosek o autolustrację, a nierzetelnego historyka czy dziennikarza pozwać za pomówienie.